Świat Travisa Scotta | Electronic Beats Poland

Świat Travisa Scotta

Świat Travisa Scotta

Paweł Klimczak

Travis Scott to postać, bez której ciężko wyobrazić sobie krajobraz współczesnej muzyki popularnej. Jego styl – zrodzony z mocnej inspiracji Kanye Westem – ewoluował i jest dzisiaj słyszany w wielu młodych głosach. Travisa zawsze prezentuje się jako eksperymentatora (oczywiście w dość ciasnych ramach mainstreamu) i słuchając jego najnowszego albumu, “Astroworld”, można to potwierdzić. Skoczmy zatem w fascynującą dziurę czasu, jaką jest dyskografia producenta, rapera, śpiewaka i osobowości z Houston!

Owl Pharaoh (2013)

Mimo problemów z datą wydania, debiutancki mixtape Travisa Scotta z opóśnieniem trafił w ręce publiczności i… Był ok. Słychać na nim mocne wpływy Kanyego (który przez jakiś czas był patronem Travisa), a całość sprawia bardzo chaotyczne wrażenie. Ale zręby charakterystycznego stylu, który później wyniesie artystę na szczyt, już tu są. Atmosferyczne, instrumentalne momenty zderzone z ciężkimi bębnami, kreatywne użycie wokalu, mocno cedzone flow. Sporo utworów z mixtape’u jest współprodukowanych i wyprodukowanych przez samego Travisa – styl jego produkcji również dopiero się wykluwał i sygnalizował, że nadchodzi coś wyjątkowego. “Owl Pharaoh” jest dokonaniem nierównym i zdecydowanie za długim, ale wielu może pomarzyć o starcie z tak dużym potencjałem.

Days Before Rodeo (2014)

“Owl Pharaoh” to początek podróży Travisa i w związku z tym to materiał poszukujący. “Days Before Rodeo” to mixtape, na którym narodził się artysta, jakiego znamy dzisiaj. Utwory takie, jak “Skyfall”, czy “Backyard” to nie tylko dobre realizacje melodyjnego trapu, wychodzącego z Południa USA. To również pchnięcie tego stylu w ciekawsze rejony. Travis ewidentnie znalazł swoją metodę i mimo, że czasem nie wszystko działa, jak powinno – “Quintana, Pt. 2” ugina się pod ciężarem własnych pomysłów, “Drugs, You Should Try It” poza przyjemnym bitem jest zbędnym utworem, “Don’t Play” to wcielenie chaosu (a obecność Big Seana nie pomaga) – “Days Before Rodeo” to pierwsze wydawnictwo Travisa Scotta, które można uznać za naprawdę dobre i w jakimś sensie wyjątkowe. Słychać tam kapkę “Yeezusa”n(przy którym zresztą pracował), ale przede wszystkim – mocny, autorski głos. Tym razem za produkcję odpowiadała plejada różnych ludzi, m.in. bogowie trapu Lex Luger i Metro Boomin, ale to zmysł Travisa do snucia narkotycznych, atmosferycznych, dźwiękowych opowieści połączył wszystko w wyśmienitą całość.

Rodeo (2015)

Mixtape’y były solidną rozgrzewką przed potężnym albumem. “Rodeo” to dzisiaj klasyk nowoczesnego rapu, świetna fuzja ciężkości trapu, chwytliwych melodii i wyjątkowej wyobraźni muzycznej Travisa Scotta. Na komercyjnym debiucie artysty zachwyca przede wszystkim umiejętność kreowania tekstur i  emocji – moment, kiedy mrok ustępuje światłu melodii w “Pray 4 Love” daje mi ciarki na całej skórze. To, jak płynie “3500”, by na końcu rozmyć się w pięknym samplu z pianina, czy jak ekscytujące są przejścia między kolejnymi częściami “Pornography” czy “90210”, jest niemal wstrząsające. Piszę to z pełną odpowiedzialnością – “Rodeo” to jeden z najlepszych albumów naszej dekady. Żałosne okruszki jego geniuszu do dzisiaj karmią zastępy soundcloudowych raperów, z różnym skutkiem. Do zrealizowania tak wielkiej wizji Travis Scott zatrudnił całą plejadę producentów i gościnnych artystów i artystek. I nikt, łącznie z Justinem Bieberem, nie psuje zabawy. “Rodeo” to dowód na to, że nawet muzyka, która wychodzi z bardzo komercyjnego rdzenia, może być bezkompromisowa, a zarazem bardzo przystępna.

Birds in the Trap Sing McKnight (2016)

Bodaj najostrzej oceniane wydawnictwo artysty, drugi album narkoszamana z Houston miał bardzo ciężkie zadanie. Co nagrać po “Rodeo”? Eksperymentować, czy kontynuować? Travis Scott wybrał to drugie, niestety z różnym skutkiem. Wciąż myślę, że to dobry album, ale niestety bardzo nierówny. “Way Back”, “Goosebumps”, czy “Pick Up the Phone” to świetne strzały, przeboje o ciekawych bitach. Z drugiej strony mamy “First Take”, “Lose”, czy “Guidance”, utwory z potencjałem, ale kompletnie niewykorzystanym. Rozkrok między tworzeniem jeszcze większych przebojów, a eksperymentalną chętką, głęboko zakorzenioną w Travisie, nie dał tak piorunującego efektu, jak przy “Rodeo”. Mimo wszystko atmosfera na “Birds…” jest bardzo wciągająca – ciemna, czasami wręcz schizofreniczna, wbrew wielu bajkowym elementom w bitach. Artysta znów wsparł się długą listą współpracowników i współpracowniczek, nie zawsze dobrze wykorzystanych – udział Cassie w “SDP Interlude” to zmarnowana okazja, podobnie jak Bryson Tiller w “First Take”. Drugi album Travisa Scotta powtarza część błędów z mixtape’ów: słaba selekcja materiału, artystyczny chaos, dłużyzny i zbędności. Ale czy nazwałbym “Birds in the Trap Sing McKnight” złym albumem? Absolutnie nie.

Astroworld (2018)

“Stargazing” otwiera album i od razu czuję, że Travis to zuch i że może znowu mu się udało. Dalsze utwory tylko potwierdzają to przeczucie – “Astroworld” to świetny album. Nie tak dobry, jak “Rodeo”, ale równie interesujący. To również płyta zrodzona w erze Travisa-celebryty, partnera Kylie Jenner i częstego bywalca serwisów plotkarskich. Na szczęście wpływ tej sfery nie jest odczuwalny w muzyce – nie ma tu uproszczenia brzmienia, czy pójścia w stronę, która miałaby podtrzymać markę artysty wśród młodszej publiki. Brzmienie jest jaśniejsze, ale tylko po to, by uwypuklić szalone detale bitów: a to szczątki orientalnej instrumentacji (“Stop Trying To be God”), gitarę w “5% TINT”, czy upiorny syntezator w “HOUSTONFORNICATION”. Śpiew Travisa poprawił się znacząco, a rozstrzał gości jest dużo bardziej różnorodny – od Jamesa Blake’a, poprzez Thundercata, aż do Steviego Wondera i Johna Mayera. “Astroworld” brzmi przy tym wszystkim spójnie, a aranżacja potrafi zaskoczyć – choćby wjazd Drake’a w “SICKO MODE” to majstersztyk studyjnych zabiegów. Do tego albumu powinno się wracać, by odkrywać nowe rzeczy – podobnie zresztą było przy “Rodeo”. Przyszłość należy do Travisa Scotta, z Kylie Jenner, lub bez niej.