Gangsterzy i pozerzy - jak świat hip-hopu zmieniał się z każdym kolejnym oddanym strzałem - Electronic Beats Poland

Gangsterzy i pozerzy – jak świat hip-hopu zmieniał się z każdym kolejnym oddanym strzałem

Gangsterskie przechwałki słyszymy dzisiaj w co drugim rapowym utworze. Oczywiście, część z nich jest jak najbardziej prawdziwa i w swoim realizmie spełnia wymogi bycia “czarnym CNN”. W ostatnim czasie najbardziej zasłużonym ulicznym wojownikiem jest 03 Greedo, który w czasem bardzo drastyczne historie wkłada wiele emocji (i autotune’a). Ale sporo z tego prężenia muskuł to czcza gadanina, nawet nie tyle obliczona na zszokowanie publiczności, co po prostu spełniająca jakieś abstrakcyjne “wymogi gatunku”. Nie każdy, kto nawija o “chopperach” (slangowe określenie karabinów automatycznych) rzeczywiście ma je w bagażniku. Jeśli chodzi o beefy (dawniej mocno powiązane z gangsterką), to dzisiaj wydają się bardziej cywilizowane. Ale nawet przy starciu Pushy T z Drakiem ulica odegrała pewną rolę – i o tym jest ta opowieść. O przenikaniu się światów, gdzie miliony dolarów ustępują zaszłościom z podwórek, a miarą sukcesu nie jest twarz na okładce magazynu, ale przetrwanie. O ludziach ze świecznika, którzy w swoim najbliższym otoczeniu zatrudniali zbirów i psychopatów. Wreszcie – o heroicznej walce z rasistowską branżą muzyczną, walce, którą obciążały gangsterskie porachunki. Nie jest to bynajmniej synteza, a raczej zachęta do poszukiwań na własną rękę, stąd wiele tematów zostanie tylko zasygnalizowane. Marzy mi się analogiczna zajawka polskiego tematu, bo o ile rodzimy rap od samego początku był artystycznie grubo poniżej swojego amerykańskiego rodzica, tak z pewnością obfituje w historie mrożące krew w żyłach.

W muzycznym mainstreamie funkcjonują postaci z ulicznymi koneksjami – niekoniecznie z lat 90-tych, na których skupimy się później. Prowadzący jeden z największych hip-hopowych programów (The Breakfast Club), Charlamagne Tha God, to człowiek o ulicznych korzeniach, co z pewnością pomaga mu w rozmowach z niektórymi artystami i artystkami. Szczególnie widoczne to było w rozmowie z Tekashim 6ix9ine, przy którym powinniśmy się zatrzymać. 69 to postać bardzo popularna, ale i bardzo kontrowersyjna – nie tylko ze względu na styl i jakość jego rapu, ale głównie ze względu na niewyparzony język, za którym stoi prosty fakt – to bardzo nieobliczalny człowiek. Otwarcie chwali się powiązaniami z Crips i Bloods, a jego koncerty są odwoływane ze względów bezpieczeństwa. Niech nie zmyli was kolorowa czupryna i aparycja rodem z kreskówki Adult Swim – Tekashiego charakteryzuje przede wszystkim uliczne bravado. Nie boi się nikogo i szuka zaczepki – a w ostatnich miesiącach zdarzyło mu się zaczepić kilka znaczących postaci. Jego managerem jest Tr3yway, członek gangu Bloods, który tworzy trzon świty 69. Podczas wywiadu w Breakfast Club Charlamagne skonfrontował Tr3way’a i zapytał o zachowanie podopiecznego. Jeśli chcecie doświadczyć ulicznej mądrości, to zapraszam do seansu (wideo od 19:17). Za Tekashim stoją prawdziwi OG’s, ale czy stoją ze względu na pieniądze, jakie płaci im raper, czy to autentyczne koneksje – nie wiadomo. Zresztą na dniach 69 został obrabowany, co można zrozumieć różnorako. Czyżby OG’s odpuścili, widząc, że raper nie cieszy się prawdziwym szacunkiem? A może wprost rozszczelnili ochronę, żeby dać zarobić ziomkom? Kto wie, to może równie dobrze być zwykły rabunek, ale jedno jest pewne – Tekashi może stroszyć piórka ile wlezie, ta sytuacja pokazuje, że nawet z gangsterską ochroną nie jest bezpieczny.

6ix9ine niedawno wziął się za bary z Chief Keefem i Lil Reesem z Chicago. Keef jest największą gwiazdą, jaką zrodziła muzyka drill, a przy okazji członkiem gangu z długimi tradycjami – The Black Disciples. Historia organizacji sięga kilku dekad wstecz i wciąż działa aktywnie, do tego raczej nie jest jej po drodze ani z Cripsami, ani z Bloodsami. Napięcie między 6ix9ine a Keefem rosło i w konsekwencji chicagowski raper został ostrzelany w Nowym Jorku – terenie Tekashiego. Przepytywany przez TMZ Keef szybko został otoczony przez swoich OG’s i o detalach sprawy wiemy niewiele. Czy 69 stał za strzelaniną? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że nadepnął na odcisk J Prince’owi, któremu należy się osobny tekst, ale jeszcze do niego wrócimy.

Najbardziej rozpoznawalne gangi to Crips i Bloods i bardzo często pod tymi dwoma hasłami kryją się pomniejsze kliki i organizacje – nierzadko tworzące alianse wbrew zwyczajowym podziałom. Stąd wielu raperów wybiera jedną lub drugą banderę – przykładem jest Gucci Mane, który deklaruje bycie Bloodsem, a najprawdopodobniej przynależy do postrachu Atlanty – Bounty Hunters. Ciekawa jest sytuacja w Top Dawg Entertainment – Kendrick Lamar i Jay Rock mieli kontakty z Bloodsami, gdy Schoolboy to czysty Crip – przyjaźń potrafi pokonywać gangsterskie podziały. Nie brakuje też takich, którzy wykorzystują czerwień Bloods i niebieski Crips do podbicia swojego wizerunku, całkiem niedawno taką akcję wykonał znany przypałowiec i damski bokser Chris Brown, czy one hit wonder Soulja Boy. Niejasna jest sytuacja Future’a, który lubi machać symbolami Taliban Gang (a nawet wmieszał w to Drake’a…) – mimo bliskich związków z gangsterem/raperem Kebo Gottim. Bliski ex-przyjaciel Gucciego Mane’a (co do którego nie ma wątpliwości, że jest OG) Waka Flocka Flame nie może spać spokojnie. OG Mack Drama twierdził niedawno, że zapłacono mu za potwierdzenie street credu Waki i wprowadzenie go do gangu Pirus, co nie jest tak dziwne – gangsterzy lubią czuć się doceniani.

Na amerykańskiej ulicy, którą państwo porzuciło w ciągłych cięciach budżetowych, to właśnie OG’s są podstawą lokalnej społeczności. To biznesmeni, inwestorzy i pierwsza pomoc w razie kłopotów. Co prowadzi nas do lat 90-tych, które zacementowały rolę gangsterów jako wsparcia dla wyrosłych z ulicy artystów. I tak, jak brutalny kod honoru obowiązuje w wojnie gangów, tak ten sam kod trafił do branży muzycznej, w sam środek komercyjnego wybuchu hip-hopu. Nagle Crips i Bloods spotykali się na tych samych galach nagród, siedzieli przy tych samych ringach, na których królował Mike Tyson (którego powiązania z gangsterami są mocniejsze niż jego szczęka). Suge Knight, P. Diddy i zastępy pomniejszych hustlerów nagle trafiły między starych, białych facetów w garniakach, którzy po prostu liczyli na monetyzację popularnej wśród młodych muzyki. Nie było to takie proste, a skomplikowane relacje między najróżniejszymi instytucjami ulicy poskutkowały śmiercią dwóch wielkich rapu – Biggiego i 2Paca.        

Tut, Haitian Jack, Jimmy Henchman, Wayne Perry, Alpo, Domencio i wielu innych – to nie zaginieni raperzy ze złotej ery, chociaż widać ich na zdjęciach z gwiazdami hip-hopu, sportu i wyższymi sferami czarnej społeczności. Ich ksywy budziły postrach. Wielu z nich było bezwzględnymi mordercami, wynajmowanymi do ochrony raperów, lub cynglami w wojnie między Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżem. To życiorysy mrożące krew w żyłach. Jimmy Henchman (rzekomo postać Omara z The Wire jest wzorowana właśnie na nim) strzelał do Paca, próbował zabić 50 Centa (który wbrew obiegowej opinii jest OG) i Tony’ego Yayo (którego ludzi po prostu zabił), ostrzegawczo postrzelił Suge Knighta (którego odwiedził w szpitalu i poczęstował takimi słowami: “keep my name out your mouth or next time the gun will be aimed higher”). Jimmy i jego ekipa była bardzo blisko z Mikiem Tysonem, co więcej – 2Pac bardzo zabiegał o zbliżenie się do tego środowiska. Kontrowersyjny bokser ostrzegał rapera przed takim ruchem, Pac nie chciał go słuchać – kto wie, czy nie była to decyzja, która przypieczętowała jego los.  

Oczywiście naturalną rolą OG’s w rap grze była ochrona – Black Just, który postrzelił 50 Centa, był ochroniarzem Jay’a – Z, ale jego ziomek Bimmy zajmował się A&R w Def Jam. Bardzo często legalne posady były nagrodą za nielegalne, ale heroiczne czyny. Emory Jones, partner Hovy w hustlingu, swoją pozycję najpierw w Roca Wear, a obecnie w Roc Nation, zapewnił sobie milczeniem. Nie wydał rapera FBI i poszedł siedzieć na 16 lat, a dzisiaj robi sobie zdjęcia z Chrisem Paulem – pracuje w Roc Nation, firmie  Jay’a – Z zajmującej się managementem sportowym i muzycznym.

Obecnie łatwo się śmiać z Puffa Diddy’ego i jego ciągłych zmian ksywy. Ale w latach 90-tych Diddy był wzorem hustlera, któremu udało się wyjść z ulicy dzięki muzyce – co potwierdził np. Pusha T w jednym z niedawnych wywiadów. Nazwa Bad Boy Records nie wzięła się znikąd – w orbicie Diddy’ego kręciło się wielu OG’s. Wspomnianemu wcześniej Jimmy’emu Henchmanowi udało się nawet zastraszyć ekipę Bad Boy do stopnia, w którym nie ostrzegła 2Paca o pułapce w Quad Studios. Pac został postrzelony, a Suge Knight – świadomy wiedzy Diddy’ego i jego ludzi o ustawce – rozpoczął konflikt, który skończył się tragicznie dla muzyki. Diddy jako ochronę zatrudniał Southside Crips, a kiedy 2Pac znalazł się w wytwórni Death Row, ogłosił nagrodę za łańcuch Death Row (zabieranie łańcuchów wrażych frakcji to ważny rytuał).

Suge lubi wybielać swoją przeszłość (wystarczy obejrzeć “Straight Outta Compton”), ale dawniej był postrachem ludzi w branży muzycznej. Pac i Suge otaczali się OG’s, a przez skomplikowane konflikty między klikami i ekipami, bardzo często musieli patrzeć na rozniecony przez siebie ogień. Konflikt między Nasem i 2Paciem wprost wynikał z niesnasek między zbirami w ich otoczeniu. Zresztą Pac był bardzo podatny na wpływy, szczególnie Suge – należący do Bloods – lubił go podjudzać. Orlando Anderson, rzekomy zabójca 2Paca, był Cripsem i należał do ochrony Diddy’ego. Udało mu się zabrać łańcuch jednego z ludzi Suge’a, a kiedy ekipa Death Row natknęła się na niego w Las Vegas, został pobity. Był fanem muzyki 2Paca, ale brutalne spotkanie z idolem uruchomiło jego uliczne instynkty i jeszcze tego samego dnia zebrał załogę Cripsów. Reszta to historia – 2Pac zginął, a Suge Knight wykaraskał się z rany głowy.

To tylko wyimek wielkiej historii – brakuje tu wątków Snoopa i jego powiązań z Cripsami, historii The Game’a, czy G-Unit. Na koniec warto wspomnieć o Big Meechu i Black Mafia Family. Meech to legenda wśród raperów, a ślady jego kultowych i rozpasanych do granic możliwości imprez można odnaleźć np. w tekstach Pushy. BMF było wielkim narkobiznesem, ale na początku lat dwutysięcznych grupa postanowiła zalegalizować się przez hip-hop. Wspomogła kariery np. Fabolousa czy Young Jeezy’ego, a wiele znanych artystów i artystek korzystało z usług BMF Entertainment.  

Skupiliśmy się na Nowym Jorku, który od zawsze był rozdzierany przez mroczne, uliczne siły. Ale Chicago czy Atlanta też mają miejsce w tej historii. I właśnie z Atlanty pochodzi najjaśniejszy bohater tego tekstu – J Prince. To właśnie on pomógł zgasić beef między Drakiem i Pushą, przypominając o upiornych latach 90-tych i trupach, które wyścieliły ulice, także na tle hip-hopu. To on pomógł Geto Boyz, kiedy wytwórnia Gefen zagrała o jedną rasistowską kartę za dużo. To on wyrósł z ulicy i gangsterki, by być mediatorem między skłóconymi raperami – uchronił m.in. Pimp C przed gniewem Mastera P. Wreszcie, udowodnił, że FBI ma specjalne “hip-hopowe oddziały”, skupione na tropieniu i gnębieniu raperów (podobne oddziały mają także działać w policji Nowego Jorku i Los Angeles). Jego syn odkrył Drake’a i kiedy Birdman chciał odstawić typową dla siebie akcję (zagarnięcie pieniędzy artystów), interweniował. Dzisiaj J Prince chodzi i przestrzega, bo za dobrze pamięta lata, kiedy za muzykę można było dosłownie zginąć.

Kiedy słyszę kolejnego gangstera w kolorowych włosach, przypomina mi się właśnie J Prince. Przypomina mi się historia zbirów, którzy nadawali tragicznego biegu historii rapu dwie i pół dekady temu. Hip-hop to muzyka ulicy i ci ludzie po prostu muszą opowiedzieć swoje dzieje, bo nikt inny nie zrobi tego uczciwie. Ale jest różnica między oddawaniem dziejowej sprawiedliwości i wołaniu o pomoc, a zwykłej pozerce. Jak pokazała historia choćby 2Paca, fascynacja posunięta za daleko może skończyć się tragicznie.