Za nami pierwszy dzień Warsaw Games Week | Electronic Beats Poland

Za nami pierwszy dzień Warsaw Games Week

Nigdy nie szalałem za wszelkiego rodzaju conami. Za dużo ludzi, głośno, kolejki, nigdy nie wiem gdzie mam iść bo budynki są za duże, a nie chce chodzić non stop z mapą w łapie. Dlatego, gdy w tym roku przekroczyłem próg warszawskiej Hali EXPO na Woli, nie spodziewałem się niczego dobrego po Warsaw Games Week.

I jestem cholernie zaskoczony.

Po pierwsze nie ma bardziej magicznego czasu na targach, gdy ruch ludzki jest ograniczony. A nie ma pustszych targów, niż pierwsze godziny otwierającego dnia, gdy mogą się po hali kręcić tylko dziennikarze i ludzie, którzy kupili wejściówka na pełne cztery dni wydarzenia.

Pierwszą swoją godzinę na drugiej w historii odsłonie Warsaw Games Week spędziłem chodząc w kółko. Zapamiętując umiejscowienie interesujących mnie stoisk i czekając na 10:00, gdy wszyscy wystawcy mieli być juz w pełnej gotowości.

Tak naprawdę, w głębi duszy, czekałem tylko na jedną rzecz – aby po raz pierwszy zagrać w pełnoprawnego Gwinta. Jest to projekt CDRed, twórców growego “Wiedźmina”, którzy stworzyli dla trzeciej części przygód Geralta karciankę, w którą mogliśmy sobie pograć przeciwko postaciom ze świata gry. Gwint tak zachwycił graczy, że ci wysyłali tysiące maili, w których prosili o możliwość pogrania w karciankę z przyjaciółmi online i CD-Red postanowił spełnić zachciankę fanów. Stworzył pełnoprawną wersję Gwinta.
Rozgrywka pozostała taka sama. Dużo zmian jednak przeszły same karty do dodano sporo zmienny i umiejętności, które urozmaicają rozgrywkę. Jak poinformowali mnie ludzie na stoisku, Gwint nie będzie tylko online’ową karcianką, ale będzie posiadać tryb fabularny, w której główną rolę będzie odgrywał nasz ulubiony Geralt.
W ciągu kilkunastu minut rozegrałem dwie partie. Obie przegrałem. A gość z CDRed, z sardonicznym uśmiechem na twarzy stwierdził, że jeśli pokazywać komuś grę, to w taki sposób, aby ktoś faktycznie mógł w pełni odczuć przyjemność z… przegrywania.

Chwilę później przeniosłem się do drugiej hali, w której postanowiłem przenieść się do świata Resident Evil w wersji na Play Station VR. Mimo, że był moment w krótkim gameplayu przy którym mogłem być bliski narobienia w portki, to wydaje mi się, że rozgrywka w tej formie nie jest dla mnie. Mój brak miłość do Virtual Reality miał jednak zamienić się w burzliwy związek.
Dzięki WGW zakochałem się w grze VR jakieś 10 minut po odejściu od stanowiska “RE’. Tak, jak Resident Evil był średni, Robinson (w którego zagrałem trochę później) tragiczny, tak produkcja zatytułowana „Eagles Flight” jest czymś wyjątkowym.

Gra pozwala nam zostać orłem. Tyle. W trakcie kilkunastu minut zabawy z tytułem sprawdziłem mały wycinek trybu fabularnego, który będzie po prostu zestawem kilkudziesięciu misji o różnym poziomie trudności, w których naszym celem będzie latanie po Paryżu. Po chwili z fabułą miałem okazję przetestować tryb drużynowy, w którym możemy walczyć 4 na 4. Naszym celem jest zbieranie truchła zwierząt i zanoszenie go do gniazda. Przeciwnicy mają oczywiście to truchło nam wytrącić i zanieść szamkę do własnego gniazda. Sterujemy lotem przekręcając głowę w lewo lub prawo. Na mapie są miejsca, w których możemy korzystać z prądów wietrznych które nas przespieszają, ale często wiążą się z podjęciem trudniejszej lotniczej trasy.

Granie w Eagles sprawia  naprawdę niesamowitą radochę. Po pierwsze – LATAMY DO CHOLERY, po drugie – LATAMY DO CHOLERY, po trzecie – LATAMY DO CHOLERY. A kto nie marzy o lataniu?

Pierwszy dzień WGW postanowiłem zakończyć grając w drugą część Ubisoftowego „South Parku” i pierwszą poważną grę rycerską „For Honor”. Obie są fajne… Ale i tak wracam na targi, żeby polatać.