Skończyć z R. Kellym - Electronic Beats Poland

Skończyć z R. Kellym

Words by Paweł Klimczak

Muzyka niewątpliwie ma właściwości magiczne – nie tylko sprawia, że możemy poczuć się lepiej, gorzej, bądź w ten niesamowity, trudny do nazwania sposób, ale i nobilituje tych ludzi, którzy ją wykonują. Łatwo jest połączyć nam wspomnienia z konkretną chwilą w życiu i poniekąd czuć wdzięczność do artysty czy artystki, którzy się z tym momentem kojarzą. Muzyka to także biznes, czasem liczony w miliardach dolarów, co sprawia, że autorzy i autorki hitów są postrzegani przez wytwórnie nie jak ludzie, ale źródło zarobku, które trzeba chronić za wszelką cenę. Splot tych okoliczności złożył się na trwające kilka dekad cierpienie wielu osób z ręki jednego parszywego faceta, któremu dzięki muzyce udało się uciekać od odpowiedzialności – prawnej, artystycznej, ekonomicznej i społecznej.

“Surviving R. Kelly”, dokument, który wyemitowała niedawno stacja Lifetime, to wstrząsający seans. Nie brakuje w nim emocjonalnych fragmentów, ale skontrowanych przez wypowiedzi specjalistek i specjalistów, którzy konkretne historie wkładają w systemowe ramy. Jak na dokument, który wpada czasem w sensacjonalistyczne tony – szczególnie pod względem montażu i ogólnej stylistyki – jest tu dużo zabezpieczeń, na wypadek kontrargumentów w postaci “same są sobie winne, czemu nie uciekły” i innych, niewrażliwych i dość nieświadomych i niewrażliwych wypowiedzi. Specjaliści i specjalistki jasno tłumaczą naturę relacji oprawca-ofiara, uświadamiają mechanizmy, które manipulują człowiekiem do stopnia, w którym tak naprawdę nie może zrobić już nic ze swoją sytuacją. To niewątpliwy atut dokumentu i już pojawiają się wieści, że po jego emisji wzrosła aktywność na infoliniach zajmujących się ofiarami przemocy domowej i seksualnej.

Zbrodnie R. Kelly’ego, przez cynicznych śmieszków w Internecie nazywane “posiadaniem haremu”, lub “zwykłym seksem z nieletnimi” (przepraszam, słucham?), składają się na obraz psychopaty, który nie tylko nie zdaje sobie sprawy z rozmiaru własnej potworności, ale czuje się wręcz obrażony, że ktoś ma z tym problem. Co więcej, wątki wskazujące na jego prawdziwą naturę są również rozsiane po jego muzyce – dla Aaliyah wyprodukował album, który nazywał się “Age Ain’t Nothing But A Number” (“Wiek to tylko liczba”), sam przybrał przydomek “Pied Piper” (“Szczurołap”) – z bajki, której bohater uprowadza dzieci siłą muzyki… W dokumencie jego dawny asystent mówi, że Kelly miał problem z nagrywaniem wszystkiego – wciąż to robił, mimo zagrożenia, jakie to generowało. Jak rasowy psychopata testował granice ryzyka, niejako rzucając wyzwanie losowi i organom ścigania.

“Surviving R. Kelly” cofa się do niejasnej i odległej przeszłości artysty, do czasów, kiedy wychowywał się w domu, w którym seks był bardzo widoczny, a nawet dochodziło do molestowania – chociaż film nie daje definitywnej odpowiedzi na to, czy jego ofiarą padł sam wokalista. Później są trzy dekady kariery, podszytej ohydą. R. Kelly dosłownie zasadza się przy szkole i w centrum handlowym, by łowić dziewczynki. Tak, dziewczynki, bo wiele z jego ofiar, oczarowanych zainteresowaniem sławnej osoby, miało poniżej nawet nie 18, a 15 (!) lat… W dokumencie widzimy jego związek z Aaliyah – potajemny ślub, kiedy wokalistka ma 15 lat, dziwaczne wywiady, kiedy para unika pytań o prawdziwą naturę swoich relacji. Wreszcie proces sądowy o dziecięcą pornografię, czyli sławną sekstaśmę. Przy okazji poznajemy wokalistkę Sparkle, która przedstawiła swoją siostrzenicę R. Kelly’emu i to właśnie ta dziewczynka została “bohaterką” odrażającego nagrania. Sparkle próbuje nagłośnić występki wokalisty, ale w zamian branża muzyczna gasi jej karierę. W filmie nie brakuje głosów dawnych partnerek wokalisty, które opisują przedmiotowe traktowanie, wciąganie w seksualne trójkąty z nastolatkami, przemoc i manipulacje. W tym wszystkim jest żona R. Kelly’ego, odizolowana, zamknięta w posiadłości, której nie może opuszczać. Bliżej naszych czasów zaczynają się też dzieje “seksualnej sekty” – grupy dziewcząt, które wokalista ukształtował wedle własnych upodobań i zmanipulował do kompletnego wyzbycia się podmiotowości i kontaktów z rodziną. Jednym z nielicznych optymistycznych punktów dokumentu jest udana walka rodziców o powrót jednej z nich do domu. Te wszystkie wydarzenia pokazują R. Kelly’ego jako bezwzględnego manipulatora, który jak na półanalfabetę całkiem nieźle zna się na ludzkiej psychice – na ofiary wybiera słabe jednostki, często z artystycznymi ambicjami, które rzekomo ma pomóc im spełnić.

“Jak człowiek, który jest tak zajęty zawodowo, ma na te wszystkie paskudztwa czas?” – pyta w pewnym momencie jego była żona. Z prostego powodu – ma wokół siebie ludzi, którzy organizują jego zdeprawowane życie. W dokumencie wypowiada się dawna pracownica R. Kelly’ego – wokalista ma na podorędziu całą armię, której najwyraźniej nie przeszkadza fakt, że ich pracodawca zachowuje się bardziej jak seksualny mafiozo, aniżeli król R&B. I tutaj dochodzimy do innego, naprawdę koszmarnego aspektu tej całej sprawy – współodpowiedzialności branży muzycznej. R. Kelly mógł robić – a zapewne dalej robi – co, robił, bo miał pieniądze i pozycję, którą zapewniła mu muzyka. Co bardziej szokujące, to nie był jednorazowy incydent, wybryk, za który przeprosił. Nie. Mówimy o kregu przemocy, który trwa dekady, a na który pozwalali upadli moralnie księgowi w garniakach. To była prosta kalkulacja: dziewczyny, których nikt nie zna, czy multimilionowy artysta, przynoszący zyski? Po raz kolejny kobiety płacą słony rachunek za zorientowany wyłącznie na zysk kształt świata, w którym żyjemy. Wytwórnie Jive i RCA – zapamiętajcie je bo to właśnie one kryją pedofila i gwałciciela, który może i jest potworem, ale przynosi worki pieniędzy… Zresztą w dokumencie brakuje głosów ze środka branży – poza Sparkle (która niejako była w środku części z tych wydarzeń), na odwagę zdobyli się jedynie John Legend, dobry duch hip-hopu Charlamagne Tha God i radiowy honcho Tom Joyner. Jest również Chance The Rapper, który nagrał kiedyś kawałek z R. Kellym, a teraz posypuje głowę popiołem. To milczenie branży muzycznej jest znamienne i depresyjne, ale raczej nie dziwne – przypomnijmy sobie całe tabuny rockowych i rapowych przemocowców, od Jimmy’ego Page’a, który porwał dziewczynę i czekał, aż wskoczy jej syndrom sztokholmski, po XXXTentacion, któremu szybko zapomniano katowanie partnerki. Wartość ofiar jest zerowa, jeśli oprawca przedstawia monetarną wartość. Raczej ciężko uwierzyć, że wytwórnie nie wiedziały o dziesiątkach pozwów, rozegranych poza sądem, aferze z sekstaśmą i artykułach o seksualnym kulcie, które zaczęły krążyć dwa lata temu. Wiedziały, ale patrzyły na liczby, ale te nie kłamały – może zwyrol i potwór, ale przynosi zysk.

Dokument podnosi też niełatwą kwestię uwielbienia R. Kelly’ego przez czarną społeczność i ignorowanie albo wprost zaprzeczanie doniesieniom o jego wyczynach. A wokalista potrafi manipulować, jak nikt inny – przybierając szaty pastora, czy strategicznie nagrywając utwory, które weszły do kanonu najróżniejszych uroczystości (“I Believe I Can Fly” sprawdza się świetnie zarówno w kościołach, jak i szkołach). Tutaj wracamy do tego, o czym wspominałem na początku – muzyka ugruntowuje nasze wspomnienia, nadaje im konkretnego emocjonalnego posmaku. Jeśli wiele wydarzeń z twojego życia jest związane z muzyką R. Kelly’ego, to świadomość, że to potwór, w jakimś sensie cię tych wspomnień pozbawia, bądź brudzi je w nieprzyjemny sposób. Więc wypierasz fakty, co jest zupełnie naturalnym, choć moralnie wątpliwym, mechanizmem. To, że dokument stara się udźwignąć i tę kwestię, jest niewątpliwą zaletą.

“Surviving R. Kelly” to ważny dokument, a jego emocjonalny wydźwięk i zasięg dużo większy niż artykuły, których nie brakowało w przeszłości, daje nadzieję na to, że wokalista wreszcie poniesie jakieś konsekwencje. A że tak późno i po dziesiątkach ofiar, którym bezpowrotnie zniszczono życie? Cóż, tutaj możemy winić tylko branżę muzyczną, która po raz kolejny pokazała swoje prawdziwe oblicze. Sprawa R. Kelly’ego to pewnego rodzaju pomnik, który można wystawić każdej z działalności ludzkich – potwory kryją się w branży filmowej, polityce, finansach, sporcie… Wystarczy, że potwór jest dochodowy, może spać spokojnie. Dlatego potrzebujemy więcej takich filmów.