Wizualny świat muzyki – rozmowa z Jacques Greenem i Hassanem Rihamem | Electronic Beats Poland
Feed/Music

Wizualny świat muzyki – rozmowa z Jacques Greenem i Hassanem Rihamem

Kanadyjski producent Jacques Greene i mieszkający w Nowym Jorku Kalifornijczyk Hassan Rahim to kolejny przykład duetu muzyk-grafik, który osiągnął zauważalny sukces. Greene – postać rozpoznawalna w świecie nowoczesnej elektroniki, po wielu latach singli i EP-ek zdecydował się na wydanie długogrającego debiutu Feel Infinite. Rahim to graphic designer z imponującym portfolio – tworzył identyfikacje dla takich muzyków jak Shabazz Palaces, Gonjasufi, Jay Z czy Marylin Manson, a także współpracował z Urban Outfitters, Sony czy VSCO. Jest również laureatem prestiżowej nagrody ADC Young Guns.

Obu artystów połączyło podobne poczucie estetyki, zamiłowanie do r’n’b i szczera przyjaźń. Ich wspólna wizja stojąca za Feel Infinite to świeże spojrzenie na wizualną estetykę, jednocześnie futurystyczną i nostalgiczną.

Na początek podstawowe pytanie – jak się poznaliście i jak doszło do współpracy między wami?

Jacques Greene: To zabawne, ale znałem prace Hassana na długo przed tym, jak poznaliśmy się prywatnie i byłem pod wrażeniem jego twórczości. Pamiętam, że byłem na otwarciu pewnej galerii sztuki w Los Angeles. Moją uwagę zwróciły wiszące na ścianach niesamowite kolaże, zajebiście pokręcone obrazy. Dopiero kilka lat później uświadomiłem sobie, że był to wernisaż prac Hassana. Pełnił również funkcję art directora pewnego magazynu (Suited Magazine – przyp.red.), który zdarzało mi się czytać. Ogólnie rzecz biorąc, byłem fanem Hassana długo przed naszą znajomością, gdy nie wiedziałęm kim jest. A potem okazało się, że mamy wielu bliskich wspólnych znajomych. To było zaskakujące, od razu zaczęliśmy łapać wiele wspólnych tematów.

Hassan Rahim: (śmiech) To wszystko prawda, mega zabawna historia. Ja również znałem twórczość Jacquesa znacznie wcześniej i doceniałem to, co robi. Jeśli siedzisz trochę w muzyce elektronicznej to ciężko, żebyś chociaż raz o nim nie usłyszał. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że faktycznie mieliśmy grupę ziomków, z którymi się obaj spotykaliśmy. Przez większość czasu nie miałem nawet pojęcia, że mieszka w Nowym Jorku, a okazało się, że był w promieniu niespełna dwóch mil ode mnie.

 

 

A jak było z początkiem współpracy?

HR: Kiedy Jacques do mnie zadzwonił byłem pod wrażeniem, nie spodziewałem się takiej propozycji. Po przesłuchaniu płyty odpowiedziałem, że wchodzę w to bez większej kalkulacji. To był natychmiastowa decyzja i teraz zbieramy tego plony.

 

Mieliście raczej przyjemną, bezkonfliktową relację czy jednak zdarzały się kłótnie i nieporozumienia? Jak to jest pracować z dobrym kumplem?

JG: Z jednej strony pracowaliśmy nad albumem jako przyjaciele, ale z drugiej strony goniły nas terminy i co ważne – w końcu trzeba kumplowi za włożony wysiłek zapłacić. Zresztą, cała grupa bliskich mi ludzi, z którymi przyszło mi pracować nad Feel Infinite była świadoma, że łączy nas także formalny kontrakt, nie było miejsca na odpuszczanie. Na szczęście, proces nie odbywał się tylko na zasadzie poklepywania po plecach, ale głównie na wyczerpującej pracy. “Ej, robimy ekscytujący projekt, ale goni nas deadline i kasa, jedziemy z tematem!” – coś w tym stylu (śmiech). I to jest spoko, jeśli można z przyjaciółmi robić rzeczy, które przynoszą zarobek – o to chodzi w życiu, takie połączenia sprawiają, że chce się pracować.

HR: Kompletna zgoda.

 

Czyli koniec końców czysta przyjemność.

JG: Zdecydowanie tak. Dialog był bezpośredni, super zrozumienie płynące z obu stron. Wszystkie pomysły i sposób rozwiązywania problemów był u nas symultaniczny, Hassan doskonale wyłapywał moje moje myśli, w sposób, o jakim nawet nie marzyłem. Stworzyliśmy sobie naturalne środowisko pracy dla nas obydwóch. Nawet, jeśli czasami pojawiały się wątpliwości, to druga strona doskonale rozumiała cel dyskusji.

 

 

Phil, masz świetny debiut na koncie, zbierający pozytywne recenzje i sporą trasę po świecie. Czy po kilku latach wypuszczania singli/EP-ek czujesz ulgę?

JG: Dopiero kiedy album ujrzał światło dzienne poczułem ulgę. Wcześniej bardzo się stresowałem, z nerwów nie mogłem usiedzieć w miejscu. Zależało mi, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Jeszcze niedawno myślałem, że nie jestem typem muzyka, który będzie wydawał albumy, głównie z powodu specyfiki generacji, w jakiej przyszło się nam urodzić. Era krótkich EP-ek i jeszcze krótszych singli – gdzie tutaj miejsce na długie płyty? Tylko w przypadku większego projektu miałem szansę współpracować z Hassanem i resztą inspirujących ludzi, i właśnie to zmieniło moje nastawienie. Proces nagrywania albumu pozwala na prawdziwe rozwinięcie kreatywnych skrzydeł, w końcu mogłem maksymalnie się skupić i przedstawić moją wizję muzyki w stu procentach. Z ulgą bym jednak nie przesadzał, jestem w trakcie trasy, wszystko dzieje się szybko i intensywnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek nadejdzie czas na prawdziwe odprężenie. Wiesz, po tym albumie pojawi się następny wyczerpujący projekt. Teraz odczuwam euforyczny stan spokoju i pogody ducha. Kurde, to jest prawdziwe! Wydaliśmy album i ludzie mogą trzymać w rękach owoc naszej ciężkiej pracy. Przyjaciel Hassana wysłał nam ostatnio swoje zdjęcie z winylem w sklepie w Tokio, to jest coś, wow!

HR: Jakiś czas temu wydawało się to dla mnie nierealne, a teraz możemy cieszyć się świetnym albumem.

 

Opisywaliście Feel Infinite jako “utopijną wizję klubowej kultury”. Czym jest owa wizja?

JG: Dla mnie to odzwierciedlenie szczerej i niewymuszonej otwartości na ludzi. Odnoszę się do kultury montrealskiej sceny, w której się wychowałem. Jest to środowisko zrzeszające wszystkich: normalsów i freaków, osoby LGBT i hetero, zamożnych i tych, którzy wychowali się w niedostatku. Wspaniała otwartość umysłu, ducha i społeczeństwa. Spełnieniem moich marzeń byłoby przeniesienie tego na szerszą skalę. Podczas tych szalonych i pięknych nocy, kiedy celebrowaliśmy radość i młodość, odnalazłem sens swojego młodzieńczej egzystencji, poznałem się na muzyce, nawiązałem wiele długoletnich przyjaźni. Feel Infinite jest w moim odczuciu papierkiem lakmusowym tychże przeżyć, ich niepowtarzalną esencją. I dlatego używam słowa “utopia”, bo jestem świadomy, że to zadanie niemożliwe do realizacji na światową skalę. Przez długi czas byłem mocno sarkastyczny w stosunku do otoczenia, do tego co tworzę. W pewnym momencie zrozumiałem, że to nie jest odpowiedni sposób reakcji. Chciałem wtedy zakomunikować światu coś pozytywnego. Poczułem terapeutyczną rolę, jaką odgrywa w moim życiu muzyka. Moim marzeniem jest osiągnąć pozytywną perspektywę, z której będę mógł uczynić społeczeństwo lepszym.

 

Twoja muzyka zachęca do radosnego tańca, pełnego dobrej energii. Zupełne przeciwieństwo zdehumanizowanego, mrocznego techno rodem z Berghain.

JG: Bardzo lubię ten typ zmechanizowanej i dystopijnej muzyki,  odrzucającej komercyjny świat pełen gównianych bodźców. Możesz się totalnie odłączyć od rzeczywistości i wczuć w taniec. Zadowolenie, które na podobnej zasadzie odnajduję w filmach Larsa Von Triera. W tej fascynacji jest jakieś zboczenie i mam tu na myśli oba przypadki (śmiech). Nie ukrywam że wywodzę się z miejsca, gdzie wszystko jest dobre i napełnia nadzieją, dlatego depresyjne motywy mnie stymulują. Chciałem, aby Feel Infinite umożliwiał słuchaczom wyrwanie się z okropnego, nieuprzywilejowanego świata chociaż na chwilę. To była zresztą nasza wspólna koncepcja, rozmawialiśmy często z Hassanem, że należy doświadczyć tej mrocznej, gorszej strony życia, żeby potem w pełni dojrzeć piękno otaczającej nas natury.

 

Hassan, twoje wcześniejsze prace dla Warp czy LA Club Resource były mroczne i niepokojące. Teraz, we współpracy przy Feel Infinite całość jest barwniejsza, bardziej przyjazna.

HR: Często wspominałem w rozmowach z Philem czy w moich wpisach na Twitterze, że praca nad albumem była dla mnie wyzwaniem. Musiałem skonfrontować własne odczucia związane z Feel Infinite z jego wizją utopijnego klubowego środowiska. Generalizując, uważam że istnieje duża grupa grafików, którym wydaje się, że mogą działać na własną rękę. Bardzo suche i ograniczające podejście, które sprawia, że nigdy nie poczują prawdziwego kontekstu dzieła. Praca z Philem dała mi możliwość do stawiania sobie konkretnych wyzwań, a co się z tym wiąże – do rozwoju. Na pewno połączył nas wspólny element mojej twórczości i zainteresowań Phila, bo oboje jesteśmy zanurzeni w melancholijnej estetyce. Staraliśmy się przekazać emocje w subtelny sposób, dość sprytnie je ukrywając. Zwróć uwagę na kolory i ruch, które występują na zdjęciach.

 

 

„The Pale Emperor” Marilyn Mansona zaprojektowany przez Hassana

 

Zimniejsze kolory i melancholia ukryte w drugim dnie graficznej strony albumu.

HR: Tak, zdecydowanie jest na Feel Infinite coś na pierwszy rzut oka niewidocznego. Ludzie, którzy bardziej się zagłębią w całość, dostrzegą te ukryte skarby. Nie chcieliśmy zrobić płytkiego, ładnie wyglądającego artworku, który będzie prostą taneczną identyfikacją. Koncept opiera się na terminie “life review”, który odnosi się do obrazów, jakie migają przed oczami na moment przed śmiercią. Oczywiście, nie chcę narzucać, że musi być to śmierć, to moja prywatna koncepcja. “Life review” jest określeniem na określony moment, kiedy całe życie przemija przed oczami. Miejsca, architektura, ruch, twarze, kolory, urywki wydarzeń – wszystko zmieszane i rozmazane. Wybraliśmy do tego specjalny, głębszy odcień fioletu. Wizualna strona jest zatem bardziej mroczna niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

 

 

Fundament stanowią dwa kolory – czerwony i niebieski.

HR: Dokładnie, od tych podstawowych barw zaczęliśmy komponować całość. Bazą była czerwień, do której dobraliśmy jej przeciwieństwo, czyli kolor niebieski. Bawiliśmy się odcieniami, co widać głównie w grafikach singli promujących album. Jeśli chodzi o Feel Infinite to sprawa ma się nieco inaczej. Zacząłem dodawać do tych kolorów wspomniany głęboki, ciemniejszy fiolet, który nadał melancholijnego klimatu. Wcale nie miałem na myśli uderzenia w odbiorców czymś super mrocznym. Chodziło mi o podkreślenie, że za pozornym optymizmem ukrywa się jeszcze nastrojowość, niekoniecznie powiązana z radosnym odczuciem.

JG: Doliny i wzniesienia, które znajdują się na rozmytych fotografiach odnoszą się do naszych wzlotów i upadków. Zdjęcia były robione w Montrealu, staraliśmy się o uchwycenie miejsc rozpoznawalnych, ale także mniej oczywistych i klimatycznych. Później zostały nałożone abstrakcyjne filtry, a całość przykryta kolorami i dodatkowo rozmyta. Jeździliśmy po mieście i szukaliśmy inspiracji, a potem robiliśmy zdjęcia. “Life review” to nie tylko oczywiste momenty z życia, ale również bardzo osobiste, których można wyczytać z zaszyfrowanego obrazu.

HR: Część treści jest po prostu ukryta w DNA obrazów. Wszystkie zdjęcia przedstawiają miejsca w Montrealu: przykładowo grafika zdobiąca okładkę singla You Can’t Deny, na którym znajduje się sporo pomarańczowego i niebieskiego gradientu to autentyczne zdjęcie Orange Julep.

JG: Czyli kultowej restauracji w zachodniej części miasta, której budynek ma kształt wielkiej pomarańczowej kuli.

HR: Sfotografowaliśmy ten budynek przez aluminiową folię, co dało zaskakująco ciekawy efekt. Niebieski kolor został pobrany z czystego nieba, a potem wszystko zostało celowo rozmyte. Nawet, jeśli podobieństwo do oryginalnej struktury jest znikome, to grafika zachowała swoisty kod genetyczny miasta.

 

Piewszy klip powstał do utworu Afterglow.

JG: To dzieło Mauriès Matos, a aktorzy występujący w klipie pochodzą z Montrealu. Z dziewczyną chodziłem nawet do liceum.

 

Koncept jest podobny jak w przypadku grafik.

JG & HR: Dokładnie!

JG: Geneza powstania klipu jest identyczna. Dwójka ludzi, rozmowy, impreza. Afterglow jest sposobem pokazania okładki, jednakże będącej w ciągłym ruchu. Uchwycenie różnorodnej palety uczuć, nie tylko szczęścia. Nie chciałbym źle zabrzmieć, nie mam na myśli pomysłów pokroju gównianych show HBO, które pokazują ludzi z depresją, ale w komediowym stylu. Tutaj chodzi o kompleksowość emocji, bliższych rzeczywistości niż cukierkowemu szczęściu. Widzisz tę parę, która z pewnością darzy się uczuciem, ale gdzieś podszyta jest niepewność – czy oni dalej cieszą się sobą jak dawniej? Jest między nimi specyficzne napięcie. Zresztą, są parą również w prawdziwym życiu, to dodaje pikanterii. Kompleksowy związek pomiędzy ludźmi, dzięki czemu widz może odczytywać ukryte między wierszami detale.

 

Do głowy przychodzi mi przedstawienie was, jako kolejnego duetu muzyk-grafik. W ubiegłym roku mieliśmy dwie warte uwagi kooperacje. Mam na myśli znakomite prace, jakie wykonali Mark Pritchard i Jonathan Zawada oraz Nicolas Jaar wraz z Davidem Rudnickiem. Wy prezentujecie inny styl i sposób wykonania, jednak istnieje pewien stopień podobieństwa.

JG: Nasze chłopaki! Kumplujemy się ze wszystkimi. Zgodziłbym się, że na pierwszy rzut oka to różne od siebie projekty. Myślę że Nico i David mieli podobną wizję związku pomiędzy muzykiem a grafikiem, nadawali na podobnych falach jak my. Myślę o komunikacji, miłości do muzyki i celebrowania przyjaźni. Nico miał konkretny pomysł na album i jednocześnie stuprocentowo ufał Davidowi. Tak samo było w naszym przypadku, puszczałem Hassanowi muzykę, chciałem żeby szczerze wypowiadał się o odczuciach z nią związanych. Dzięki temu, dostawałem od niego możliwość szerszego spojrzenia, z zewnątrz.

HR: Zgadzam się z Philem. Widzimy zderzające się dwie wizje, dwójki różnych artystów. Potem następuje selekcja tego, co najlepsze w obydwu i w projekcie wykorzystujemy wyjątkowe elementy. Efekty pracy Nico i Davida są zachwycające, to samo tyczy się Zawady, którego śledzę od wielu lat, jeszcze za czasów Flickr. Świetny koleś, kreuje zupełnie inną rzeczywistość, wspaniałe światy. Cenię go za wykorzystywanie psychodelicznych i surrealistycznych elementów w renderowaniu 3D. Powodem, dlaczego ten projekt się udał była kompletna spójność poszczególnych grafik. Uważam, że brak typografii jest jak najbardziej cool, udało mu się stworzyć świetne dzieło bez użycia jakiegokolwiek tekstu. Może to dziwne zabrzmi z ust graphic designera, ale ja również się o to staram. Jonathan znalazł złoty środek na opowiedzenie pięknej historii bez użycia ani jednego słowa.

 

Obecnie używasz jednak sporo typografii, powielasz ją, powtarzasz.

JG: Mam odczucie, że to jest twój największy “meta” moment Hassana, ta powtarzalność tekstu. Bezpośredni ukłon w stronę moich wokalnych próbek, które się wciąż zapętlają.

 

Czyli chcesz powiedzieć, że zloopowane wokalne sample mają odniesienie w graficznej typografii.

HR: Dokładnie tak. Dobrze to ujęliście. Zabawne jest to, że zostało to uwidocznione w kompletnie podświadomy sposób. Jacques posiada niezwykłą umiejętność wycinania tych sampli. Szczególną uwagę zwróciłbym na okładkę Feel Infinite. Bardzo chciałem użyć typografii w ten właśnie sposób, bo przecież idea hasła zamyka się w terminie nieskończoności. Powtarzane teksty wychodzą poza materię i nie wiesz, kiedy i czy w ogóle się kończą.

Hassan, a co sądzisz o panującym obecnie trendzie w świecie graphic designu? Wielu grafików tworzy surowe, futurystyczne i mroczne obrazy, podkreślając to pozornie brzydką typografią. Ty chyba również zaliczasz się do tego grona, prawda?

HR: Ciekawe, bo wydaje mi się, że kompletnie nie pasuję do tej stylistyki. Jeśli pytasz mnie o ogólną opinię na ten temat, to wydaje mi się, że w tych pracach jest sporo ironii i czynnika “meta”. Ja nigdy nie stosowałem żadnego z tych zabiegów. Futurystyczny – tak, to jest słowo, którego mógłbym użyć do opisania swoich dzieł. W tej “modnej” grafice dużo jest dziwacznych składników i swego rodzaju chytrości, czego unikam. Mój proces twórczy jest złożony i konceptualny. Odrzucam brzydotę i szczerze wierzę, że to co robię jest piękne. Dbam o szczegóły i zawsze na koniec procesu obserwuję dzieło i czuję – powtarzam sobie jak mantrę – że stworzyłem czyste piękno. Myślę, że wynika to z punktu widzenia danej osoby. Czy będzie używała Comic Sans czy innego ‘żartobliwego’ fontu wynika z wielu kwestii. Odniósłbym się do wyglądu strony Boomberg Bussinesweek czy innej nienaturalnie rozciągniętej typografii etc. Nie moje klimaty, nie zajmuje się takimi rzeczami. Idea, jaka mi przyświeca to kreowanie piękna.

 

Pójdźmy teraz za samplami. Phil, od początku kariery wykorzystujesz pocięte wokale r’n’b w swoich utworach. Zauważyłem też, że oboje słuchacie sporo nowoczesnej muzyki – Drake, Rihanna, Frank Ocean, żeby wymienić kilku. Dla przypadkowych odbiorców może się to wydawać dziwne, że robiąc rzeczy zaliczane do ambitnej sztuki, lubicie też posłuchać muzyki popularnej.

JG: Wydaje mi się, że to europejska przypadłość. Oczywiście, to nie tak, że jestem wielkim fanem Rihanny, ale jeśli trafi się naprawdę dobra piosenka – a trafia się często – to jej słucham. Odrzucenie tego można porównać z pójściem do kina na znakomicie zrealizowany blockbuster i stwierdzenie, że to słaby film, bo nie jest niszowy. Nie można zamykać się na kulturę masową, tylko dlatego, że wywodzisz się ze środowiska undergroundowego. Inna sprawa, że przez ostatnie lata muzyka popularna mocno się zmieniła i producenci, którzy stoją za produkcjami Rihanny czy Drake’a robią nieprzyzwoicie dobrą robotę. Młode dzieciaki, często z undergroundowymi korzeniami. Ludzie nie przywiązują uwagi do tej ewolucji popu, której jesteśmy świadkami. Są kawałki, których nie kupuje, ale większość z nich, puszczona w barze sprawia, że ludzie dobrze się bawią i o to właśnie chodzi.

HR: Tutaj w Ameryce jest zupełnie inne nastawienie do muzyki popularnej. Popkultura ukształtowała mnie jako dzieciaka i wciąż nieustannie kształtuje. Mam na myśli pewne nostalgiczne momenty, jak kariera Mike’a Tysona, twórczość Jacksona czy postać Michaela Jordana. W Ameryce panuje kult pewnych ikon, to dla nas bardzo ważne zjawisko. Nie tylko dzieciaki, ale i dorośli to doceniają. Są momenty, kiedy uwielbiam zasłuchiwać się w muzyce Aphex Twina czy nawet w jeszcze obskurniejszych rzeczach. Ale wiecie co? Dzisiaj posłucham sobie zajebistej Rihanny! (śmiech).

JG: (śmiech) Tak jest! Rihanna i cały zespół ludzi, jaki za nią stoi pcha modę do przodu. Jest prawdziwą trendsetterką, jako jedna z pierwszych zaczęła promować Balmain. Wracając do muzyki – od dawna interesowały mnie rozwiązania stosowane w r’n’b. Te bębny, beaty i cała reszta. Wykorzystywałem je w swojej muzyce, a duży wpływ na to mieli Timbaland czy The Neptunes. Byłem w kilku studiach w Los Angeles, ale nagrywanie tam nie jest już moim celem. Szanuję ludzi, którzy starają się uczynić ten gatunek lepszym. Brzmienie hitu Work Rihanny jest szalone, produkcja syntezatorów i perkusji to najwyższy poziom.

 

Nawiązując jeszcze do Franka Oceana i jego videoalbumu Endless czy do Beyonce i jej Lemonade. Koncepcja Feel Infinite również pasuje do przełożenia jej na język kina, myśleliście o tym?

JG: Jak to się mówi – “sky is the limit”. Póki co, skupiam się na teledyskach, to i tak spory wydatek. Mamy sporo wizualnych składników, które fajnie byłoby kiedyś wykorzystać. Myślę, że gdyby udało się zrobić klip do każdego utworu z płyty to byłaby rewelacja.

True to jedyny wokalny utwór, odstający nieco stylistycznie od reszty. Co jednak bardziej mnie zainteresowało to dwa interludia – Dundas Collapse i Cycles, brzmiące jak współczesna interpretacja muzyki Global Communication.

JG: Totalnie! Wow, to super, że tak Ci się kojarzy. Jestem wielkim fanem Global Communication, jeszcze raz wielkie brawa dla Marka Pritcharda! (śmiech)

 

Myślałeś o powrocie do produkowania muzyki dla kogoś innego?

JG: Myślę, że spróbuję nagrać jakieś utwory z innymi muzykami, jak tylko ostudzę entuzjazm związany z wydaniem płyty. Moim skrytym marzeniem jest wyprodukowanie dla artysty całego albumu, nie tylko pojedynczych tracków. Wracając jeszcze do Timbalanda – dopiero z czasem uświadomiłem sobie, jak wiele zrobił dla muzyki popularnej, jak ważną był postacią. Jeszcze zanim na dobre zanurzyłem się w muzyce elektronicznej, moją ambicją było zdobycie MPC i wyprodukowanie płyty. Czuję, że chciałbym znaleźć wokalny talent i dać mu szansę na zaistnienie. Z doświadczenia wiem, że produkowanie pojedynczych tracków dla dużych nazwisk to strasznie wyczerpująca praca, totalnie nie w moim stylu.

 

Na koniec zapytam o esencjonalne płyty w waszych kolekcjach, jeśli takowe posiadacie. Niech wspólnym mianownikiem będą albumy, które fascynują was zarówno pod względem muzycznym, jak i graficznym.

HR: Szczerze mówiąc, siedzę właśnie przed moją kolekcją winyli, także za moment wybiorę te najciekawsze. Odpowiadając na pytanie – czy zbieram płyty, tak, kupuję je regularnie. Jeśli chodzi o idealne połączenie muzyki z grafiką to uwielbiam wszystkie prace Johna Robertsa (house’owy producent z Nowego Jorku – przyp.red.).

JG: Tak, tak, to jest znakomity wybór!

HR: Dla mnie to najwyższy poziom. Roberts jest grafikiem i sam projektuje swoje okładki, posiada rewelacyjne wyczucie.

JG: Jest też współzałożycielem zinu Travel Almanac, prawda?

HR: Tak. Hm, niech się zastanowię, co jeszcze mógłbym wymienić. Faith in Strangers Andy’ego Stotta, co prawda są to zdjęcia, nie grafika, ale całą seria robi ogromne wrażenie. Z muzycznej strony na pewno muszę wspomnieć o Broadcast, kocham ich cały katalog i często powracam. Nowość, która zrobiła na mnie wrażenie to Children of Alice, czyli nowy projekt muzyków zaangażowanych we wspomniany Broadcast. I oczywiście, niedawno w mojej skrzynce pocztowej zagościła płyta Feel Infinite.

JG: Yaaay! Wygląda naprawdę dobrze, prawda Hassan?

HR: I tak samo rewelacyjnie brzmi! Jestem szczerze zadowolony z efektu, jaki przyniosła nasza praca.

JG: Przyznam, że spacerując ulicami Londynu trudno mi wymienić konkretne tytuły. Kiedyś kupowałem niezliczone ilości płyt, obecnie mniej, co wynika z ciągłego przemieszczania się. Myślę jednak, że wszystko z katalogu labelu Constellation Records reprezentującego montrealską scenę post-rockową. Wydawali np. Godspeed You! Black Emperor czy A Silver Mt. Zion. Wyróżniały ich piękne okładki. Ważna jest dla mnie twórczość Sheda, jego seria pod szyldami Wax i Equalized. To były tzw. white labele, zebrałem je wszystkie, totalnie odjechane numery. Zresztą, każdy jego projekt jest przemyślany, pokazuje coś nowego i za to mocno go szanuję.

HR: Kiedy sobie rozmawialiście, znalazłem kilka innych płyt. Z pewnością MRR/ADM, 10-calowe wydanie, muzycy z San Diego. Mam też kilka perełek w irytującym 7-calowy formacie. Np. Christian Death i utwór Romeo’s Distress z 1982 roku. Musiałem o tym wspomnieć, pojechana rzecz.

JG: Uwielbiam 10-calowe winyle, nie ma ich na rynku zbyt wiele. To idealny, naprawdę przyjemny format.

 

Niech klamrą spinającą wywiad będzie pytanie – co dalej z waszą współpracą?

JG: Marzeniem jest, aby nigdy się nie skończyła.

HR: Chcemy dalej tworzyć. Możliwe, że zrobimy coś zaskakującego, luźno powiązanego z muzyką.