Electronic Beats Poland

Święta Trójca - trzy najciekawsze albumy rapowe ostatnich miesięcy w uszach Pawła Klimczaka

Published on November 30, 2017 10:24 Berlin Time

Rapowy mainstream w ostatnich latach zmienił się bardzo mocno, a wtórował mu chór rozpaczliwych głosów weteranów. Pete Rock, Joe Budden czy KRS ONE to tylko kilku spośród oburzonych obrotem spraw w głównym nurcie hip-hopu. Nie mówiąc o fanach bardziej tradycyjnego podejścia, dla których Lil Yachty, czy Lil Uzi Vert to wcielony skandal i antymuzyka, daleka od “prawdy”, jaką kierować ma się gatunek.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Rozważania eschatologiczne na bok – nie jest tajemnicą, że dzisiaj największe gwiazdy rapu dystansują się od klasyki gatunku nie tylko w muzyce, ale i w wywiadach. Oczywiście, nie jest to szokujące i doskonale wpisuje się w muzyczną walkę pokoleń, która jest tradycyjna dla tej branży. Ale pogłoski o śmierci “prawdziwego rapu” to zupełna nieprawda – o ile na listach przebojów i listach sprzedaży brylują melodyjni artyści o fascynującym wyglądzie (pomijając fakt, że ostatnia płyta A Tribe Called Quest śmiało radziła sobie z konkurencją), tak rap skupiony na dobrych tekstach żyje i ma się dobrze. W ostatnich miesiącach pojawiły się trzy albumy, które do świadomych tekstów dokładają trzy zupełnie różne podejścia do muzyki im towarzyszącej – Open Mike Eagle i jego konceptualny album o życiu w getcie, kolejna próba Big K.R.I.T.-a w świecie majorsów, wreszcie CunninLynguists szlifujący swoją formę.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Zacznijmy od albumu, który wydaje mi się z całej trójki najlepszy i najciekawszy, a dodatkowo niespodziewanie wkradł mi się do grona faworytów roku. “Brick Body Kids Still Daydream” Open Mike Eagle’a to płyta ekscytująca w swojej skromności, pod którą skrywa niesamowite teksty i gry słowne. “Legendary Iron Hood” wyprodukowany przez Exile’a to jedno z najmocniejszych rapowych otwarć 2017 roku. Raper stawia na superbohaterską narrację, bo to jedyne, co ratuje marzenia ludzi z zaniedbanych osiedli. Lekko śpiewne flow rapera nie trafi do każdego, ale odnoszę wrażenie, że na nowszym albumie bity dużo lepiej pasują do tej specyficznej techniki wokalnej. Jeśli już jesteśmy przy bitach, to nie ma mowy o “truskulowej nudzie” – nawet jeśli napatoczy się soulowy sampel, to w otoczeniu interesującej perkusji, mocnych synthów lub dziwacznych zabiegów produkcyjnych. Bit Kenny’ego Segala do “No Selling (Uncle Butch Pretends It Don’t Hurt)” mógłby z powodzeniem trafić na płytę Earla Sweatshirta. “Brick Body Complex” oprócz kapitalnego hooka od Mike’a ma podkład Caleba Stone’a, który pasowałby idealnie na “Damn” Kendricka. Albumy wydawane przez Mello Music Group potrafią brzmieć jak stereotyp na temat podziemnego hip-hopu (tego bardziej eksperymentalnego), ale “Brick Body Kids Still Daydream” to ekscytująca muzycznie propozycja, z całą paletą interesujących podkładów. Teksty Open Eagle Mike’a są osobiste jak nigdy wcześniej, a co ważne – bardzo często stawiają w swoim centrum dzieci i ich doświadczenia dorastania w getcie. Niektóre potrafią naprawdę poruszyć, chociaż największe wrażenie zrobił na mnie wers dostarczany przez raperkę o ksywce Sammus – zaskakująco subtelną sugestią zestawiający jabłko jako jedyny posiłek dnia w getcie, symbol Apple’a i dietę Steve’a Jobsa, który rzekomo potrafił jeść wyłącznie jeden owoc dziennie. Nie jest łatwo powiedzieć czegoś nowego na trudne, społeczne tematy – ale przecież mówić o tym trzeba. “Brick Body Kids Still Daydream” nie ma z tym problemu i mówi o tym odświeżająco, w towarzystwie bardzo ciekawych bitów.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Big K.R.I.T. nie ma szczęścia do albumów – zazwyczaj wypadają blado przy jego mixtape’ach. “Return Of 4eva” był dla mnie przez wiele lat niedoścignionym dziełem Krita i mimo, że “Cadillactica” (ostatnia pełnoprawna płyta artysty) miała swoje momenty, to przy tym mixtapie, a nawet przy “4eva N a Day” wypadała blado. W 2017 roku artysta z Południa postanowił uraczyć nas kolejnym albumem dla majorsa, “4eva Is a Mighty Long Time”, który dodatkowo jest dwupłytowy. Trochę się tego obawiałem, bo żeby nagrać dwupłytowy album, trzeba mieć co na nim mówić. Czy K.R.I.T. ma wystarczająco wiele do powiedzenia?

Hmm, głównie tak. Od razu powiedzmy, że z tego albumu spokojnie można by zrobić dwa osobne, choć zburzyłoby to cały koncept na płytę. Jeden krążek nosi nazwę “Big K.R.I.T.” i jest mniej lub bardziej kontynuacją stylu artysty, który znamy już dość dobrze. Drugi to “Justin Scott” – prawdziwe imię i nazwisko Krita – co od razu sugeruje bardziej osobiste treści, ale i muzycznie to pójście w trochę inną, bardziej soulfulową stronę. Na “Justin Scott” usłyszymy Bilala, Roberta Glaspera czy Jill Scott i całość brzmi jakby Krit chciał nagrać południową odpowiedź na “To Pimp A Butterfly”. To przyjemna odmiana, chociaż nie wszystkie instrumentalne pasaże działają tak, jak zamierzył raper – jeśli siadamy do dwupłytowego albumu, to każdy jego moment musi być uprawniony, a tu czasami zdarzają się zbędne momenty.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Można odnieść wrażenie, że lekko narzekam na “4eva Is a Mighty Long Time”, ale to nie do końca prawda. “Keep the Devil Off” to jeden z najlepszych utworów nagranych przez K.R.I.T.a, gospelowe szaleństwo w najlepszym wydaniu. W ogóle raper prezentuje obecnie życiową formę, a charyzma, która zawsze mu towarzyszyła, na nowym albumie osiąga absolutny szczyt. “Big Bank”, z gościnnym udziałem T.I. to właśnie ta wcielona charyzma, na mocarnym bicie i najlepszy utwór na pierwszym krążku. Tym razem oprócz K.R.I.T.-a za produkcję wziął się cały zestaw ludzi, co dało gwarant różnorodności.

“4eva Is a Mighty Long Time” to najlepszy pełnoprawny album nagrany przez artystę. Oczywiście jego tracklistę można ciąć śmiało – nie wiem, czy potrzebujemy czwartej już piosenki na temat samochodowych głośników, a “Miss Georgia Fornia” obfituje w niezręczności. Ale poza tym pełno tu zapadających w pamięć wałków, świetnych tekstów (K.R.I.T. wciąż pozostaje jednym z nielicznych raperów rozliczających się z własną niekonsekwencją – odsyłam do “Mixed Messages”) i charyzmy. Tak sobie myślę, że komu jak komu, ale Kritowi nagrywać podwójnych albumów nie zabronię.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Zestawienie zamykają CunninLynguists, weterani niezależnego rapu, którzy po kilku latach milczenia (ostatni mixtape w 2014, ostatni album w 2011 roku), wydali album zatytułowany “Rose Azura Njano”. Nie bez powodu piszę o nich na końcu – nie chcę powiedzieć, że to zły album, bo zdecydowanie się broni na wielu płaszczyznach. Ale jest to album potwierdzający diagnozy dotyczące części undergroundu. CunninLynguists są mistrzami w swoim fachu – emocjonalny styl produkcji Kno imponuje mi już od dekady, a rapy chłopaków to górna półka flow i pisania tekstów. Niestety, to rzemieślnicze mistrzostwo sprawia, że nie czuć tu ani rozwoju, ani wstrząsania posadami świata. I oczywiście zupełnie tak być nie musi, ale jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego takie projekty – poniekąd niesłusznie – dryfują pod skórą muzycznego świata. Ich formuła, choć bardzo dobra, jest zazwyczaj niezmienna. CunninLynguists mają spore grono wiernych fanów (mogę się do nich zaliczyć), ale nie za dużo widoków na jego poszerzenie. To absurdalna pułapka – robić coś dobrze i przez to tkwić w stagnacji – i tylko wprowadzenie nowych elementów do brzmienia może pomóc się z niej wykaraskać. Na “Rose Azura Njano” wszystko się zgadza – mocny storytelling, kapitalne sample, flow jak w zegarku. Ale słuchając tej płyty po raz kolejny czuję, że słucham nie “dobrej płyty”, ale “kolejnej płyty CunninLynguists”. Wybaczcie te akrobacje – bardzo chciałbym “Rose Azura Njano” uwielbiać, ale skończy się tylko na serdecznym pozdrowieniu dla starego znajomego.