Tokimonsta i jej powrót do świata muzyki | Electronic Beats Poland

Tokimonsta i jej powrót do świata muzyki

Choroba to temat, o którym ciężko rozmawiać. W każdym kontekście. Są jednak takie momenty, kiedy rozmawiać trzeba – szczególnie, jeśli jest się postacią publiczną, a choroba dotyczy bezpośrednio tego, co się robi. Żyjemy w czasach rozszalałych nowotworów i wiele postaci ze świata muzyki wygrała batalię z nimi. Wiele – niestety nie. Niektóre przypadki są tragicznie niesamowite, jak rzadka choroba, która zabrała ze świata jednego z najbardziej wpływowych producentów wszechczasów – J Dillę. Szczęśliwie, naszą dzisiejszą bohaterkę spotkał inny los.

Producentka TOKiMONSTA, jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci sceny beatowej z Los Angeles, rozmowę o chorobie uniosła wzorcowo. Nie robiła z niej sensacji, co więcej – długo ukrywała, że ją przeszła i ruszyła w trasę jak gdyby nigdy nic. Dopiero niedawno, w długim wywiadzie, jakiego udzieliła Pitchforkowi, opisała swoje przeżycia związane z bardzo rzadką chorobą – Moyamoya. Ta wyjątkowa przypadłość powoli degraduje kanały, jakimi krew dopływa do mózgu, w efekcie wyłączając jego niektóre obszary. Jennifer Lee (prawdziwe imię i nazwisko artystki) miała szczęście, że udało się jej dotrzeć do naukowców z Uniwersytetu Stanforda, którzy prowadzili badania nad Moyamoya. Producentka nie ogłaszała tego na social mediach, świadomość choroby ograniczyła do najwęższego kręgu – jedyną osobą z branży, którą do niego dopuściła, był jej tour manager, co wydaje się zupełnie naturalne. W czasach powszechnego ekshibicjonizmu emocjonalnego wypada to uszanować – tym bardziej, że z cynicznego, marketingowego punktu widzenia, takie publiczne chorowanie to strzał w dziesiątkę. Był początek 2016 roku – mimo śmiertelnego ryzyka, dwie operacje mózgu przebiegły pomyślnie, ale pojawił się nowy problem.

Czasowa afazja i atrofia mięśni spowodowana długotrwałym brakiem ruchu nie przeraziły TOKiMONSTĘ tak bardzo, jak fakt, że utraciła zdolność słuchania muzyki. Nie mówiąc o jej tworzeniu. “Wszystko było dla mnie metalicznym hałasem” – powiedziała Pitchforkowi. “Część mojego mózgu, która potrafiła łączyć dźwięki, była po prostu zepsuta. […] Tworzenie muzyki było dla mnie zawsze bardzo intuicyjne, nie musiałam myśleć o tym, co robię. A teraz siedziałam przed komputerem i nie wiedziałam, czy to są dobre dźwięki, czy złe.” Ciężko wyobrazić sobie ból i rozczarowanie, jakie wtedy czuła producentka – uczucia powiększone przez fakt, że w tamtym czasie przeżyła rozstanie z ukochanym.

O sile ducha producentki niech świadczy fakt, że w marcu – dwa miesiące po operacji – zagrała na SXSW, a w maju wystąpiła na Coachelli przed 15 000 ludzi. W tamtym momencie nikt nie wiedział o tym, co przeszła, a jej kariera toczyła się normalnym torem. W sierpniu ukazał się singiel “We Love” (z gościnnym udziałem MNDR) i zebrał straszne cięgi od nieświadomych przejść Jennifer internautów. Rzeczywiście – nie brzmiał do końca tak dobrze, jak poprzednie utwory producentki, ale biorąc pod uwagę niesamowitą – a przede wszystkim zwycięską – walkę odbytą w tle, to wciąż imponujące, jak szybko TOKiMONSTA wróciła do nagrywania muzyki.

Album “Lune Rouge” ukaże się 6 października nakładem własnej wytwórni producentki – Young Art Records. Na pewno znajdzie się wielu takich, którzy będą chcieli analizować płytę pod kątem zmian (czy nawet wprost spadku jakości) spowodowanych przez chorobę. To raczej ślepa uliczka – a do tego raczej dość nieetyczna. Historia TOKiMONSTA to przede wszystkim inspirująca opowieść, która może być przydatna dla ludzi zmagających się z chorobą lub ich bliskich. Opowieść o tym, że w obliczu straty pozostaje jedynie siła i konsekwencja. Bez tych cech TOKiMONSTA nie wróciłaby do formy tak szybko. Nie każdy się z tym zgodzi, ale w tym kontekście jakość “Lune Rouge” nie ma żadnego znaczenia, sam fakt istnienia tego albumu to po prostu zwieńczenie heroicznej drogi, jaką przeszła artystka. Zresztą rąbki tajemnicy, które uchyla artystka na swoich kanałach, pokazują, że “We Love” może być jakościowym wyjątkiem na albumie. Tym lepiej!