Electronic Beats Poland

Wyboista droga kultury klubowej

Published on November 1, 2016 16:04 Berlin Time

Jakiś czas temu strona culture.pl opublikowała “A Foreigner’s Guide to Polish Electronic Music”. Portal prowadzony jest przez Instytut Adama Mickiewicza, którego celem jest promocja polskiej kultury za granicą. To dobry znak, że muzyka elektroniczna została uznana za narodowy skarb. Przy tworzeniu takiego przewodnika, skierowanego do obcokrajowców, nie sposób uniknąć uproszczeń i skrótów. Autorzy świetnie poradzili sobie z wyliczeniem najważniejszych nazwisk, zapomnianych pionierów i młodych wilków, zabrakło jednak ukazania elektroniki w szerszym społecznym kontekście. Nie wymieniono najważniejszych klubów, czy festiwali. Można się spierać na ile techno jest gatunkiem muzycznym, a na ile popkulturowym fenomenem i na ile popularność clubbingu jest odbiciem kondycji polskich producentów, ale poza sukcesami Jacka Sienkiewicza, Skalpela, czy Catz ‘n’ Dogz, polska scena, to praca setek didżejów, promotorów, menadżerów, którzy wciąż działają w warunkach finansowych niedoborów, kapryśnych władz i sąsiedzkiej wrogości. Istotne wydaje się też pytanie czy artykuły w prasie, które wciąż nazywają tę muzykę ”umpa umpa” są odzwierciedleniem opinii masowego odbiorcy, czy jednak zwykłym dziennikarskim szczuciem?

Płyty, rozumiane jako konkretne wydawnictwa i nagrania, są jednymi z najlepszych nośników wspomnień. Uboga rodzima fonoteka elektroniczna, powoduje że w historii polskiej sceny klubowej jest wiele białych plam. Jakub Bożek pisząc dla Dwutygodnika o historii łódzkiej Parady Wolności, pluje sobie w brodę, że w czasach świetności tego wydarzenia niespecjalnie go ono kręciło. Rozmawiając z wieloma starszymi ode mnie osobami, ciągle dowiaduję się, że “scena” była kiedyś w Polsce równie duża jak dziś, brakuje jednak odpowiedniej kultury pamięci. Być może, po prostu, temat wydaje się wciąż zbyt świeży na tworzenie odrębnej historii, bo przecież nie da się zaprzeczyć, że dzisiejsze dzieciaki dostałyby palpitacji lub orgazmu na schranzowych setach Chrisa Liebinga, jakie można było usłyszeć w klubie „Kanty” w Jaworznie – by podać jeden z lokalnych przykładów – a było to bez mała prawie dwadzieścia lat temu.

https://youtu.be/ERffdv0TbNM

Bożek w innym artykule dla Red Bulla tłumaczy skąd wzięła się wieloletnia niechęć do elektroniki w Polsce. O ile w Niemczech czy Wielkiej Brytanii syntezatory i samplery wniosły ogromną świeżość do przemysłu rozrywkowego, a synthpop stał się nowym punkiem, o tyle w Polsce publika gwizdała na widok klawiszy na takich festiwalach jak Jarocin. Był wyraźny podział, na to co gitarowe, niezależne i przede wszystkim antysystemowe, a to co dyskotekowe, plastikowe i koniunkturalne. Oczywiście chodziło bardziej o zachodnie importy w stylu Modern Talking i C.C. Catch niż Kraftwerk czy Giorgio Morodera. Depeche Mode wytworzyło u nas swoją własną, zamkniętą subkulturę, a o electro czy housie mało kto wtedy u nas słyszał. Trzeba pamiętać, że mówimy o połowie lat 80-tych, a Polska miała spore opóźnienie w stosunku do drugiej strony żelaznej kurtyny. I tak ta rockowa niechęć do syntetycznych dźwięków przeniosła się na lata 90-te, o czym świadczą takie kawałki jak “Napierdalam Dyskomana” grupy Po Prostu czy “Pierdolona Era Techno” The Analogs. Kazik był w telewizji i śpiewał po polsku, czego nie oferował ani Westbam ani Jeff Mills. I choć Maciej Maleńczuk twierdził, że “od techno można z nudów zdechnąć”, a na murach można było przeczytać że “najlepsza na glana, pasta z technomana”, to potem ten sam Maleńczuk grał acidy na festiwalu “Prokadencja w Łodzi”. Dzisiaj za to Robert Lewandowski robi sobie zdjęcia z Solomunem.

Patrząc jednak na zdjęcie, która ostatnio opublikował na facebooku Lee Jones, można dojść do wniosku, że Maleńczuk miał rację. Kolejka do Berghain wygląda dziś jak kondukt pogrzebowy. Pewien holenderski festiwal ustawił na swoim polu atrapę berlińskiego klubu, wyglądającą jak z filmu “Czeski Sen”. Nikt nie mógł wejść do środka, gdzie grał didżej, od czasu do czasu upubliczniający zdjęcia i filmy ze swojego seta. Instalacja w złośliwy, ale trafny sposób komentowała nieustające pragnienie dostania się do środka. To chyba jakiś rodzaj emocjonalnego hazardu, “wejdę czy nie wejdę”, chęć dowartościowania się na tej przeklętej bramce. I pomimo jasnych i żelaznych zasad ze strony Berghain, które przecież mogłoby otworzyć filie w innych miastach jak Londyn czy Barcelona, całość nabiera nieco karykaturalnych cech.

Niedawno w wywiadzie dla Rolling Stone, Paul Kalkbrenner stwierdził, że techno skończyło się w 1993. Jeśli dziś techno przechodzi kryzys, to właśnie z powodu tej nadmiernej unifikacji, zamknięcia się w kwadracie regularnej stopy, enigmatycznych opisów, ciemnych barw i czarnych ubrań. Może to słowa nieco na wyrost, ale skoro Nina Kraviz (sic!) grywa w swoich setach trance i hardcore, to może i moment saturacji jest już bliski. W tym wszystkim brakuje bowiem jakiejś dawki humoru, rozluźnienia, spuszczenia powietrza z tych wszystkich muskularnych dźwięków, hal napakowanych ludźmi i przehajpowanych line-upów. W tym kontekście hasło “pozdro techno” i sposób w jaki organizatorzy Up To Date bawią się konwencją, wydaje się być dobrym kierunkiem, choć niektórzy chcieliby to techno traktować jako prywatną religię.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube's privacy policy.
Learn more

Load video

Dla wszystkich narzekających na lokalną scenę klubową dobrą odtrutką będzie film “Raving Iran”. Historia dwóch przyjaciół, którzy desperacko próbują wytworzyć jakiś ferment w zabetonowanym irańskim społeczeństwie, podbudowuje nas, jako Europejczyków, ale również, jako Polaków, że żyjemy w ramach relatywnie liberalnego obyczajowo porządku. Dopóki władze u nas nie zajmują się tematem życia nocnego, jest dobrze; w Wielkiej Brytanii się zajmują i przez to zamknięto Fabric. Co prawda, w Niemczech też się zajmują i wychodzi to scenie klubowej chyba na dobre – Berghain wygrało batalię z urzędem skarbowym i płaci teraz niższe podatki – to jednak niezależność od łaski bądź niełaski decydentów wydaje się być na dłuższą metę bezpieczniejsza. Wracając do filmu, to jest to całkiem zgrabnie opowiedziana historia, szczerze i z dowcipem, wzbudza dużo sympatii do bohaterów. Irańczycy mimo beznadziejnego położenia jak na didżejów i producentów, z powodu rygorystycznej polityki w ich kraju, ciągle ryzykują i szukają szczęścia również za granicą, co także może sprowadzić na nich kłopoty w ojczyźnie. Podbudowujące i ciekawe szczególnie w kontekście kryzysu imigranckiego i rosnącej fali irracjonalnej islamofobii.

A czy sam clubbing może być polityczny? Na pewno z biegiem czasu staje się coraz bardziej świadomy i podejmuje wątki, o których wcześniej nie mówiło się otwarcie w kulturze klubowej. Thump jakiś czas temu pisał o przypadkach depresji, uzależnień i załamań pośród didżejów. Za to Dj Rebekah stworzyła dla Electronic Beats specjalny mini-poradnik jak pozostać zdrowym i wypoczętym w ramach uciążliwych tras. Brutaż zorganizował przed jedną ze swoich imprez kurs samoobrony, a jeden z organizatorów Unsoundu, Mat Schulz napisał dla Wire tekst o Brexicie, wpisując go w kontekst działań tegorocznej edycji pod hasłem “Dislocation”. Jak to napisał Jacek Plewicki na swoim facebooku: “Nie można mówić o *globalnym rynku imprezowania* w oderwaniu od tego, skąd pochodzimy, ile mamy pieniędzy, kto nas nazywa i ocenia i jakiego gówna chcemy unikać w klubie. Albo może po prostu chodzi o to, że zabawa nocna nie może być czymś totalnie łatwym, a ma być inna i ma być nasza, nie czyjaś.”