Winylowy 2018 - Electronic Beats Poland

Winylowy 2018

Words by Paweł Klimczak

Na podstawowym poziomie niewiele się zmieniło w winylowej technologii od pierwotnych czasów przykładania papierowej tuby do płyty. A jednak jest coś w tym nośniku, co sprawia, że wciąż trwa, na przekór temu, że w gruncie rzeczy jest niewygodny i archaiczny. Liczby nie kłamią – według ostrożnych szacunków sprzedać się mogło nawet około 20 milionów winyli w samych USA, co przekłada się na wzrost o około 20% względem poprzedniego roku. Przy dominacji streamingu to niewielkie liczby, ale patrząc na inne nośniki, to wciąż dużo. Płyty CD są już praktycznie na wylocie – ich sprzedaż zmalała w tym roku o ponad ⅓. Kasety rejestrują bardzo duży wzrost, ale to niszowy nośnik. Niemniej warto o nich pamiętać, bo sporo fenomenalnych wytwórni postawiło właśnie na nie.

Takie dane cieszą, tym bardziej, że poza występami na żywo, fizyczne nośniki to praktycznie ostatnie źródło normalnego zarobku dla większości artystów i artystek. Już w 2013 roku, na początku winylowego boomu, pojawiały się artykuły ostrzegające o tym, że mamy do czynienia z bańką. Zabawnie się to czyta, bo od tamtej pory praktycznie co roku wieszczono koniec “winylowej bańki”, a sprzedaż rosła. To, czego jednak dane nie mówią, to jakich winyli sprzedaje się najwięcej. “Mody i trendy mają sporo złych konsekwencji, które przeważają nad pozytywami dla całej branży. Szczególnie, jeśli chodzi o niezależną kulturę i muzykę” – mówił na początku roku założyciel Kristina Records, Jason Spinks. Na winylowej hossie zarabiają głównie wielkie wytwórnie, które mogą tłoczyć nieskończone reedycje popularnych płyt, często w formie bardzo drogich, kolekcjonerskich boxów. Świetnym przykładem jest niedawna reedycja “…And Justice For All” Metallici. W cenie prawie 800 złotych można znaleźć w nim 6 winyli, 11 CD (!) i 4 DVD. Winyle zawitały nawet do supermarketów, ale w ofercie Lidla czy Biedronki próżno szukać pereł podziemia – większość to stare, zgrane płyty, które zaspokoją gusta tych, którzy wyznają (raczej archaiczny) Kanon muzyki popularnej, najczęściej o rockowym charakterze. Co ani nie dziwi, ani irytuje, ale pokazuje, że podobnie jak ze streamingiem, na winylach zarabiają głównie największe wytwórnie. Zerkając na drugi obieg, którego dobrym probierzem jest serwis Discogs, również nie ma niespodzianki: w zestawieniach bestsellerów dominują Pink Floyd, Michael Jackson, The Beatles czy Led Zeppelin. Zresztą wizyty na comiesięcznych zestawieniach Discogs i facebookowych tworach w rodzaju Grupy Winylowej to lekcja zdrowego rozsądku, która boleśnie przypomina, że boom na winyle mniej przypomina lineup modnego festiwalu, a bardziej trójkowy Top Wszechczasów.

Cała ta sytuacja nie byłaby niepokojąca – muzyka popularna jest popularna, duh – gdyby nie fakt, że winylowych tłoczni jest naprawdę niewiele. Za co odpowiadają wielkie wytwórnie, które na początku wprowadzania płyt CD skupowały tłocznie i doprowadzały je do bankructwa i robiły wszystko, by wymusić przejście na nowy nośnik. Dzisiaj te same wytwórnie przychodzą do tłoczni, które przetrwały dzięki niezależnemu obiegowi i muzyce klubowej, by tłoczyć tam reedycje i edycje specjalne. Efekty są dość przewidywalne – ceny poszybowały w górę, a mniejsze podmioty muszą czekać w długich kolejkach, by wytłoczyć swoje marne 500 sztuk wobec zamówień majorsów liczonych w kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. Opóźnienia w premierach w kulturze natychmiastowego dostępu szkodzą wytwórniom, którym ciężko sensownie zaplanować swoje wydawnicze ruchy. Inną ofiarą jest Record Store Day, dawniej święto małych, niezależnych oficyn, dzisiaj powód, by wytłoczyć złote siedmiocalówki Justina Biebera. Nic dziwnego, że wiele sklepów i labeli rezygnuje z tego święta, które w dużej części zostało przejęte przez mainstream.

Moda na winyle wytworzyła też niezdrową atmosferę na łonie muzyki tanecznej. Pojawiło się sporo snobizmu, imprez szczycących się etykietką “vinyl only”, czy DJ’ów i DJ’ek grających rzadkie kawałki z płyt, których ceny na Discogs siegają kilku czynszy za mieszkanie. Z perspektywy wieloletniego kolekcjonera płyt i DJ’a, który preferuje ten nośnik, jest mi po prostu smutno, bo winyl to tylko jeden z wielu sposobów grania i wcale nie sprawia, że ktoś jest lepszy/ciekawszy w tym fachu. Wprost przeciwnie – kultura diggerska zrobiła się bardzo zhomogenizowana i przewidywalna. A ilość tytułów powtarzających się w rozmaitych setach/zestawieniach/chartsach czasem zatrważa. Coś, co miało być motywatorem do szukania oryginalności, stało się kolejnymi zawodami w zdobywaniu pozycji z tych samych list. Oczywiście wciąż istnieje sporo zawodników i zawodniczek stawiających na unikalną i autorską selekcję, ale czuć powolne zmęczenie winylem. Co przekłada się na ilość sprzedanych egzemplarzy – część labeli narzeka, że coraz trudniej sprzedać im sensowną ilość epek (z albumami jest dużo lepiej), za co odpowiada m.in. zmęczenie nośnikiem, ale i saturacja – wychodzi bardzo dużo generycznych i przeciętnych rzeczy, które walczą o uwagę z ciekawszymi pozycjami.

Skoro tę ciemniejszą stronę medalu mamy za sobą, porozmawiajmy o pozytywach. A tych mimo wszystko nie brakuje. W reedycyjnym szaleństwie łatwo znaleźć coś wartościowego poza kolejną wersją prog-rockowych dinozaurów (serio, dzbanie jeden z drugim, jaka jest radość z 18 wydań “Dark Side Of the Moon”?!). Dzięki ponownemu wydaniu do nowej publiczności miała okazję trafić twórczość m.in. Midori Takady, Harumi Hosono, czy Shimshona Miela. Od jakiegoś czasu to reedycje pozwalają na eksplorację niesamowitej muzyki spoza zachodniego kręgu kulturowego – boom na muzykę afrykańską (zarówno tę starą, jak i nową) nie zwalnia, sporym powodzeniem cieszą się wydawnictwa japońskie, czy ogólnie azjatyckie. Przy pomocy winylowych reedycji można spróbować napisać na nowo sprawiedliwszą historię muzyki popularnej i dotrzeć do nowatorskich i ekcytujących dzieł, które zostały zapomniane. Działalność m.in. Awesome Tapes From Africa, Kalita Records, Strut, czy We Release Whatever The Fuck We Want Records zasługują na najwyższe uznanie.

Moda na winyle wbrew pozorom nie zbawiła rynku muzyki klubowej i elektronicznej, ale wciąż udaje się zbudować mniejsze lub większe sukcesy. W Polsce takim błyskiem był album Pejzażu “Ostatni dzień lata” (wydany w reaktywowanej wytwórni The Very Polish Cut Outs), który sprzedał niemal cały swój nakład w preorderze, a drugie tłoczenie zniknęło równie szybko. Jest grupa labeli, do której należą np. Rhythm Section, czy Giegling, które wyprzedają pierwsze nakłady na pniu i chętnie dotłaczają kolejne. Wytwórniom nie jest lekko, ale pewnej grupie się to udaje, czy to dzięki mądremu marketingowi, czy wydawaniu muzyki, która ma szansę przebić się poza obieg DJ’ski – jest część publiczności, która chętnie kupuje taneczne 12” i słucha ich w domu. Winyle skwapliwie kupują także fani i fanki gatunków o oddanej publiczności – zarówno wydawnictwa hip-hopowe, jak i metalowe znajdują drogę pod igłę, chociaż często mówimy tutaj o relatywnie niskich nakładach.

Nic nie wskazuje na to, że winyle odejdą w niepamięć, ale warto traktować obecny boom z lekkim sceptycyzmem. Trzeba kibicować małym wytwórniom i jeśli chcecie wspierać muzykę, którą lubicie, warto kupować płyty. Poza tym dużo łatwiej wybrać do słuchania coś z półki, niż z paraliżującego internetowego Oceanu, w którym jest wszystko. A jeśli nie macie na czym tego słuchać? Moda na winyle ma też inną, nieoczekiwaną zaletę: robiąc zakupy spożywcze, można natknąć się na całkiem solidny gramofon w okazyjnej cenie…