Star Nerd, czyli epopeja po klingońsku - Electronic Beats Poland

Star Nerd, czyli epopeja po klingońsku

Wszystko zaczęło się od… Leslie Nielsena. Gdy w 1956 roku do kin trafiła „Zakazana Planeta” amerykańscy widzowie zakochali się w filmowym science-fiction, a jedną z głównych ról w tej produkcji grała właśnie gwiazda „Nagiej Broni”. Ten film spowodował, że przez lata kinomani czekali na gwiezdną przygodę, która ich zachwyci. Gdy w 1964 roku NBC odrzuciła pilot „Star Treka” w związku z byciem „zbyt intelektulanym”, wydawało się, że dziecko Gene’a Roddenberry’ego nie ujrzy światła dziennego. Na szczęście amerykański producent postanowił zmienić trochę klimat serii, zatrudnił Williama Shatnera jako kapitana Enterprise i serial otrzymał zielone światło.

W krótkim czasie Star Trek zyskał rzeszę fanów, którzy religijnie wręcz traktowali oglądanie każdego nowego odcinka. Niestety wyniki oglądalności w oczach NBC wciąż były bardzo słabe i w połowie drugiego sezonu telewizja zdecydowała się na zakończenie produkcji serialu. Był 1968 i po raz pierwszy fani Klingonów i reszty pokazali, że są trochę szaleni. Centrala NBC otrzymała ponad 100 tysięcy listów proszących o uratowanie ukochanej serii. „ST” otrzymał trzeci sezon, ale został przeniesiony na najgorszy możliwy telewizyjny slot, gdzie rok później dokonał swojego żywota.

Wtedy do akcji wkroczyli możni z Paramount Studios, którzy odkupili serial, aby móc wykorzystać okazję do syndykowania tworu. Star Trek trafił do 60 krajów i w krótkim czasie zyskał statut kultowego. Oczywiście po tym, jak na całym świecie fani zaczeli domagać się więcej „Star Treka” nie mogło wydarzyć się nic innego jak powrót serii do telewizji. Najpierw telemaniacy mogli zobaczyć jeden sezon animowanej wersji przygód Kirka, a w 1975 roku Roddenberry rozpoczął prace nad „Star Trek: Faza 2”. Serial ostatecznie nie powrócił do telewizji, ale odnalazł swoje miejsce na wielkim ekranie. Odcinek, który miał być powrotem serialu przerodził się w pierwszy w historii startrekowy film i chociaż 140 milionów dolarów, które zarobił, nie zachwyciło nikogo, była to kwota wystarczająca, aby dać serii jeszcze jedną szansę. Niemniej, już bez współpracy ojca projektu – Gene’a Roddenberry’ego.

Wydany w 1982 roku „Gniew Khana” zdecydował się bardziej postawić na rozwój postaci oraz akcję i chociaż zarobił mniej niż poprzednik, jego niski budżet pozwolił wyjść na prostą i w ciągu następnej dekady do fanów trafiły cztery filmy i wielki telewizyjny powrót w postaci „Star Trek: The Next Generation”, który miał miejsce 70 lat po czasach Kapitana Kirka, a jego główną postacia był kultowy w internecie Kapitan Picard, grany przez Patricka Stewarta. Jakkolwiek jednak nie byłby uwielbiany, Star Trek dla przeciętnego człowieka nadal był serialem dla geeków, którzy godzinami fantazjują, aby podobnie jak Kirk móc podrywać laski z innych planet, albo marzą o byciu kosmicznym Sherlockiem Holmesem w postaci Spocka.

W ciągu kilkudziesięciu lat istnienia, „Star Trek” doczekał się niemal 30 sezonów telewizyjnych w 6 różnych odsłonach, 10 filmów, wydanych zostało prawie 1400 książek, 100 gier i dziesiątki komiksów, ale koniec końców „ST” nadal był serią dla dziwaków, którzy lubią gadać w zmyślonych językach. Do czasu. Gdy w 2007 roku twórca serialu „Lost” otrzymał możliwość całkowitego rebootu serii, w powietrzu czuć było, że być może „Star Trek” w końcu trafi do masowego odbiorcy zamiast zamykać się na swoich wiernych fanów. Zatytułowany po prostu „Star Trek” film z 2009 roku od początku miał otworzyć historię Kirka dla tych, którzy nigdy nie zakochali się wcześniej w serii. Produkcja zarobiła najwięcej ze wszystkich wcześniej wydanych filmów i zmieniła w pełni historię kultowych postaci, tworząc alternatywny bieg wydarzeń.  „Star Trek: W nieznane”, wyreżyserował autor trzech genialnych odcinków serialu „Community” a scenarzystą był znany komik Simon Pegg i był sensownym zwieńczeniem historii „ST”. Ale jeśli nadal wam mało, to zawsze możecie ogarnąć nową odsłonę serialu, której pierwsze trzy odcinki są już dostępne na Netflixie.