Odcienie muzyki tanecznej: T-Mobile Electronic Beats Festival ’18 | Electronic Beats Poland

Odcienie muzyki tanecznej: T-Mobile Electronic Beats Festival ’18

Sezon ‘18 był nad wyraz bogaty w wydarzenia muzyczne: pojawiały się nowe imprezy na muzycznej mapie (Instytut Festival Music & Art), a niektóre nie dochodziły do skutku (Nagle Nad Morzem). T-Mobile Electronic Beats nie miał w tym roku gościnnej sceny ani podczas Audioriver ani majowego Instytutu – przyczyną była jesienna niespodzianka w postaci dwudniowego autorskiego mini-festiwalu.

Sierpniowe ogłoszenie daty wywołało spory oddźwięk na polskiej scenie: wszyscy mają w pamięci poprzednie udane wydarzenia związane z TMEB zarówno w kraju jak i zagranicą (Pet Shop Boys w Berlinie, Hercules & Love Affair, Dizzee Rascall czy Metronomy w Warszawie).

Ostatni weekend września był więc więc zwieńczeniem sezonu i spotkaniem z muzykami z różnych konstelacji: od neo-soulu po electro.

DZIEŃ 1 / TE WIEŻOWCE CZUJĄ MUZYKĘ

Plac Europejski to nowo wytyczone miejsce na mapie Warszawy – nowoczesna enklawa ultranowoczesnych wieżowców mieszcząca się nieopodal historycznych ulic: Towarowej i Grzybowskiej. Tak, to właśnie Grzybowska określana jest przez rdzennych Warszawiaków jako ulica, która uległa największym przeobrażeniom przez ostatnie lata i w niczym nie przypomina uliczki z ich dzieciństwa. Przemierzam Plac Europejski zadzierając wysoko głowę. Wieżowce pokazują tę najnowszą twarz Warszawy – tak chętnie fotografowaną z dronów. To właśnie tutaj odbędzie się impreza pierwszego dnia festiwalu  Electronic Beats. Miejsce, które początkowo było „secret location” zostało wytypowane wybornie. „Warsaw Spire” jest najwyższym obiektem biurowym w Warszawie i jednym z najwyższych biurowców w Europie. To tutaj, na 36-tym piętrze odbędzie się impreza z udziałem DJ-ów: Floriana Meiera (reprezentanta Dissolute), Perel oraz headlinera wieczoru: DJ-a Tennisa.

Meierowi przypadło w udziale niewdzięczne zadanie rozgrzania nielicznej publiczności już od godziny 19.30. Na szczęście klubowa przestrzeń zaczęła wypełniać się dość  szybko i Perel zawładnęła parkietem bardzo szybko. Ta pochodząca z Saksonii DJ-ka to świeża krew niemieckiej sceny – pisze się i mówi o niej coraz więcej. Jej przenosiny do Berlina były logiczną konsekwencją narastającej popularności i kolejnych bookingów na świecie. Dobrze, że pojawiła się w Warszawie w tym właśnie momencie kariery.

Zamykający wieczór DJ Tennis idealnie wpisał się w klimat nocy: jego muzyka wybrzmiewała idealnie wśród przezroczystych, oszklonych ścian budynku, z którego rozpościerała się świetlna panorama Warszawy. Tennis jest właścicielem kolekcji ponad 11 tysięcy winyli – tę dbałość o dźwięk i jego strukturę słychać w jego setach. Nie grywa jednak ani wykreowanego w latach 90. euforycznego Italo-House ani mocnego techno, które jest teraz tak popularne w jego rodzimych Włoszech. Potrafi za to zgrabnie zmiksować Autechre z Tale Of Us.

Dzień 2 / WE LIKE ELECTRO – WE LIKE RETRO (WE LOVE HOUSE AND TECHNO)

Drugi dzień festiwalu upłynął pod znakiem „Stare spotyka nowe”. Mokotowska siedziba Teatru Nowego wydaje się być wymarzoną pod takie muzyczne przedsięwzięcia. Nowoczesny projekt budynku i zaadoptowanie go pod różnorodne cele związane z kulturą plus dogodna lokalizacja pokazują jego wielki potencjał – również na przyszłość.

Sobotni koncert zaczęły występy artystów reprezentujących projekt „Powroty”. I choć nowe wersje utworów Kayah, Sistars czy Nosowskiej mają zarówno zagorzałych zwolenników jak i przeciwników, to nikt nie zaprzeczy, że spotkanie się dwóch generacji twórców pokazało inne spojrzenie na ich muzykę.  Neo-soulowi Sistars poddali się duetowi Bass Astral x Igo, a Kayah pozwoliła odczytać „Supermenkę” na nowo przez radomskiego rapera KęKę.

Duża część publiczności czekała już na onirycznych Maribou State, którzy jak widać po kolejnych występach mając coraz większa i wierniejszą rzesze fanów w naszym kraju. Po nich pojawiła się chyba największa sensacja całego festiwalu: hamburski kolektyw MEUTE, czyli tzw. techno marching band, przerabiający klasyki house / techno na brzmienia bębnów i instrumentów dętych.

Mylili się ci, którzy widzieli w Meute zespół-ciekawostkę, sensację o karierze nie dłuższej niż 15 minut. Niemcy są zespołem z krwi i kości, rasowym bandem złożonym z facetów o klasycznym wykształceniu muzycznym, którzy dużą część edukacji odebrali również na parkietach techno-klubów. Stąd słychać, że ich interpretacje klasyków Laurenta Garniera czy Ame są po prostu… autentyczne. Porażająca energia płynąca ze sceny, ujarzmianie publiczności jednym ruchem dłoni dyrygenta zawiadującego ludźmi niczym orkiestrą wzbudziły w zgromadzonych prawdziwą euforię. Na bis muzycy pojawili się nagle w środku, pod sceną wśród tańczących. Gdyby nie sztywne festiwalowe ramy, bisy trwały jeszcze długo. Wieść niesie, że od razu po tym występie MEUTE podpisali kontrakt na kolejne występy w Polsce. Why not?! Czekamy!

Festiwal zamykał występ największej gwiazdy tego wieczoru: Francuzów z JUSTICE. Zawsze witani w Polsce z nabożeństwem i teraz zebrali tłum w teatralnej sali. Ponieważ występ był „DJ-setem” a nie „live-actem” spodziewać się można było pełnej dowolności selekcji. I tak było w istocie: niektórych to zachwycało, a innych deprymowało (usłyszałem nawet określenie „co za dyskoteka!”). Dało się bowiem usłyszeć i „Out Of Space” The Prodigy odśpiewane gremialnie przez całą salę i popowy klasyk Pia Zadory „When The Rain Begins To Fall”. A zaraz potem „Y.M.C.A.” Village People i rave’owy klasyk w fidget-house’owym remiksie „Dominator” Human Resource.

Następnego dnia po imprezie (część z was znowu słuchała Meute, którzy wystąpili podczas warszawskiego maratonu) wpadła mi w ręce składanka legendarnego frankfurckiego techno-klubu Dorian Gray „History Of Magic”. Ze zdumieniem stwierdziłem, że klucz doboru nagrań na te płyty przypomina mi set Justice: acidowy AWeX miesza się z elektropopowym Camouflage, trance’owy Tom Wilson poprzedza Tears For Fears. A może właśnie za te różnorodne barwy muzyki kochamy kulturę taneczną najmocniej?

Do zobaczenia za rok!