Electronic Beats Poland

Star Trek Discovery: Pif Paf w kosmosie

Published on October 27, 2017 08:00 Berlin Time

StarTrek to dość interesująca seria – nigdy nie nosiłem miana “trekkera”, ale The Original Series, czy The Next Generation do dzisiaj należą do moich ulubionych seriali. Deficyt budżetowy na bok, TOS miał w sobie tyle niesamowitych pomysłów na odcinki, że do dzisiaj robi wrażenie (chociaż pokolenia internetowej ironii mogą go kojarzyć głównie z walką Williama Shatnera z gumowym dinozaurem…). TNG było rozwinięciem formuły poprzednika, doprawionym o lepsze postaci i większy budżet. Z późniejszymi wcieleniami Star Treka bywało różnie, ale mniej więcej trzymały poziom. Poza filmami – te w wielu przypadkach bywały przeciętne, złe, albo wprost koszmarne (jak np. Nemesis). Star Trek dotykał spraw etyki, ontologii, emancypacji i wielu innych, głęboko humanistycznych problemów. Był rewolucyjny jeśli chodzi o obsadę w trudnych czasach napięć rasowych, stawiał pytania o styk religii i racjonalizmu, zastanawiał się nad istotą konfliktów zbrojnych.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Bliżej naszych czasów do uniwersum Star Treka wkroczył JJ Abrams. Jego kinowa wersja sławnego uniwersum była złamaniem wielu kanonów. Abrams przesunął punkt ciężkości serii w stronę akcji i przygody. O ile pierwszy Star Trek człowieka obecnie odpowiedzialnego za serię Star Wars (cofnijcie się w czasie i powiedzcie to nerdom z dawnych lat – wybuch głów gotowy) był w miarę porządnym filmem akcji w przebraniu science fiction, tak jego sequel – “Into Darkness” – był katastrofą. Nieciekawa fabuła, ciągłe mizdrzenie się do fanów starych serii, niezbyt rozgarnięta struktura – sequel nie wróżył dobrze przyszłości marki. Szczęśliwie, “Star Trek Beyond” z zeszłego roku, wyreżyserowany przez Justina Lina (tak, tego od “Fast & Furious”), był dużo bardziej udanym przedsięwzięciem. Wahadełko skromnie zostało skierowane ku klimatowi oryginalnej serii i film po prostu zadziałał. Przyszedł 2017 rok i dostaliśmy zupełnie nową serię telewizyjną – Star Trek: Discovery. Czy serial unosi ciężar poprzedników, czy może jest powtórką z nierównych filmów nakręconych niedawno?

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Hmm… W zasadzie pół na pół. Pierwsze odcinki to niemal dosłownie filmy JJ Abramsa rozciągnięte do dłuższego wymiaru. To, co boli mnie najbardziej, to główny temat serialu. Wojna. Oczywiście, Star Trek zawsze zastanawiał się nad konfliktem zbrojnym, ale robił to subtelnie, rozważał jej moralność, stawiał trudne, etyczne pytania o odpowiedzialność i sensowność, lub – jak w jednym z moich ulubionych odcinków TOS – racjonalizację strat po obu stronach. Tutaj nie ma miejsca na subtelność – Federacja dobra, Klingoni źli i jedziemy, pif paf, ustawcie fazery na zabijanie. Doceniam nowy wygląd Klingonów – różnią się między sobą tak, jak członkowie każdej rasy powinni. Ale na wyglądzie pozytywy się kończą. Niby mamy różne frakcje w obrębie klingońskiego Imperium, niby mamy jakieś tło religijne, ale to wszystko jest prowadzone ciężką ręką, z ostrymi kantami, które nawet na moment nie pozwalają nam zapomnieć, że mamy Klingonów nie znosić, bo zagrażają ludzkości. Na przestrzeni dekad i różnych seriali, załogi statków Federacji napotykały agresywne rasy, to fakt. Ale zazwyczaj narracja takiego spotkania była prowadzona w sposób, który pozwalał nam zrozumieć motywacje i charakter wrogów ludzkości. To nie był prosty psychologiczny trik – bardziej przemyślany zabieg, który pokazywał, że konflikt nigdy nie jest czarno-biały i do pełnego zrozumienia sytuacji potrzebna jest empatia. Discovery ewidentnie tego brakuje.

https://www.youtube.com/watch?v=PjPVdbsG4bY

Podobnie mam trochę uwag do postaci. Główna bohaterka, Michael Burnham, ma dość ciekawą historię, ale zbudowaną na ekscesie, który byłby niedopuszczalny w dawnych seriach. Sonequa Martin-Green, aktorka wcielająca się w Burnham, miewa dobre momenty, ale jej gra jest nierówna, a czasami antypatyczna. Owszem, to ciekawe, że była wychowywana wśród Vulcanów (dla niewtajemniczonych: racjonalna i do bólu logiczna rasa, której reprezentantem jest np. Spock) i stąd jej antypatyczność, czy chłód. Ale można prowadzić taką postać w interesujący sposób, czego dowodem jest Spock w TOS (a nawet w filmach Abramsa). Saru, grany przez Douga Jonesa, to pogmatwana istota i chyba najbliższe, co Discovery może zaoferować fanom wcześniejszych serii – może poza Paulem Stametsem (Anthony Rapp), który ma do rozwiązania kilka niełatwych problemów etycznych z nowymi technologiami, w które uzbrojony jest statek Discovery. Jednak największą zbrodnią jest Kapitan Gabriel Lorca, opętany żądzą wojny psychopata. Nie rozumiem, jak twórcy serialu mają nadzieję wywołać choć trochę sympatii do niego – usilnie próbują, ale Lorca to wcielenie wymęczonego, hollywoodzkiego stereotypu “odpowiedzialnego twardziela z misją”. To Star Trek, nie Gears Of War i wolałbym nie widzieć takich postaci na pokładach statków Federacji. Nie mówiąc o tym, że oficerów Federacji nigdy nie charakteryzował klasycznie rozumiany, wojskowy honor, a racjonalizm i głęboka empatia.

 

Czy Star Trek Discovery to kompletna porażka? Nie. Przez pancerz filmu akcji przebijają się kapitalne momenty – jak ten, kiedy Stamets rozmawia z Burnham o właściwościach organicznego silnika Discovery i problemach z tym związanych. Ta jedna rozmowa – o rzeczach obiektywnie nudnych – wywołała we mnie wzburzenie pozytywnych emocji. Tak, to jest Star Trek – rozmowy o etycznym wykorzystywaniu dziwnej istoty do napędzania organicznego systemu nawigacji. To od zawsze była formuła Star Treka: bardzo ciekawy problem – deliberacje – ciekawe rozwiązanie. Discovery za mało czerpie z tej formuły, wybierając akcję. Czy zatem Discovery działa jako serial akcji science fiction? Mniej więcej. Z odcinka na odcinek jest coraz lepiej, być może wątek wojny z Klingonami zostanie pociągnięty w ciekawszą stronę, może scenarzyści szykuje jakiś niesamowity obrót spraw z Kapitanem Lorcą? Zobaczymy. Na ten moment to porządnie wykonany – Discovery wygląda naprawdę świetnie, a efekty specjalne są na poziomie kinowych blockbusterów – serial akcji z wieloma wadami.

Nie chcę wyjść na trekowego fanatyka, który z bazy odrzuca zmianę formuły. Ale to właśnie formuła Star Treka – seriali mądrych, ale nie ekscytujących, przegadanych, ale nie nudnych, odważnych, ale pod kątem stawianych problemów etycznych i filozoficznych – sprawiała, że serie wyróżniały się spośród innych rozrywek science fiction. Discovery ma wiele wspólnego z serią gier Mass Effect (których nie jestem zbyt wielkim fanem) – stara się zbudować fascynujący świat w Kosmosie, który choć piękny, jest płytki i niewymagający, za to napakowany akcją. Kto wie, może po tych 6 odcinkach serial ruszy w inną, ciekawszą stronę, ale nie wiem czy to możliwe – główną osią fabularną tego sezonu jest wojna (nawet nie konflikt, lecz pełnoprawna wojna) z Imperium Klingońskim. Fani dawnego Star Treka mają alternatywę – doskonały serial The Expanse, który mimo tego, że nie szczędzi akcji, nie boi się pokazywać rozmów polityków przez 20 minut. Dla mnie Star Trek Discovery jest poczekalnią science fiction w oczekiwaniu na nowy sezon The Expanse. Czy awansuje na coś więcej? Czas pokaże.