Techno kaczka, techno rączka | Electronic Beats Poland

Techno kaczka, techno rączka

Techno kaczka, techno rączka

Paweł Klimczak

 

Jeszcze dekadę (a nawet kilka lat) temu fani i fanki muzyki, którzy szukali odtrutki na mainstreamową nijakość, sięgali po dźwięki z przedrostkiem “indie”. “Muzyka alternatywna” oznaczała indie rocka, indie pop – praktycznie wszystko, co rozciągało się pomiędzy pogrobowcami new wave’u z lat 80-tych a pogrobowcami kolejnych, rockowych, garażowych rewolucji – od tej z lat 60-tych po college’owe zespoły z lat 90-tych. To był moment wybuchu blogosfery i dyskursu muzycznego opartego na najlepszych latach Pitchforka i PopMatters, scrobblowania last.fm i eksplorowania Soulseeka. Ale powoli tradycyjne, alternatywne nurty zaczęły wypierać elektroniczne brzmienia. Nic w tym dziwnego i składa się na to kilka czynników: przede wszystkim powszechność technologii w naszych życiach (przez co muzyka elektroniczna jest bliższa współczesnemu doświadczeniu, choćby przez swoje sterylne brzmienie), ale i powolne wysychanie kreatywnych soków (a w przypadku niektórych nurtów wprost artystyczne bankructwo) starej alternatywy. Blogosfera została niemal wygaszona przez większe portale, a nowymi, dominującymi kanałami dzielenia się muzyką stały się media społecznościowe. W takich warunkach nie dziwi zatem, że to właśnie techno przejęło dzisiaj młode głowy spragnione alternatywy. Muzycznej lub tożsamościowej.

Techno wydaje się być idealnie skrojone pod to, jak dzisiaj wygląda konsumpcja muzyki – można je pożerać w setach, gęsto szerowanych w mediach społecznościowych. Za techno idzie również kultura wspólnoty – bardzo potrzebna w czasach, w których niemal każdy, niezależnie od wieku i statusu społecznego, czuje zagubienie. W oczach młodych fanów i fanek to również muzyka pozbawiona archaicznego sztafażu, napędzanego ego i spektaklem w starym stylu – techno sprawia (mniej lub bardziej uprawnione) wrażenie autentycznego i szczerego, skupionego na przeżyciu i doświadczeniu. Oczywiście, wiele z tych wyobrażeń to projekcje – w gruncie rzeczy scena techno powiela wiele innych starych tropów branży muzycznej, a w przypadku zagrywek marketingowych i manipulacji publiką dorównuje każdej innej, współczesnej scenie. Co nie jest oczywiście dziwne lub zasługujące na potępienie – na dobrą sprawę bez zejścia do totalnego undergroundu (a i tutaj funkcjonują takie kolektywy, jak np. Brutaż) trzeba respektować reguły gry.

Szał na techno ma wokół siebie wiele połączonych fenomenów. Z jednej strony to wyskakujące co chwilę kolektywy promotorsko-didżejskie, z drugiej zatrzęsienie fanpage’y z techno w nazwie. Ludzie, którzy – raczej niezamierzenie – dołożyli się do popularyzacji społecznościowo-memicznego wcielenia techno (tworząc slogan “Pozdro techno”), czyli kolektyw Technosoul, mówili w wywiadzie na zakończenie swojej działalności: “Formuła się chyba trochę wyczerpała, kolektywów i projektów oferujących podobny “produkt” jest coraz więcej, a fanpage’y z “techno” w nazwie nie sposób zliczyć.” Abstrahując od lekko dramatycznych tonów, w jakie uderzają Dtekk i Essence (w pełni zrozumiały syndrom “stworzyłem potwora!”), to niezaprzeczalny fakt – dzisiaj zbiorową wyobraźnią ludzi zainteresowanych muzyką alternatywną w dużej części rządzi techno. Uczę produkcji muzycznej i miażdżąca większość ludzi, którzy do mnie przychodzą (niezależnie od płci, wieku i narodowości) chce robić techno.

Facebookowe strony z techno w nazwie zajmują się głównie dwoma rzeczami: ogłoszeniami imprezowymi i wrzucaniem kawałków. Pod wieloma względami to społecznościowy zryw o niewielkim precedensie w muzycznej historii naszego kraju. Od Techno Rączki po Bóg jest w techno – z tych stron wylewa się pasja, ale i rozeznanie w rodzimej scenie imprezowej. Techno stronki mają godziwe ilości polubień – niektóre grubo powyżej 10 tysięcy – i choć wiele z nich ma niewielki poziom zaangażowania użytkowników i użytkowniczek (zapewne efekt frenetycznego lajkowania wszystkiego z techno w nazwie przez co bardziej gorliwe jednostki), to nie można im odmówić pewnej wartości. Nie jest oczywiście tak, że media muzyczne ignorują techno (w końcu czytacie właśnie jedno z nich, a trudno nam zarzucić technofobię), ale łatwo dostępne agregaty nowych wydawnictw czy imprezowych nowinek są zawsze w cenie. Część z nich (np. Miejsca w techno, gdzie dostajesz po ryju) ma swoje serie podcastów, inne (np. Bóg jest w techno) oprócz wieści o imprezach wrzucają memy różnorakiej jakości. Praktycznie każdy większy fanpage jest też przydatnym narzędziem promocji dla organizatorów imprez – np. to tu odbywają się konkursy z nagrodami w postaci wejściówek, nie mówiąc o wartości samej wrzutki eventu. Np. A czy Ty słuchałeś dziś już techno? ma cotygodniowy videocast, w którym prezentowany jest rozkład jazdy na weekend. Nawet strony o bekowych nazwach (Techno kaczka, Szukam chłopaka/dziewczyny techno) mają zaskakująco poważną zawartość, skupioną na działalności informacyjnej. Nie brakuje również form lekko eseistycznych i encyklopedycznych, które przypominają działalność dawnych fanclubów – na Nie słuchasz techno, nie idę z tobą do łóżka można przeczytać biogramy wielu artystów i artystek, a admini chętnie dzielą się swoimi muzycznymi odkryciami. Niektóre strony organizują również własne imprezy, pozwalające adminom realizować swoje didżejskie lub bookingowe ambicje.

Załamującym ręce nad dominacją techno w polskich klubach warto uświadomić, gdzie leżą źródła tego sukcesu – w zbudowaniu naprawdę dużej, zaangażowanej społeczności. Młode kolektywy techno i facebookowe strony o różnym stopniu jakości i powagi istnieją w idealnej symbiozie, która nie tylko napędza ludzi na imprezy, ale daje im poczucie, że uczestniczą w czymś ważnym. Można – czasem słusznie – narzekać na to, jakie formy przybrał szał na techno (od nieszczęsnych Technoranków w telewizji po zagubionych erasmusów szukających “techno party” na ulicach miast, aż do kiepskich memów i żenujących odzywek), można zrzucać wszystko na karb mody, która minie. Ale nie da się ukryć, że polska społeczność techno fanów i fanek, z własnym obiegiem komunikacyjnym, z własnym językiem (temat na osobny artykuł: od wątków sakralnych po dresiarski slang) i gigantycznym zaangażowaniem, zbudowała pierwszy masowy ruch muzycznej alternatywy od czasów eksplozji hip-hopu (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji). Przypominam sobie czasy złote czasy “Offensywy” Piotra Stelmacha i próbę zaprowadzenia alternatywnej rewolucji od góry. Dziś nic po tej “rewolucji” nie zostało, a sztandarowy zespół tamtego ruchu – Muchy – stoi ramię w ramię z bohaterami juwenaliowego rocka. Czy techno spotka podobny los, właściwy każdej modzie? Ciężko stwierdzić, bo w przeciwieństwie do tamtej gitarowej próby, za muzyką rzeczywiście stoi liczna (jak na dość undergroundową muzykę) publiczność. Owszem, chciałbym w polskich klubach usłyszeć coś więcej niż katalog Ostgut Ton, ale wiem, że nie stanie się to bez odpowiedniego gruntu. Zatem: techno rączki – gratuluję, inne rączki – do dzieła!