5 miłych niespodzianek w polskim popie - Electronic Beats Poland

5 miłych niespodzianek w polskim popie

Skoro mamy już za sobą listę najgorszych polskich piosenek zeszłego roku (niektórzy chyba nie zrozumieli jej satyrycznego wydźwięku – no cóż, ostrze humoru ma to do siebie, że łatwo się na nie nadziać), to skupmy się na miłych niespodziankach. Polski pop wykazuje jakąś, na razie skromną, tendencję zwyżkową. Być może to kwestia pokoleniowego przewietrzenia, w każdym razie są powody do optymizmu. I takich 5 powodów mamy dla was dzisiaj – część z nich jest już dość popularna, część można uznać za projekty niszowe. Ale wszystkie mają jakąś popową wartość, na bazie której mogą zajść daleko.

 

Rosalie.

Ciężko uznać ją za niespodziankę, bo już debiutancka epka była obiecująca, ale umówmy się – artystów i artystek, którzy po obiecującym starcie spadali w kłębach dymu i wybuchach ognia mamy aż nadto. Więc do “Flashbacku” podchodziłem z ostrożnością. Niepotrzebnie. Różnorodne podkłady, solidnie eksplorujące nostalgię za lepszymi czasami w R&B, teksty, które nie przeszkadzają (niska poprzeczka, ale przypomnijcie sobie niektóre pozycje z listy najgorszych piosenek i zrozumiecie jej położenie), wreszcie sama Rosalie., która zamiast dominować nad podkładami, stawia na miłą dla ucha symbiozę. “Flashback” nie wymyśla koła na nowo, ale doskonale wie, czym jest i w pełni realizuje swoją wizję. Polskie R&B nie ma za dużo szczęścia, ale przynajmniej ma Rosalie.

 

Wczasy

Skoro już jesteśmy przy nostalgii, to zatrzymajmy się na chwilę przy zespole Wczasy. Nie wiem, czy już się kwalifikują na kategorię “pop”, czy wciąż tkwią w szufladce “underground”, ale ich muzyka aż prosi się o podmienienie wszystkich Lady Panków i Kombi z radiowych fal. Zresztą liczby nie kłamią – ponad 200 tysięcy wyświetleń przeboju “Dzisiaj jeszcze tańczę” nie zrobi wrażenia na trapistach czy disco polo wąsaczach, ale jest dobrym zadatkiem na większą karierę. Na papierze Wczasy wnoszą niedużo – ot, kolejne hołdy dla synth popu i stylistyki VHS. Ale co stanowi o sile muzyki Jakuba Żwirełło i Bartłomieja Maczaluka, to po pierwsze wokalna charyzma, po drugie teksty, po trzecie produkcja. Kombinacja tych atutów sprawia, że utwory Wczasów nie są rekonstrukcją historyczną, a w pełni nowoczesnymi tworami – język jest żywotny, a warstwy aranżacji pięknie rozdarte między fakturami shoegaze’u i popu z lat 80/90-tych, a współczesnymi technikami produkcyjnymi.

 

Rycerzyki

Czy to jest oszustwo, że na tej liście będą dominować projekty dość niszowe? Być może, ale alternatyw zbyt wielu nie ma. Tym bardziej, że muzyka Rycerzyków jest melodyjna, barwna, chwytliwa i bezpretensjonalna – czyli taka, jaki powinien być pop (pozdro Doda i jej skrzypki w polu). Zresztą gdybyśmy żyli w kraju o normalnie funkcjonującej branży muzycznej, to Rycerzyki śmiało mogłyby stać na czele “alternatywnego mainstreamu”, jak zespoły w rodzaju Phoenix, czy Fleet Foxes na mitycznym Zachodzie. Dużo tutaj tradycji z różnych stron indie rocka i indie popu, ale całość skleja się ładnie, z tej mieszaniny wychodzi z własną tożsamością. Niebywałą zaletą Rycerzyków jest frywolny klimat piosenek – a zatem kolejna dobra cecha popu, którą myli się u nas często ze słodyczą (Dawid P. nie pozdrawiam). Album “Kalarnali” będzie miał niedługo rok, nie prześpijcie go!

 

Żabson

Nie myśleliście chyba, że przejdziemy przez tę listę bez striggerowania słabszych serc i twardych głów? Na całym świecie (t)rap zastąpił tradycyjny pop na szczycie, tylko nasze rozgłośnie radiowe, zagłaskane zgrzybiałą dłonią rodzimych majorsów, jakoś nie chcą w tym uczestniczyć. Jeśli mielibyśmy szukać polskich odpowiedników pop rapowych crossoverów w rodzaju Travisa Scotta czy Kanyego, to wybieram Żabę ponad Quebonafide. Nie odbierając niczego barwnemu duetowi – “Trapollo” to po prostu sztos. Że nie jest to liryczna bestia, że brzmienie odrobinę zbyt wycyzelowane? Odsyłam do tytułu tego zestawienia. Żabson robi muzykę lekką, bezmyślną i przyjemną. Tylko żeby się chłopak nie zepsuł, bo na tych wodach łatwo o mieliznę.

 

Król

“Przewijanie na podglądzie” spotkało się z mieszanym odbiorem wśród części fanów i fanek twórczości Błażeja Króla, ale wygładzenie muzyki (szczególnie w warstwie produkcyjnej) wyszło mu w mojej ocenie na dobre. Ostatni album Króla może nie ma aż tak wielkiego pierwiastka szaleństwa, jak jego poprzednie wydawnictwa, ale ma spory potencjał komercyjny, który zresztą został wykorzystany, bo artysta wreszcie cieszy się popularnością, na jaką zasługiwał od dawna. Na nowe wcielenie Króla składają się ciekawe teksty, świetna atmosfera, czasem może lekko banalne pomysły produkcyjne, ale jeśli to ma być nowe pokolenie “trójkowej” muzyki, to jestem jak najbardziej za.