Taniec dla wolności - Electronic Beats Poland

Taniec dla wolności

Kultura klubowa to zagrożenie dla wielu podmiotów władzy. Jej – mniej lub bardziej – podziemny charakter sprzyja wolności poza normami społecznymi, a nawet prawnymi. Od swojego zarania była schronieniem dla ludzi, którzy dopiero z dala od surowego oka konserwatywnego mieszczaństwa mogli w pełni wyrażać siebie – mniejszości seksualnych i rasowych, amatorów i amatorek niczym nieskrępowanej zabawy (również z substancjami uznanymi za nielegalne), czy wyrzutków, którzy dopiero w pełni egalitarnych miejscach, razem z podobnymi sobie, czuli się swobodnie.

Historia policyjnej opresji wobec kultury klubowej jest niemal tak długa, jak sama kultura klubowa. Rajdy na nowojorskie Studio 54 pod koniec lat 70-tych, wypad na chicagowski Carl’s Speakeasy w 1985, czy najazdy na brytyjskie rave’y (“tradycja” praktykowana do dziś) to nie były epizody, a raczej bitwy w wielkiej wojnie. Wojnie o społeczną wolność. Nawet w progresywnych krajach obowiązuje koszmarna hipokryzja wobec narkotyków – a ich nielegalność to dobry powód, żeby rozbijać tajemnicze zgromadzenia klubowych bywalców i bywalczyń. Kultura klubowa to styk wielu niezrozumiałych – a zatem niebezpiecznych – zjawisk dla mieszczańskich społeczeństw. To ona jest bezpiecznym przylądkiem dla osób LGBTQ, co w społeczeństwach o sporym stężeniu homofobii jest powodem do oburzenia. To w klubach tętni dziwaczna antymuzyka, tak daleka od tego, co leci w radiu. Do tego kluby generują hałas, największego zabójcę mieszczańskiej stabilizacji, mimo, że dzwony kościelne, rozdzierające np. polską przestrzeń publiczną co rano i zgiełk samochodów, zabijający jakąkolwiek radość z przebywania w mieście, tym samym oburzonym zupełnie nie przeszkadzają.

Narkotyki to powód dobry, jak każdy inny, żeby rzucić inkwizycyjne światło na zwyrodniałe jednostki, które nie chcą dostosować się do reguł “zdrowego społeczeństwa” i pozbyć się problemu. I mimo że w coraz bardziej skomercjalizowanej kulturze klubowej te egalitarne i wolnościowe wartości się rozmywają, to nacisk różnych sił – politycznych, ekonomicznych (ile klubów się zamknęło, by ustąpić miejsca deweloperskiej bonanzie?) i społecznych powoduje, że klubowa publiczność może się zjednoczyć w czymś więcej niż tylko hedonistycznym tańcu.

 

12 maja, we wczesnych godzinach porannych, uzbrojona po zęby gruzińska policja wkroczyła do Bassiani i Café Gallery – dwóch klubów odpowiadających za rozkwit sceny klubowej w Tbilisi. Mimo że Gruzja to kraj względnej wolności prasy i względnych standardów demokratycznych, policjanci byli wyjątkowo brutalni i bezwzględni. W samym Bassiani aresztowano około 60 osób, w tym założycieli klubu – Tato Getię i Zviada Gelbakhiana. Ludzie związani z gruzińską kulturą klubową są zgodni – to echo dyktatury i państwa policyjnego, którym kiedyś była Gruzja. Kiedy spojrzymy na kraje postsowieckie – w tym Polskę – widać, jak bardzo policja mija się ze swoim powołaniem. Zamiast być gwarantem bezpieczeństwa, jest betonem, który rozbija wolność społeczeństw. Czy chroniąc faszystów w Warszawie, czy wbijając do klubów w Tbilisi, zza mundurów wychodzą demony totalitaryzmu.

Policyjne rajdy w stolicy Gruzji były akcją antynarkotykową, ale lokalni działacze i działaczki nie mają złudzeń, że chodzi o zniszczenie ducha wolności, zagrażającego tradycyjnej wizji społeczeństwa. Homoseksualizm w Gruzji przestał być nielegalny w 2000 roku, ale do dzisiaj działacze LGBTQ doświadczają przemocy ze strony konserwatywnego społeczeństwa i instytucji religijnych. W sprawie Bassiani i Café Gallery nie bez znaczenia był również fakt, że z klubami kojarzone są osoby działające w White Noise Movement, ruchu na rzecz depenalizacji narkotyków. Tbilisi powoli staje się kosmopolityczną metropolią, co nie podoba się np. gruzińskiej prawicy. Rajdy na kluby można w tym kontekście widzieć jako zwieńczenie społecznych napięć, wcześniej skutkujących m.in. obrzucaniem bywalców wegańskich bistro kiełbasą, czy przemocą wobec osób nieheteroseksualnych.

Klubowa społeczność odpowiedziała najlepiej, jak umiała – urządziła imprezę pod parlamentem. Tysiące imprezowiczów i imprezowiczek przy pulsujących rytmach protestowały przeciwko policyjnej brutalności. Pojawili się też nacjonaliści, którzy dosłownie hajlowali (!) w obronie “prawdziwej gruzińskości” i “przeciw sodomii”. Ale głosy poparcia dla klubowych protestów przetoczyły się przez cały świat – DJ’e i DJ’ki wyrażali solidarność w filmikach i postach w mediach społecznościowych, a sprawa trafiła do największych mediów w różnych krajach. Wobec takiej presji – wewnętrznej i zewnętrznej – władza musiała się ugiąć. Minister spraw wewnętrznych Gruzji, Giorgi Gakharia, przeprosił protestujących za rajdy na kluby i zapowiedział zmiany w restrykcyjnym prawie antynarkotykowym, a także zapewnił, że “zawsze będziemy mogli tańczyć i słuchać muzyki w wolnym mieście.” Apelował również o przeprosiny wobec policjantów, których spotkała krzywda ze strony protestujących, co nie spotkało się ze zbyt wielką aprobatą tłumu.

Kultura klubowa pokazała swoją międzynarodową jedność, kiedy przychodzi do obrony prawa do zabawy. Prawa, którego absolutnie nie wolno trywializować. Muzyka taneczna potrafi rozkwitać nawet w bardzo restrykcyjnych obyczajowo krajach (np. w Iranie czy Rosji), czasem kosztem zdrowia i wolności bawiących się. Solidarność i protest można wyrazić na wiele sposobów, ale taniec wydaje się najlepszym z nich. Jeśli jesteście w Warszawie w piątek, to o 18 pod gruzińską ambasadą odbędzie się klubowy protest zorganizowany przez Brutaż. Warto się solidaryzować przez taniec tym bardziej, że w naszym kraju podobna akcja jest również jak najbardziej realna. Zatańczmy dla Gruzji!