Kolorowe włosy, kolorowe zęby - Electronic Beats Poland

Kolorowe włosy, kolorowe zęby

Mało kto zakładał, że rap w swoich najróżniejszych odmianach – od hardcorowego trapu po pop-rapowe zaśpiewy – stanie się najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na Ziemi. Paradygmat kultury hip-hopowej zmienił się dość mocno – a wielu mówi, że ta “kultura” się na naszych oczach kończy – zmieniły się przyzwyczajenia publiczności, zmieniła się sama muzyka i rapowy dress-code. I kiedy rozmawiamy o współczesnych artystach stojących za mikrofonem, bardzo często dyskusja sprowadza się do tego ostatniego i wyglądu raperów. Warto się zastanowić nad tym aspektem – szczególnie chwilę po wydaniu “Day 69” 6IX9INE (dawniej Tekashi69), rapera o wyjątkowo barwnym wizerunku.

Truskulowa brać lubi narzekać na wygląd raperów wychodzących poza boom-bapowe bity i teksty, do których trzeba się przykładać (co automatycznie nie świadczy o tym, że są to teksty dobre) – powszechnie rzuca się określeniem “pajac”. Ale jeśli cofniemy się do początków rapu i pójdziemy dalej, w stronę “złotej ery”, zobaczymy, że dress code to nie wynalazek “pajaców” XXI wieku. Praktycznie każda rapowa epoka miała swoje uniformy, a przynajmniej modowe ramy, w których poruszali się artyści. Co więcej – bardzo często te ubrania wywoływały oburzenie i szły pod prąd. Wczesne fotki Grandmaster Flasha i Furious Five wyglądają jakby nowa część Mad Maxa działa się w dyskotece, Public Enemy wjeżdżali na pełnej militaryzacji, epoka blingu uwielbiała futra, a Kanye West rozpoczął szał na ubrania od projektantów (chociaż “na elegancko” lubił nosić się i Diddy, i Notorious B.I.G.). Hip-hop to muzyka oparta na charyzmie, a ubiór i ogólny wygląd to ważny element ją budujący. “Swag”, które dzisiaj jest brudnym słowem, charakteryzował rapującą gawiedź niezależnie od stopnia głębokości przekazu. Swoją drogą “truskulowy uniform” – fullcap lub snapback i dresowa bluza – to raczej europejski odprysk inspirowany modą amerykańską, który przy szczególnie konserwatywnych publikach (np. polskiej) przybrał wręcz groteskowe wymiary.

Nie da się ukryć, że popularność wielu współczesnych artystów została zbudowana przy pomocy ich barwnego wizerunku. Ciężko stwierdzić czy Trippie Redd, Lil Pump, Lil Yachty, Lil Uzi Vert i 6IX9INE (a nawet frakcja “tatuaże na twarzy wystarczą”, do której należy np. Lil Xan czy 21 Savage) byliby tak popularni, gdyby ubrać ich w truskulowe uniformy, ale można zakładać, że nie. Poza wyglądem liczy się również osobowość – najczęściej złego chłopca, często mającego problemy z prawem (6IX9INE, 21 Savage, XXXtentacion), lub słodkiego, radosnego psotnika (Lil Uzi Vert, Lil Yachty) – i teledyski, surowe lub z inwencją. To artyści, którzy sprzedają coś więcej niż muzykę – wizję świata, w którym można wyrażać siebie bez żadnych granic, nieważne jak bardzo przeciw prawu i normom społecznym. A pogubieni młodzi ludzie (pogubienie dotyczy też starszych, ale raczej w inny sposób) – o czym pisałem np. w moim pożegnaniu Lil Peepa – potrzebują kogoś, kto potwierdzi ich wyjątkowość, da bezpieczną przystań w oku historyczno-społecznego cyklonu.

Patrząc na tę listę, nietrudno zauważyć, że zbiór “pajacy rapu” kompletnie nie trzyma się kupy stylistycznie – a kiedy dołożymy do niej kogoś takiego, jak Young Thug, a nawet weterana Lil’ Wayne’a, sypie się już zupełnie. I to jest problem nadmiernego generalizowania na podstawie wyglądu artystów – zakrawa na absurd, że w 2018 roku trzeba tłumaczyć części odbiorców, że nie wszyscy ludzie w kolorowych włosach prezentuję tę samą muzyczną wartość, czy nawet są do siebie podobni stylistycznie. Ten kontrast nigdzie nie jest tak widoczny, jak przy Lil Pumpie i 6IX9INE.

W teorii mają ze sobą wiele wspólnego – obaj są Latynosami, obaj mają słabość do zmierzwionej fryzury i kolorowych akcesoriów w różnych częściach twarzy, a do tego nawijają na trapowych bitach. Ale wystarczy sięgnąć po wydany na koniec lutego mixtape 6IX9INE “Day 69”, by przekonać się, jak bardzo się różni od twórczości autora jednego z największych przebojów i memów 2017 roku (na tym etapie “Gucci Gang” jest już bardziej memem niż utworem muzycznym). Poza utworem tytułowym, który jest jawnym strzałem w stronę pop-rapowych wyżyn list przebojów, “Day 69” ma w sobie sporo agresji, której główny ciężar koncentruje się w mocnym głosie rapera. 6IX9INE nie jest spowolnionym kodeiną kapłanem nihilizmu – to bardziej postać z kreskówki najechanej przez kolumbijski kartel (zresztą okładka mixtape’u, inspirowana serialem animowanym Adventure Time dobrze oddaje charakter materiału). Ten poziom energii wyróżnia go na tle spokojniejszych kolegów po fachu, ale tym, co najbardziej napędza jego popularność, jest kontrowersja. Setki milionów wyświetleń na YouTube to jedno, internetowa nienawiść to drugie. Przeciwko artyście toczy się sprawa o podłożu seksualnym, jego występy bywają odwołane przez protesty, a sam raper lubi beefy i prowokacje. Zatem kontrowersyjny wygląd to niejedyny powód, dla którego 6IX9INE zbiera cięgi i powiększa grono własnych hejterów. Jednak abstrahując od atmosfery otaczającej jego osobę, muzyka rapera z pewnością się wyróżnia i chciałbym powiedzieć, że ma potencjał, ale z gwiazdami jednego sezonu nigdy nic nie wiadomo – czy o Tekashim i Lil Pumpie będziemy pamiętać za dwa-trzy lata? Czy nie dadzą o sobie zapomnieć dzięki muzyce, czy nagłówkom na plotkarskich i clickbaitowych portalach? Czas pokaże.

Niezależnie od tego, czy muzyka wszystkich Lilów tego świata nam się podoba, czy nie, wygląd nie powinien stanowić podstawy do ocen. Nie tylko jest to sprzeczne z historią hip-hopu, ale po prostu nudne – zresztą każdy, kto kiedykolwiek był na hip-hopowym festiwalu czy koncercie o bardziej truskulowym profilu wie, jak męczące jest oglądanie zipów w tych samych czapkach i bluzach z kapturem. Przygoda, ekscentryzm i kontrowersja to integralna część rapu, szczególnie w tak wizualnych czasach, jak nasze. To, że wizerunek współczesnych gwiazd rapu nie przetrwa próby czasu, to pewne, bo moda płynie wartkim nurtem. Ale co do muzyki nie byłbym taki pewien.