Electronic Beats Poland

Strumień Obfitości

Published on February 14, 2018 09:27 Berlin Time

Strumień Obfitości

Paweł Klimczak

Wytwórnie prześcigają się w pomysłach na nabijanie liczby streamów. Czy cierpi na tym muzyka?

 

Nie jest żadną tajemnicą, że streaming przestał być “opcją” lub “nowością”, a stał się – na dobre lub na złe – standardem branży muzycznej. Dla słuchaczy i słuchaczek to zmiana na lepsze, dla twórców i twórczyń raczej nie (w tej branży zmiany na lepsze rzadko dotyczą strony artystycznej, więc tu niespodzianki nie ma).

Głównym problemem streamingu pozostaje wciąż wręcz skandalicznie niska cena, którą płaci się za nieograniczony dostęp (myślę, że ten model miałby więcej sensu przy wprowadzeniu dużo wyższej opłaty za dostęp bez ograniczeń, zostawiając racjonalną liczbę streamów za obecną cenę), ale nie tylko. W sieci można przeczytać wiele artykułów, które wskazują na to, jak mocno dominacja playlist zmienia proces tworzenia muzyki, czy jak pisze się utwory konkretnie pod największą liczbę streamów. Ale premiera “Culture II” Migos i zapowiedzi, że nowy album Rae Sremmurd zajmie objętość 3 CD (!), uwypukliły po raz kolejny inny problem – manipulowanie długością albumów wprost pod nabijanie streamów, co naturalnie skutkuje spadkiem jakości muzyki.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube's privacy policy.
Learn more

Load video

Tego typu manipulacje nie są nowością w branży muzycznej. Praktycznie przy każdym nowym nośniku pojawiały się machinacje przy formach muzycznych, jedne z bardziej artystycznych pobudek, inne z mniej. Pojawienie się formatu LP (Long Play) zwiastowało erę albumów (i koncept albumów, które format traktowały jako nośnik jednej, zwartej historii), mp3 przesunęło wahadło z powrotem w stronę dominacji singli itd. Dla przykładu – w czasach kaset magnetofonowych liczba utworów na albumach była inna, niż w erze CD – odpowiednie średnie to 12,5 utworu na MC (dane z 1992 roku) i 15.8 na CD (2003 rok). Czasem za takim konkretnym formatowaniem stały wytwórnie, czasem artyści, a publiczność była raczej biernym obserwatorem i odbiorcą, który ewentualnie mógł się dostosować. Wszelka działalność kulturalna i rozrywkowa powiązana z rozwojem technologii przechodzi przez te przemiany – wystarczy wspomnieć branżę filmową i wojny o nośniki, które i tak swój finał znajdą w streamingu (i innych formach dystrybucji cyfrowej). Czy trzeba nad tym rozdzierać szaty? Niekoniecznie.

“Culture II” jest pierwszym zawodem 2018 roku i ma spore szanse w niechlubnym wyścigu o miano zawodu roku. Poza oczywistymi hitami album napakowany jest muzyczną watą – w jakimś sensie historia zatacza koło. Jeśli cofniemy się trochę w czasie i sięgniemy po popowe płyty z początku lat dwutysięcznych, odniesiemy podobne, jeśli nie gorsze wrażenie. Wielkie wytwórnie w tamtym czasie skupiały się na singlach, ale dominującym nośnikiem było CD, które trzeba było czymś wypełnić, żeby uzasadnić sprzedaż. Jeśli do zakupu albumu “The Dutchess” Fergie skusił was kapitalny singiel “Glamorous”, to wyrzuciliście pieniądze w błoto – poza trzema porządnymi singlami nie było na tym albumie praktycznie nic ciekawego. To samo dotyczyło Nelly Furtado i albumu “Loose” – obie płyty pochodzą zresztą z tego samego, 2006 roku – i wielu innych.

W jakimś sensie cyfrowa dystrybucja uwolniła wytwórnie i pop gwiazdy z obowiązku wymęczania porządnych albumów – oczywiście wciąż powstawały, ale singiel radzący sobie doskonale na iTunes i YouTube mógł z powodzeniem nadrobić artystyczną czy komercyjną porażkę całej płyty. A całościowo porządne krążki – choćby “1989” Taylor Swift – i tak spotykało uznanie. Streaming okazał się być interesującą bestią pod tym względem – z jednej strony jest wręcz idealnie stworzony pod dominację singli (łatwo zrobić z nich playlisty, przeskakiwanie z utworu na utwór jest banalnie proste), z drugiej premiuje długie formy, naturalnie generujące dużą liczbę odsłuchów.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube's privacy policy.
Learn more

Load video

Już w 2016 roku FACT Magazine pisał o albumach Drake’a, Zayna i Jamesa Blake’a jako monstrach wydłużonych specjalnie pod nabijanie streamów. Spory ciężar winy spoczywa na barkach Billboardu, który od końcówki 2014 roku liczy nie tylko sprzedaż kopii albumu, ale i liczba streamów. Na tej podstawie umieszcza płyty w swoich rankingach, co jest słusznym krokiem z punktu widzenia technologii – w dobie streamingu sprzedaż jest po prostu niereprezentatywnym czynnikiem popularności muzyki. Nie dalej jak rok później Guardian pisał o tym, że “playlisty zabijają format albumu”, a Harvard Business Review wskazywał na dominację singli i remiksów, które najlepiej nadają się do streamowania – ta rozbieżność opinii to jawny dowód na to, że trudno racjonalnie analizować i oceniać czasy, w jakich się żyje. Streaming to bardzo młode zjawisko – nie do końca rozpoznane przez wytwórnie i artystów, ba, bez pewnego modelu biznesowego (np. gigant Spotify wciąż wykazuje straty, mimo rosnącej bazy użytkowników). Stąd wieczne testowanie wód ze strony muzyki popularnej – Drake jest tutaj doskonałym przykładem. Przy okazji “Views” spróbował wydać rozbuchany album, który oczywiście znalazł się wysoko w rankingach Billboardu, “More Life” to już “playlista” (ponownie przydługa) – czyli kolejna próba pogrywania ze streamingowymi mechanizmami. Wytwórnia Migos – w tym kontekście dość ironicznie nazwana “Quality Control” – wypuściła niedawno potężną składankę, na której znajdziemy porządne single (pewniaki w liczbie odsłuchów), ale i strasznie dużo męczących wypełniaczy (które pozwolą na streamy “dosypujące” do pozycji na chartsach Billboardu). W takim świetle 3 CD od Rae Sremmurd to po prostu logiczny ruch.

Czy traci na tym muzyka? Zapewne tak. Streaming mutuje ją na tyle różnych sposobów, że ich analiza zajęłaby spokojnie kilka takich tekstów. Ale czy to nowość? Absolutnie nie. Co więcej, mimo ciągłej dominacji wielkich wytwórni, branża muzyczna jest dużo bardziej różnorodna niż w epoce kasety czy CD. Jeśli nie podoba nam się męczący album Migos, w ułamek sekundy możemy skoczyć w dowolny zakątek muzyczny – w przeszłość, w totalny underground, czy po prostu do dużo lepszego “Culture”. To w obrębie wielkich serwisów, a jest jeszcze SoundCloud (co prawda powoli wkraczający w etap zombie), czy BandCamp, który wyrósł na etyczną i silną alternatywę wobec streamingu. Mimo wszystkich problemów, jakich doświadczają twórcy i twórczynie w obecnym krajobrazie branżowym, nigdy nie było tylu dróg dotarcia do publiki. Zazwyczaj przy tych zmianach najbardziej cierpi muzyka mainstreamowa, która dla melomanów i melomanek jest raczej przystawką do głównych dań, aniżeli treściwym posiłkiem. Zatem nie polecam rozdzierać szat, ale uważnie się przyglądać – już tak.