Boris Brejcha: Słucham mało muzyki elektronicznej, by się mimowolnie nie inspirować - Electronic Beats Poland

Boris Brejcha: Słucham mało muzyki elektronicznej, by się mimowolnie nie inspirować

Boris Brejcha zadebiutował w 2006 roku wydawnictwem dla berlińskiej wytwórni Autist Records. Po trzech pełnowymiarowych albumach, trasie po całym świecie i kolejnych singlach, zyskał ogromną liczbę fanów, którzy pokochali reprezentowany przez niego styl określany jako „High-Tech Minimal”. Po siedmiu latach współpracy z labelem Harthhaus, artysta założył swój własny o nazwie Fckng Serious.

W 2016 roku DJ rozpoczął cykl występów „Boris Brejcha Showcase”, który dzięki połączeniu muzyki i wizualizacji stał się niezwykłym doświadczeniem dla jego fanów. 13-go kwietnia artysta po raz pierwszy wystąpił w Polsce, na dwóch wyprzedanych koncertach w klubie Progresja i Smolna.

W ekskluzywnym wywiadzie dla T-Mobile Electronic Beats udzielonym przed występami, Boris Brejcha opowiedział o młodzieńczej przygodzie z muzyką gabba, stworzeniu własnego stylu muzycznego, najlepszych klubach poza Berlinem i wspomniał swoje ulubione klasyki klubowe.

Dziś czekają cię 2 pierwsze występy w Warszawie. Z tego co wiem, przyjeżdżają na nie fani z całej Polski. Czy masz jakąś swoją ulubioną publiczność – podróżujesz i grasz przecież na całym świecie…

Tak, coś w tym jest. Każda publiczność jest na swój sposób inna. Np. w Argentynie ludzie są bardzo spontaniczni, ciepli, otwarci, a jednocześnie szaleni. Tak samo jest z Francuzami. W Polsce jeszcze nie występowałem, ale ponieważ zaczynamy „z wysokiego C”, czyli od dwóch występów jednej nocy, to może być bardzo interesująco i wesoło! Ja jestem natomiast osobą, która jest pozbawiona jakichkolwiek oczekiwań, chcę dać się zaskoczyć.

Wszyscy tu długo na ciebie czekali, więc na pewno będzie świetnie!

Tak właśnie myślę! (śmiech)

Twój pierwszy kontakt z muzyką elektroniczną to była kaseta z kompilacją muzyki gabba „Thunderdome” – tę kasetę przyniósł do szkoły twój kolega. Dziś te brzmienia powracają, mini-festiwal w stylu gabba odbył się w Berghain, o revivalu pisał też niedawno magazyn Groove. Co sądzisz dziś o tej muzyce?

Ja dziś chyba jestem za stary na słuchanie gabba! (śmiech). Ten gatunek jest jednak zbyt szybki, agresywny. Ale pamiętam tamten moment, ta składanka była chyba nawet już na kompakcie, słuchałem tego dużo i były to dźwięki, jakich wcześniej nie znałem. Ja udzielałem się wtedy w zespole, grałem na perkusji, słuchałem instrumentów klasycznych np. gitary, a tu spotkałem coś zupełnie nowego brzmieniowo. Potem przeskoczyłem muzycznie do muzyki trance, a następnie na minimale – miałem bowiem kolegę, który taką muzykę produkował. I wkrótce dotarło do mnie, że techno to muzyka, w której mogę się najlepiej wyrazić i która pasuje mi 100%. Tak więc hardcore’owe brzmienia wracają do łask również w Niemczech, ale to chyba nie moja bajka.

Wielokrotnie wspominałeś, że Stara Szkoła cię inspirowała i są z niej wpływy w twoich utworach – począwszy choćby od fascynacji projektem Members Of Mayday. Czy udało ci się spotkać lub współpracować z którymś z DJ-ów tamtego okresu?

Tak, przykładem jest np. bardzo ceniona w Niemczech grupa Der Dritte Raum. Bardzo ich lubię i kiedyś zdarzyło się ich spotkać i wspólnie zagrać na jakiejś imprezie showcase’wej. Próbowałem też coś zdziałać we współpracy z Dr Motte, ale niestety nic z tego nie wyszło. Wielka szkoda, bo przecież on był takim moim bohaterem, wzorem artystycznym.

Ty sam jesteś twórcą własnego stylu, który nazwałeś High-Tech Minimal. Na ile konieczne jest szeregowanie muzyki w kolejne kategorie? Czy nie jest tak jak w powiedzeniu, iż „Bóg stworzył muzykę, a ludzie podzielili ją na gatunki”?

Dla mnie nie jest to nieodzowne. Ja stworzyłem swój autonomiczny gatunek jedynie po to, by moi fani potrafili tę muzykę jakoś przypisać. Bo ja nie komponuję ani stuprocentowego techno ani też minimalu. To taki mój własny miks gatunkowy, zupełnie odrębny: są tu i elementy elektro i trochę melodii. Dlatego sam zacząłem szukać nazwy na te dźwięki.

A więc może ważniejsze od nazywania muzyki jest znalezienie własnego stylu?

Jak najbardziej, o to właśnie chodzi!

Na swojej stronie www pokazujesz fanom  pracę w studio. Część z nich sama produkuje muzykę, jest im jednak trudno przebić się w muzycznym biznesie. Czy świat cierpi na nadmiar muzyki? Jak dotrzeć do publiczności, skoro na serwisach muzycznych co tydzień lądują tysiące nowych produkcji i nikt nie chce poświęcać uwagi debiutantom?

To bardzo trudne i złożone pytanie. Faktycznie, ludzie poświęcają coraz mniejszą uwagę na słuchanie, kupowanie, eksplorowanie muzyki. Ale jestem przekonany, że jeśli ktoś jest zdeterminowany i naprawdę stoi za tym co robi, jest przekonany, że jest zdolny i wierzy w siebie – na pewno osiągnie sukces. Przecież i ja zaczynałem w trudnym czasie: już 10 lat temu rynek był nasycony muzyką w ogromnym stopniu. I ja zadawałem sobie podobne pytania.

Kiedy miałem swój pierwszy występ – było to w Brazylii, pomyślałem: „Ale jak to? Mam tak po prostu wyjść i zagrać jak wszyscy? Kto mnie zapamięta? Jak się czymś wyróżnić?”. I wpadłem na pomysł z maską. I uczyniłem z niej mój znak rozpoznawczy. Naturalnie w pierwszym rzędzie musi stać jednak dobra muzyka, bo mając tylko ograny marketing i social media, nie zrobisz kariery. Tak to jest w sztuce: zawsze pojawi się ktoś z nową ideą i coś dzięki temu osiągnie.

Jacy artyści, DJ-e są dla ciebie inspiracją w ostatnich latach?

Problem polega na tym, że ja słucham mało muzyki elektronicznej, klubowej. Chodzi bowiem o to, że nie chcę się inspirować – nawet mimowolnie. Chcę mieć czystą głowę i samemu tworzyć. Dlatego lubię muzykę filmową i cenię artystów takich jak Hans Zimmer, na którego dwóch koncertach byłem. Słucham też innej muzyki: od popu do rocka. Wszędzie można znaleźć coś ciekawego.

Jak oceniasz cenę niemiecką, zwłaszcza kluby? Który z nich poleciłbyś polskim raverom?

Przede wszystkim zaznaczę, że Berlin to nie Niemcy. Tak myślą ludzie z zewnątrz. A w mojej opinii imprezy w Berlinie nie są aż tak rewelacyjne. Warto czasem spojrzeć dalej, grałem np. w Augsburgu na południu Niemiec, w klubie Kesselhaus. To było genialne przeżycie, bo ta miejscówka jest rewelacyjna, po prostu odjechana w kosmos, wszystko mnie tam zachwycało.

Czego możemy spodziewać się z twojej strony jeszcze w tym roku: kompilacje, album?

Tak, ja od niemal roku nic nie wydawałem, mieliśmy powiem poważny problem z dystrybutorem. Teraz sporo się ukaże: nowe single i chyba cały album, będzie też nowa trasa, taka typu „spanie w busie” i występ codziennie.

Jakie 3 klubowe klasyki są twoimi ulubionymi i chętnie byś je wciąż grał i słuchał?

Może to nie są rzeczy, które bym zagrał podczas seta, ale lubię ich wciąż słuchać. Jako pierwszy typuję wspomniany wcześniej zespół Der Dritte Raum „Hale Bopp”.

Jako drugi: wielki klasyk house’owy, który wciąż dobrze brzmi: „King Of My Castle” Wamdue Project.

I jako trzeci – wspomnienie z młodych lat: „Hymn” Music Instructor. Pewnie nigdy bym tego nigdzie nie zagrał, ale to taki fleszbek dawnych czasów!

Rozmawiał Artur Wojtczak