Z TEJ MĄKI BYŁ HOUSE’OWY CHLEB – PIEKARNIA - Electronic Beats Poland

Z TEJ MĄKI BYŁ HOUSE’OWY CHLEB – PIEKARNIA

Words by Artur Wojtczak

Stołeczna, a właściwie polska scena klubowa rządzi się swoimi prawami. Pierwsze imprezy z muzyką acid-house pojawiały się już w końcu lat 80. Potem zaczęły powstawać muzyczne kluby serwujące muzykę elektroniczną, ale przychodziły i odchodziły – zastępowane przez kolejne.

Niewątpliwie jednym z  najciekawszych, najbardziej wpływowych miejsc, jakie powstały w naszym kraju była PIEKARNIA. Wspominana do dziś, przez 13 lat – ze swoimi wzlotami i (nieznacznymi) – upadkami kształtowała gusta, wychowywała znakomitych DJ-ów, stawiając pieczątkę znaku jakości polskiego clubbingu w jego złotym okresie.

W sobotę 3 grudnia 2011 odbyła się pamiętna impreza zamknięcia klubu: grali na niej  m.in. Fusion & Come T, Sincz, Juniore, Simon Mattson, Luke Hiero, Glasse, Easy  Adam Bekett.

13 stycznia 2019 w warszawskim klubie Jasna 1 odbyła się piekarniana impreza wspominkowa, na której zagrali m.in. Bert i Igor (Last Robots), Novika i związany z Instytutem Gerhard.

Z tej okazji przypomnijmy sobie ten słynny oryginalny vibe z ulicy Młocińskiej.

POCZĄTKI

Autorem nazwy i samego pomysłu na klub Piekarnia był Jarek Guła – legenda polskiego undergroundu. Wspólnie z Marcinem Rutkiewiczem ( dziś związanym z Fundacją Sztuki Zewnętrznej, autorem książek, m.in. „Polski Street Art” ) organizował razem kilka imprez – wtedy to powstał pomysł, by ten potencjał wykorzystać w koncepcie miejskim. W ówczesnej Warszawie lat 90. było niewiele miejsc oferujących nocne życie, a ich ulubiona knajpa Między Nami zamykała się już o 22-ej.

PIEKARNIA WERSJA 0.0

Wtedy to właśnie Jarek znalazł budynek przy Rondzie Babka, który jawił mu się jako idealny pod klub.

Marcin Rutkiewicz: „Pomysł wydawał mi się mocno ryzykowny, ta okolica funkcjonowała wówczas jako teren za miastem, Warszawa kończyła się na Placu Bankowym.  I powiem szczerze, żeby zobaczyć tam przyszły klub, potrzeba było dużo wyobraźni! (śmiech). To był zapuszczony, zawalony, zagrzybiony pustostan z krzywym stropem, wielkim piecem stojącym na środku sali i hałdą na dziedzińcu, gdzie potem stał namiot. Wywieźliśmy stamtąd 150 ciężarówek żużlu. Na środku przyszłego parkietu rosło drzewko. “

Rozmowy na temat otwarcia trwały blisko rok, aby udźwignąć projekt finansowo, dokoptowani zostali kolejni współwłaściciele: Robert Szumielewicz, Grzesiek Chełmecki oraz Jurek Herbst.

W pierwszym zamyśle Piekarnia miała być kulturalnym drink-barem  z odczytami, projekcjami dobrych filmów. Weekendowe tańce miały być tylko dodatkiem. I muzycznie było wtedy funkowo i breakbeatowo z silnymi wpływami sceny dubowej z Londynu. Taki ambitny program był jednak groźny dla finansowego powodzenia przedsięwzięcia. Jarek Guła odchodzi wówczas i po pewnym czasie zakłada CDQ – o takim właśnie profilu.

PIEKARNIA 1.0

I wtedy pojawia się zarys “pierwszej Piekarni” z programem Rutkiewicza.

To były czasy takich DJ-ów jak Bogusz Bilewski, Harper, Sebastian (Seb Skalski)  i Dinn. Startuje  cykl Love Bomb! Jema Linseya, a wraz z nim DJ Gerhard. Imprezy breakbeatowe, bigbitowe i acid-jazzowe przeplatały się wtedy z housem, który wtedy nie był aż tak popularny.

PIEKARNIA 2.0

Wspomniana na początku artykułu żywotność i popularność klubów to zwykle przysłowiowe 2 lata. Aby klubowiczom nie znudził się profil miejsca, potrzebne są zmiany – innowacje. Właśnie wtedy na firmamencie pojawia się DJ Janusz – świeżo po swych doświadczeniach z  amsterdamskim Roxy i implementuje na warszawski grunt nurt progressive.

Potem do gry wchodzą jeszcze dwa teamy: skupiona wokół Berta grupa DJ-ów grających brzmienia acid funk (m.in. Slajd i Igor) oraz Bartek Winczewski i DJ Glasse, którzy przynieśli do Piekarni słynny cykl Import!. Tu zaczyna się wielka ekspansja brzmień house. W tym czasie za program klubu odpowiadała już Joanna Hodera, bardzo ciekawa i charyzmatyczna postać. To była Piekarnia 2.0. – wspomina Marcin Rutkiewicz.

KLUBOWE REMINISCENCJE: SIMON MATTSON, BERT, ELI, TOMASZ GUIDDO

SIMON MATTSON (znany wcześniej jako SIMON S) pojawił się w klubie, gdy jego  rezydentami byli: Bert, Glasse i Bartek Winczewski.  „Piekarnia to nie był tylko klub – to była niezwykła społeczność ludzi ceniąca miłość, muzykę i taniec. Byliśmy jak rodzina. Ten klub był jednym z pierwszych miejsc w Polsce, które zaczęło sprowadzać zagranicznych artystów na imprezy. Światowy poziom wydarzeń z tamtego czasu mógłbym nawet dziś porównać do tego co dzieje się na Zachodzie. Na imprezach można było spodziewać się animatorów na szczudłach, hostessy w strojach aniołów, tancerki i muzykę na wysokim poziomie. To właśnie takie rzeczy dzieją się dziś m.in. podczas Day Zero Damiana Lazarusa, WooMoon na Ibizie czy Burning Man w Nevadzie w większym wymiarze. Piekarnia na mała skalę, ale robiła to już ok. 16 lat temu.” wspomina Simon Mattson.

Simon marzył od początku kariery, by tam zagrać – udało się to w 2005 roku podczas jego pierwszego urodzinowego party, na którym wystąpił Pete Gooding – jeden z najbardziej znanych rezydentów Cafe Mambo Ibiza. Niedługo później Szymon został rezydentem Piekarni za sprawą Szymona Tomasika (Hanna Bernard), który zajmował się wtedy klubem. Z czasem Simon wspierał  klub także w zakresie marketingu i regularnych bookingów zagranicznych.

Pierwsze zetknięcie sie DJ’a BERTA z Piekarnią nastąpiło jesienią 1998 roku, kilka tygodni po jego powstaniu. Jego pierwsza wizyta tamże nie była udana – pocałował klubową klamkę. Tej nocy miał zagrać Szwed Rasmus, producent związany z wytwórnią Bolshi, ale… nie dotarł. Linie lotnicze zgubiły jego kufer z winylami, a może po prostu artysta nie doleciał trudno to w tym momencie spamiętać. Kolejne wizyty były jednak dużo bardziej udane.

Bert wspomina: “W długi majowy weekend 1999 roku zostałem zaproszony przez Roberta Dinna do występu w Piekarni. Znaliśmy się z redakcji Techno Party, a Robert, bardzo dobry house’owy DJ, zaczął wtedy organizować swoją imprezę w klubie. To była niezapomniana noc. Wtedy poznałem Harpera i tej własne nocy założyliśmy nasz didżejski duet – Boogie Mafię.”

W 2001roku razem z DJ-em Glasse współorganizatorem Importu!, Bert  został rezydentem klubu. Do 2002 roku za gramofonami regularnie stawał też DJ Janusz.

W Piekarni często grywał Barry Ashworth, lider grupy Dub Pistols. Anglik był uwielbiany przez bywalców klubu. Imprezował tak jak oni, nie gwiazdorzył, a po secie nie uciekał do hotelu – tańczył albo rozmawiał z klubowiczami. Za gramofonami był bardzo ekspresyjny – krzyczał, skakał i przede wszystkim wiedział jak nakręcić ludzi na parkiecie. Dlatego w 2003 roku zaproponowano mu rezydenturę, co w praktyce oznaczało regularne granie, kilka razy w roku. Niestety, inauguracja rezydentury w lipcu 2003 roku okazała się wielką klapą.

Bert tak opisuje tę noc: “Zaczęło się naprawdę doskonale – klub był wypełniony po brzegi, a tej nocy, jak zawsze latem, główna scena była na ogrodzie. Nic nie wskazywało na nadchodzącą katastrofę. Każda kolejna płyta Barry’ego nakręcała tancerzy – parkiet był bliski eksplozji! Aż w pewnym momencie ktoś podał mu buteleczkę poppersa. Czym jest poppers nie będę tłumaczyć – dodam, że i dziś niektórzy lubią niuchnąć tę dziwną substancję z seks-shopu. Wtedy Barry nie wiedział co mu podano, a może wiedział, a nie pomyślał. Jak to Barry w szczycie didżejskiej euforii – niuchnął bez zastanowienia. Po kilku sekundach… padł jak długi na oczach wszystkich i już się nie podniósł! Wynoszony na zaplecze szeptał – ‘lovin it, lovin it”. Tak po 10 płytach skończyła się inauguracja jego rezydentury. O dziwo, publiczność bardzo szybko wybaczyła Barry’emu jego porażkę. Nikt nie czynił mu wyrzutów, a cała historia szybko urosła do rangi klubowej legendy. On sam – załamany, zawstydzony i z wyrzutami sumienia spędził większość nocy na zapleczu. Rezydentury nie stracił. Następnego dnia w sopockim Sfinksie zagrał (na trzeźwo!) pięciogodzinny set. I to był jeden z jego najlepszych występów z życiu.”

W czerwcu 2005 roku klub został sprzedany i tym samym zakończyła się jego (i Barry’ego) przygoda z Piekarnią.

Występujący pod pseudonimem iRobot oraz tworzący producencki duet PIONA ( z Rawskim) Igor Fleiszer swoje pierwsze (duże) kroki stawiał właśnie w Piekarni. To w tym miejscu wziął udział w konkursie dj-skim, dzięki któremu otworzyły mu się drzwi do innych klubów. I najważniejsze – to w klubie Piekarnia poznał Berta, z którym tworzy dzisiaj DJ-skie duo Last Robots. Atmosfera, klimat, który towarzyszył temu miejscu, jest nie do odtworzenia. Igor wspomina imprezownie na Młocińskiej bardzo emocjonalnie. „Piekarnia była prawdziwym klubem, wspólnotą. Wchodząc tam, zawsze spotkało się kogoś znajomego. Pamiętam, że wiele razy wybierałem się tam na chwilę, a zostawałem do rana. To tam dj-e bookowanie byli na godz. 5 lub 6 rano a imprezy potrafiły trwać do godz. 10. Klub posiadał też duży ogród, gdzie latem witaliśmy poranek z tłumem bawiących się ludzi. Popularne w Piekarni były śniadania. W tym miejscu można było zasmakować każdego rodzaju muzyki, nie było ograniczeń.”

Pierwsze granie Igora w klubie Piekarnia odbyło się w czwartek, była to impreza z młodymi DJ`ami,  którzy stawiali wtedy pierwsze kroki. Przyszło wówczas tylu ludzi, że trzeba było zmienić salę na większą. Dzisiaj to chyba mało prawdopodobne.

Igor relacjonuje: “Największym wydarzeniem były zawsze urodziny klubu. Była walka o zaproszenia. Klub zmieniał się na tę okazję nie do poznania. Pamiętam, że podczas jednych urodzin grał nawet Roger Sanchez. W klubie ogłoszono ewakuację z powodu alarmu bombowego, nikt nie spieszył się do wyjścia, a wiele osób czekało nawet w kolejce do szatni. Oczywiście był to fałszywy alarm, a legenda głosi, że zadzwonił właściciel innego miejsca, bo u niego klub świecił pustkami.

Brakuje dzisiaj miejsc, jak Piekarnia, dlatego cieszę się, że mogłem być jego częścią i doświadczyć tego, co tam się działo.”

Eliza Krakówka – fotograficzka i niestrudzona animatorka wielu kulturalnych i kulinarnych miejsc (m.in. 5-10-15, My’o’My, 55, Urban Market, Kobiety-Pistolety) była częścią DJ-skiego trio Lezbend, jakie powstało spontanicznie po jej DJ-skim debiucie za deckami w 2001 roku.

Eliza twierdzi, że pomysł na to kobiece muzyczne przedsięwzięcie powstał po prostu na afterze u jej przyjaciółki Psoty: „Siedziałyśmy wtedy we trzy, czyli Psota, Qla i ja w kuchni debatując nad jakimiś sprawami jak to zazwyczaj na i po imprezach bywało. Nagle któraś rzuciła pomysł w stylu: zróbmy djskie trio! Chwilę później pojawiła się już nawet nazwa: Lezbend! (w sumie nigdy do końca nie wiedziałyśmy, która wpadła na ten pomysł)” mówi Krakówka.

W tamtym czasie grających dziewczyn w Polsce było dosłownie kilka, a już trio było pomysłem nader nowatorskim i odważnym jak na tamte czasy – scena taneczna była bowiem zdominowana przez facetów. „Na początku nie było łatwo – traktowali nas z przymrużeniem oka i niektórzy nawet wpisywali dokuczliwe wpisy pod imprezowymi postami. Trzy grające dziewczyny z winyli były dla męskiego świata DJ-ów czymś w rodzaju profanacji. Jak grałyśmy, patrzyli nam na ręce, sprawdzając czy nam się przypadkiem płyty nie rozjadą, to był spory stres. Wiedziałyśmy, że aby nas docenili, musimy być naprawdę bardzo dobre technicznie i mieć dobrą selekcję płyt. Przyłożyliśmy się z nauką grania, a z tym drugim nie było trudno, bo od lat uczęszczałyśmy na imprezy i wiedziałyśmy, co nam się podoba, każda z nas miała swój styl”.

Eli wspomina, że płyty winylowe zamawiało się wtedy z netu zazwyczaj z angielskiego Juno albo kupowało w Berlinie. Popularne i pożądane kawałki można było wtedy usłyszeć w całości jedynie na imprezie lub w niszowych radiostacjach w radio czy internecie. Na listonosza czekało się do tygodnia z wypiekami na twarzy. Jak Eliza podsumowuje ten czas? „To była cudowna ekscytacja, móc wrzucić na gramofon płytę, na którą się tak długo czekało. Zresztą wszystko było wtedy inne, mniej stresujące. Przychodziło się do klubu spotkać znajomych, pobawić się. Nikt nie gapił się w telefon i nie robił sobie selfie, liczyła się po prostu dobra zabawa napędzana najlepszymi brzmieniami”.

Dziewczyny z Lezbend były bardzo ambitne i mocno ćwiczyły miksowanie – czasem pomagali im w tym koledzy – jednym z nich był wspomniany wcześniej Bert. Pierwszy booking pojawił się dość szybko – była to impreza wyjazdowa w Metrze w Gdańsku, ale dopiero późniejsze granie w Piekarni uruchomiło lawinę bookingów dla tego trio. Eliza pamięta, że pojawiały się im bookingi nawet na 2-3 dni w tygodniu – dziewczynom udało się zjechać całą Polskę wzdłuż i wszerz oraz zagrać trase po USA, Niemczech, a także wystąpić w Amsterdamie.

Tomasz Guiddo – 1/2 duetu Manhooker, członek Warsaw Laptop Orchestra, założyciel Fine Coincidence Recordings – od lat podróżuje artystycznie po świecie: produkowanie i granie muzyki w Warszawie i Berlinie zastąpił niedawno rezydenturą w chińskiej metropolii Shenzhen oraz Hongkongu przybliżając taneczną kulturę Azjatom.

Do słynnego Pepper Club bukował takie sławy DJ-skie jak m.in. Richie Hawtin, Dubfire, Terry Francis, Groove Armada, Marshall Jefferson. Natomiast jego przygoda z graniem muzyki zaczęła się od klubu Pruderia. Ale wielkie piętno na jego karierze odcisnęła właśnie warszawska Piekarnia: „Pamiętam, jak niemal dosłownie wszedłem z ulicy do biura klubu ze swoim miksem demo na CD i powiedziałem, że chciałbym tam zagrać. Asia Hodera posłuchała wówczas mojego miksu i przedstawiła mnie głównemu bookerowi – Bertowi jako DJa chill-outowego. Bert zaproponował jednak, żebym zagrał house’owy set na jednej z ważniejszych imprez – Piekarnia All Stars – na głównej sali. Gazeta Wyborcza wymieniła wtedy moją ksywkę w jednym rzędzie ze starszymi, doświadczonymi DJ-ami, tak jakbym już był jednym z „Piekarnia All Stars”. Zdaje się, że to mi wtedy trochę pomogło, aby i inne kluby potraktowały mnie poważnie. A Bertowi chyba faktycznie musiało się podobać to, co gram i uwierzył we mnie, bo byłem bukowany jeszcze wielokrotnie jako support naprawdę dużych nazwisk. Dzięki temu nawiązywałem też kontakty z artystami z zagranicy, z Belgii, Niemiec, Anglii, np. z Moussą Clarkiem, który wciąż jest moim dobrym przyjacielem – założyliśmy razem wytwórnię Fine Coincidence Recordings.”

Piekarnia już nie istnieje fizycznie, ale wciąż żyje w głowach i sercach klubowiczów, DJ-ów i fanów kultury tanecznej w Polsce.

Wspominkowa impreza w klubie Jasna 1 rozbudziła te wszystkie wspomnienia,  przypomniała jak barwnie i euforycznie można się bawić. Najlepiej podsumują to słowa Noviki (śpiewającej na tym party), która w wywiadzie dla Electronic Beats powiedziała:

„Impreza Piekarni była wręcz bombowa, wypaliła znakomicie! Zobacz jaka fala pozytywnej  nostalgii ostatnio się przetacza . I jak kapitalnym rokiem był 1998: właśnie obchodziliśmy 20 lat powstania Radiostacji, 20 lat Asfalt Records, ja też mam około 20 lat pracy twórczej. I na szczęście jest grupa młodych ludzi z szacunkiem do tego czasu i dorobku. Do tego dochodzą starsi klubowicze, którzy kiedyś się wykruszyli, a  teraz odchowali dzieci i…wracają na parkiet. Impreza Piekarni była fenomenalna, przerosła absolutnie nasze oczekiwania: wielka frekwencja, przyjacielski, ludzki klimat, euforia wszędzie.”

Oddając respekt ludziom związanym z Piekarnią, czekamy na drugą edycję tego old-skoolowego party w maju.