10 najgorszych polskich piosenek 2018 roku - Electronic Beats Poland

10 najgorszych polskich piosenek 2018 roku

Words by Paweł Klimczak

Polska muzyka ma wiele do zaoferowania – wystarczy szybkie zanurzenie w elektronikę, metal, jazz, czy nawet pewne rejony rapu (który mimo nienajszczęśliwszego 2018 z racji swojego rozmiaru i tak wydał na świat ciekawe krążki), by znaleźć dźwiękowe perły. W muzyce popularnej jest jednak dużo gorzej. Owszem, Taconafide są królami Spotify, Dawid Podsiadło nagrał w miarę porządną płytę, a młoda krew w rodzaju Rosalie. pnie się do góry. Mimo tych jaskółek, polski mainstream to mroczne miejsce, wypełnione kuriozami, nietrafionymi decyzjami artystycznymi i celebryckimi beztalenciami, które chętnie korzystają z tego, że polscy majorsi są mentalnie dwie dekady za swoimi odpowiednikami zza Oceanu. Warto przyjrzeć się choćby części z nich, żeby nie poniósł nas optymizm – tak, polski pop może być inny, ale z wielu powodów raczej stoi w miejscu. Zapewne patrząc na tę listę macie kilka pytań: gdzie nieszczęśliwcy na auto-tunie? Gdzie disco polo? Kompilując ten zestaw, trzymałem się kilku zasad: bez hip-hopu (tutaj potrzebna byłaby osobna lista), bez disco-polo (granice ludzkiej poczytalności są dość łatwe do złamania), bez coverów i remiksów (doba ma tylko 24 godziny), bez YouTuberów (unikam polskiego YouTube jak pożaru w fabryce chemikaliów). Starałem się również wybrać utwory, które są znamienne dla pewnych zjawisk trapiących polską muzykę nie od dzisiaj: niepotrzebne i nieudane powroty, kreatywne bankructwo (pop absolutnie nie wyklucza jakości, czy kreatywności – ponownie odsyłam za Ocean), konformizm, celebryctwo, czy złe pomysły, które nie zostały powstrzymane na żadnym etapie. Jeśli macie swoje własne typy, albo nie zgadzacie się z ogólną ideą listy – zróbcie swoją! Albo najlepiej posłuchajcie dobrej muzyki – wiem, że po tej liście będę musiał dość długo czyścić paletę.

 

Agnieszka Chylińska – Mam zły dzień

 

Dzięki Aga, ja teraz też, bo przypomniałem sobie o tym kawałku. Chylińska to ciekawy przypadek, bo nie zawsze była synonimem telewizyjnego cringe’u i żywym wcieleniem mema ze Stevem Buscemim udającym nastolatka. W dawnych czasach była powiewem autentyczności w popie, drapiącym wyśmiewanym dzisiaj “rockowym pazurem” miałką ofertę radiową. W 2018 Chylińska próbuje być gitarową buntowniczką, ale płyta “Pink Punk” brzmi jak parodia muzyki rockowej. Produkcja duetu Królikowski/Piotrowski jest zadziwiająco pozbawiona charakteru – singiel “Mam zły dzień” celuje w pop punk w rodzaju Sum41, a wychodzi Smash Mouth na ziemniaczano-cebulowej diecie znad Wisły. Cyrkowy teledysk świetnie współgra z wokalnymi wygibasami, na które producenci powinni zareagować po pierwszym zaśpiewanym zdaniu. Zresztą zdań tych zbyt wiele tu nie ma – po piętnastym powtórzeniu fraza “Mam zły dzień” została mi wyryta w mózgu, jak kod kreskowy na łysinie Agenta 47.

 

Piotr Kukulski – Nie mogę

 

Słusznie Piotrek, nie możesz. Kiedy jego próba bycia donem rapu bogatych ludzi została szybko zgaszona, popularny ze złych powodów Pikej usunął się w cień. Historia, jakich wiele – celebryta bez talentu ponosi artystyczną porażkę, wraca do swoich zajęć, może inwestuje w winnicę, może jakiś start up, może samotny rejs dookoła świata – wiecie, jak jest, kiedy ma się ten haj$. A w sumie nie wiecie, ja też nie wiem, bo hajsu nie mamy. Za to mamy powrót Pikeja – już nie raper w furze, ale apokaliptyczny charakternik, który diagnozuje współczesne społeczeństwo jako pełne depresji i niemocy. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo wokal naszego cierpiętnika ginie w miksie pod naporem cymbałków i trapowych trąb jerychońskich, podłożonych pod prostacki bit. Kurczę Piotrek, a mogłeś zainwestować w jakąś firmę przyszłości, albo w AI, które zrobiłoby lepszą muzykę.

 

Julia Wieniawa – Nie muszę

 

Pikej nie może, Julia Wieniawa nie musi, a jednak oboje nagrywają muzykę. Desant miernot z małego ekranu na muzykę to jest jedyna stała w naszych trudnych czasach – bez nadziei, że będą to gwiazdki Disney’a, które dojrzeją do nagrywania dobrego popu. Nie mamy polskiej Ariany Grande, za to mamy polską Julię Wieniawę – osobę bez krzty charakteru i z zerowymi umiejętnościami wokalnymi. Bit Urbańskiego leci na topornym 4×4 i pompujących, przekompresowanych syntezatorach, co wcale nie pomaga. ‘„Nie muszę” to bardzo osobisty utwór, w którym opowiadam o swojej codzienności i o konflikcie pomiędzy tym, co naprawdę czuję a tym, co „muszę” i co „powinnam”’ – czytam w tekście promocyjnym i mam niejasne podejrzenia, że słowa do tego koszmarka napisała sama… osoba (moja klawiatura odmówiła wpisania słowa “wokalistka”). Chętnie pomogę przy rozwiązaniu konfliktów Julii: nie nagrywaj muzyki, skup się na reklamach butów na przystankach, te przynajmniej nie wydają dźwięku.

 

Sindey Polak – Twarzą w twarz

 

Kolejny powrót, o który nikt nie prosił. Znacie tę sytuację, towarszyskie spotkanie, ktoś rzuca: “a ciekawe, co u osoby X”. Ostatnio pod X-a podstawiłem Sidney’a Polaka i proszę, nagrał nową muzykę. Co więcej, to hymn milenialsowych podróżników, którzy wyruszają w świat, by poznać siebie. Aż dziwne, że nie wybrał południa Azji, ale to chyba budżetowy kierunek, więc padło na Antypody. Nie wiem, co się dzieje z syntezatorami w “Twarzą w twarz” – bujają się z lewej do prawej (czyżby to nawiązanie do podróżowania po Oceanie?), nie jestem też przekonany, że Sidney powinien śpiewać partie, które śpiewa – wypadają niezręcznie. Poza tym to kawałek, który dobrze obrazuje stylistyczne rozerwanie polskiego popu: chciałoby się nowocześnie z tą elektroniką, ale jednak bez tradycji ani rusz. Wyszło jak zawsze, czyli boleśnie, poza czasem i tym, czym jest współczesny pop.

 

Nosowska – Ja pas

 

Nie mogę odmówić Nosowskiej talentu do pisania porządnych tekstów. Pisanie po polsku do łatwych zajęć nie należy, ale kiedy bycie reprezentantką klasy wyższej wjedzie za mocno, to i cały talent na nic, czego dowiodła jej ostatnia książka. “Ja pas” nie jest klasistowskim bełkotem, za to pustosłowiem jak najbardziej. Pomijając zaskakująco szczątkowy tekst (czy to inspiracja nową falą rapu z USA?), to tego numeru nie da się słuchać. Ofesywny, edgy na siłę bit Michała Foxa Króla odsyła mnie do czasów fidgetów i francuskiego electro, które nawet dla dzisiejszych nastolatków śmierdziałoby trupem. Trochę mi szkoda, że muszę wstawić Nosowską na tę listę, ale wtedy puszczam “Ja pas” i wiem, że spasować nie powinienem.

 

 

Reni Jusis – Ćma

 

Boli mnie Nosowska, ale bardziej Reni Jusis. Bo Reni, jak nikt inny, dawniej wspaniale łączyła klubowe trendy z sympatycznym popem, dając świadectwo prawdziwej pasji do muzyki elektronicznej w czasach, kiedy dominował rockizm i pogarda dla “muzyczki z komputera”. Niestety, przerwa artystyczna była dla Reni zdecydowanie za długa. “Ćma” jest koszmarnie zleżała, skażona największym wrogiem polskiej muzyki – electropopem, który w morderczym uścisku trzyma wszystkich – od Brodki po Kamp! i nie pozwala im iść dalej. Po Reni spodziewałem się dużo więcej, tym bardziej, że podkład tego rodzaju nie sprzyja jej wokalnemu stylowi. Szkoda.

 

Jan Serce – Katana

 

Wyróżnienie specjalne, bo sam utwór sam w sobie nie jest tak badziewny, jak większość pozycji z tej listy. “Katana” znajduje się tutaj jako wyraz kreatywnego bankructwa. I tak, jak szanuję producenckie pomysły Menta XXL w Rasmentalismie, tak tutaj poszedł na łatwiznę. Bardzo podstawowy, syntetyczny w najgorszym rozumieniu tego słowa podkład nie pomaga wrażliwcowi Janowi Serce porządnie udawać Dawida Podsiadły. Od arpeggiów w końcówce bolą zęby, podobnie od tekstu, który słyszałem w polskiej muzyce jakieś tysiąc razy. To przezroczysta muzyka do bólu, tym mocniej się dziwię, że pojawiła się w Asfalcie.

 

Doda – Nie wolno płakać

 

Artystka skarżyła się niedawno, że nie wie, co ma jeszcze zrobić, żeby jej nowa muzyka trafiła do radia. Odpowiedź jest prosta – nie nagrywać pseudopodniosłego kiczu, który ma prezentować cię jako dojrzałą osobę, kiedy cała twoja kariera wskazywała na coś odwrotnego. Te smyki w polu pasują co najwyżej do wojewódzkiej inscenizacji “Pana Tadeusza”, na pewno nie do muzyki pop AD 2018. Rozumiem, że najprostszym sposobem na wymyślenie się na nowo jest nagranie płyty z orkiestrą symfoniczną (The Dumplings zrozumieli to już chwilę po maturze), ale Doda jest ostatnią osobą, do której pasuje taki stylistyczny fikołek. Już prędzej mogłaby się podłączyć pod Chylińską i razem stworzyć rockowy pazur, jakiego fani Grety Van Fleet jeszcze nie słyszeli.

 

L.U.C. feat. Bovska, Tomasz Kot – Kompromisy

 

Wracamy do tematu dojrzałości, tym razem przy artyście, który ma spory dorobek: m.in. ujeżdżał plastikową kupę pod galerią handlową, narzekał na kolejki na poczcie w formie piosenki, wrobił nierozgarnięty wrocławski magistrat w promowanie swojej płyty, wymyślił kilkadziesiąt (lub więcej) słów, które nie mają żadnego sensu. L.U.C. jest jak smog – są sposoby na jego ograniczenie, ale nikt się nie kwapi za bardzo, żeby to zrobić. “Kompromisy” to kolejny odcinek sagi spod znaku “poważnej polskiej piosenki”, żeby dopełnić stereotypu – ze znanym aktorem w klipie. Nudny bit, pusty tekst, stylówka pseudo vintage. Łukasz, żeby być poważnym trzeba robić więcej, niż upodabniać się wizualnie do Leszka Możdżera!

 

 

 

Wszystkie kawałki na mundial

 

Ciężko wybrać jeden (w czerwcu wybraliśmy OSIEM przyp. red.). Dźwiękową mękę KOMBI, góralską jedzię InoRos, stadionowe disco polo CZADOMANA (ksywka piękna, propsuję!), czy może antyrap ESTE & Kovaleffsky’ego? Każde większe wydarzenie piłkarskie generuje tsunami bardzo złych kawałków, nośników marzeń o tym jednym hicie, który da dożywotni booking na Dniach Grzyba w Węglińcu. Bynajmniej nie chcę nikomu zabierać marzeń, ale poziom tych produkcji wymaga jakiegoś nowego słowa, które mógłby wymyślić L.U.C.