Skepta - człowiek na właściwym miejscu - Electronic Beats Poland

Skepta – człowiek na właściwym miejscu

Words by Paweł Klimczak

Skepta pojawi się w tym roku w Katowicach w trakcie Tauron Nowa Muzyka. Oprócz niego na festiwalu usłyszymy m.in. Kraftwerk, Apparat, Gus Gus czy Gaikę. Bilety na całe wydarzenie znajdziecie na STRONIE FESTIWALU TUTAJ.

 

Grime nie może równać się z rapem pod względem popularności, ale przestał być lokalną egzotyką. Nie wiadomo, jaką rolę odegrały w tym wszystkim tweety Drake’a czy Kanyego, ale jest jedna postać, która ma wielkie zasługi dla gatunku i jest to Skepta. W strategicznym momencie zaczął dorzucać do swojej muzyki elementy, które mogły podobać się za Oceanem (a to “n word”, a to bity z cykaczami) – oczywiście nie on jeden “amerykanizował grime”, ani nie było to wykalkulowane. Ale jednak, po latach, to Skepta jest międzynarodową gwiazdą, która wskakuje na hity amerykańskich raperów. Jego ostatni koncert w Polsce wyprzedał się na pniu, ale wróci do nas jako gwiazda następnej edycji festiwalu Nowa Muzyka, co jest dobrym powodem, żeby przyjrzeć się jego historii.

Na początku lat dwutysięcznych, dzięki splotowi najróżniejszych klubowych stylistyk, imprezowym tradycjom UK i wybuchowi popularności pirackich radiostacji, pojawił się grime. Interesujące, do bólu współczesne bity, szybkie nawijki (często z karaibskimi wpływami) i mroczny klimat – grime stał się brzmieniem londyńskiej ulicy. W środku tego zamieszania byli bracia Adenuga – Joseph Junior (Skepta) i Jamie (JME). Ich kolektyw i label Boy Better Know stał się jedną z najpotężniejszych instytucji w grimie, a nawijki i produkcje braci wzbudzały podziw. Patrząc na początki sceny, widać różnorodność – na tle wyśmienitych jamajskich wtrętów Jammera, sekwencyjnego flow Wiley’a, czy pełnych polotu i sprytu nawijek JME, Skepta potrafił walczyć charyzmą i klarownością flow. W tak konkurencyjnym środowisku, które prezentowało naprawdę wysoki poziom, był to sygnał wielkich rzeczy, które czekały Skeptę. Czy w numerze “Too Many Man”, na poły seksistowskim, na poły samoświadomym (grime to jednak środowisko niemal wyłącznie męskie) bangerze, czy w pełnym braggi “I’m There”, wczesny Skepta buzuje energią i umiejętnościami.

Po mocno undergroundowym okresie, wypełnionym clashami (clash to wzięty z kultury jamajskich soundsystemów pojedynek między ekipami), kooperacjami i ciężką pracą, grime znalazł się bardzo blisko brytyjskiego mainstreamu. A ten lubi urabiać podziemne rewelacje, przepakowywać je i sprzedawać chłonnemu rynkowi. Nie inaczej było z grimem, nie inaczej było ze Skeptą. Nagle MC zaczął nagrywać koszmarki w rodzaju “Rolex Sweep” (co zabawne, w podobnym czasie Wiley nagrał równie zły numer “Wearing My Rolex”), okrutnie bounce’owy “Sunglasses At Night”, pojawiła się współpraca z przypałowcami z N-Dubz (chociaż przyznam bez bicia, że “Na-Na” jest moim guilty pleasure). I o ile Skepta nie upadł tak nisko, jak Dizzee Rascal (który z bycia grime’owym herosem przeszedł do drugiej ligi supportów na trasach gwiazd), czy Tinchy Stryder, to raczej nie miał powodów do dumy.

Najwyraźniej w garniakach, rolex’ach i wokół ludzi pokroju Calvina Harrisa nie czuł się swobodnie i w 2014 roku, razem z JME nagrał mocno rewizjonistyczny utwór “That’s Not Me”. Rozlicza się w nim ze swoim wstydliwym okresem bycia gwiazdą popu, bezkompromisowo wyznaczając dla siebie nowy-stary kierunek. W tym samym roku wypuścił przebój “It Ain’t Safe”, który otwarcie flirtował z amerykańskim rapem. Ten flirt okazał się zarówno brzemienny, jak i zbawienny w skutkach.

“Konnichiwa”, wydany w maju 2016 roku czwarty album Skepty, to ukoronowanie długiej kariery, ale i pewnego rodzaju rozliczenie ze sceną i własną, czasem niezbyt chlubną przeszłością. Dostało się Dizzee’emu Rascalowi, którego wersy są cytowane (lub przekręcane) w kilku miejscach, z największym pociskiem w postaci całej zwrotki w ”Man”. Skepta upiera się, że to nie jest diss, ale ciężko zinterpretować to inaczej, kiedy wspomina się kogoś, kto kiedyś był Top Man, a dzisiaj zapomniał, skąd pochodzi. “Konnichiwa” dała Skepcie również jeden z największych hitów w karierze – “Shutdown”, bezkompleksową deklarację bycie sobą. Zresztą ilość inteligentnych, sprytnych i zabawnych wersów na albumie jest niesamowita, a za większość rewelacyjnej produkcji odpowiadał sam Skepta. “Konnichiwa” to wzięcie spraw w swoje ręce, bardzo dosłownie. To również podsumowanie dziejów grime’u, od jego clashowej postaci (“Lyrics” z gościnnym udziałem Novelista), przez posse cuty (“Detox” z ziomeczkami z Boy Better Know), aż do najnowocześniejszej, lekko trapującej formy (“It Ain’t Safe”).

Po wielkim sukcesie “Konnichiwy”, Skepta mógł spokojnie wejść do panteonu współczesnych gwiazd i zrobił to bez zatracenia siebie. Jak nawija w “Shutdown”, może siedzieć w pierwszym rzędzie na fashion weeku w dresie, a i tak jest wożonko. MC nakłonił do refleksji nawet Dizzee’ego, z którym wypuścił wspólny kawałek “Money Right”. Co prawda nie spodobało się to Wiley’owi (całe szczęście poza instagramowym rantem dostaliśmy również kapitalny diss “Flip The Table”), ale na tym etapie Skepta robi co chce, łącznie z mocno szalonym doborem kurtek i płaszczy. Udział w jednym z największych hitów zeszłego roku – “Praise The Lord (Da Shine)” A$AP Rocky’ego – jeszcze bardziej wzmocnił jego pozycję.

Skepta oczywiście nie jest zbawicielem grime’u, uczciwie trzeba przyznać, że raczej nie jest też jego najlepszym przedstawicielem. Nierówna dyskografia to jedno, ale monument, jakim jest “Konnichiwa” i niebywała charyzma, to drugie. Konszachty z Jankesami raczej pomogły gatunkowi, niż mu zaszkodziły – Skepta może być mainstreamowym ambasadorem grime’u i na razie robi to lepiej, niż np. dawniej Dizzee Rascal. W Katowicach będzie shutdown, to pewne.

 

Skepta pojawi się w tym roku w Katowicach w trakcie Tauron Nowa Muzyka. Oprócz niego na festiwalu usłyszymy m.in. Kraftwerk, Apparat, Gus Gus czy Gaikę. Bilety na całe wydarzenie znajdziecie na STRONIE FESTIWALU TUTAJ.