Skalpel: mamy jeszcze dużo do powiedzenia - Electronic Beats Poland

Skalpel: mamy jeszcze dużo do powiedzenia

Words by Agata Hudomięt

Skalpel w odświeżonej, spektakularnej formie wraca do regularnego koncertowania w towarzystwie big bandu. Jednak, jak zapewnia Igor Pudło – nie tworzą składu, który chce odcinać kupony, dlatego równolegle intensywnie pracują nad nową płytą. Jednak zanim światło dzienne ujrzy kolejne LP nu-jazzowego duetu, fani mogą liczyć na małą niespodziankę – koncertowe EP, dostępne wyłącznie na zbliżających się koncertach Skalpel Big Band.

Już dziś na łamach Electronic Beats możecie przesłuchać singla zapowiadającego EP i przeczytać wywiad z Igorem.

Czy Skalpel brał już udział w 10 years challenge?

W naszym przypadku bardziej by pasowało 20 years challenge (śmiech). W 2009 byliśmy dokładnie nigdzie, w zawieszeniu. Ale zespół Skalpel powstawał właśnie w 1998, 1999 roku. Wtedy tworzyliśmy swoje pierwsze nagrania, inspirując się tym, co nam się  wtedy podobało – DJ Shadow, DJ Vadim, DJ Krush… taka bardziej artystyczna, wyszukana forma hip hopu instrumentalnego. Zrobiliśmy swój pierwszy mixtape „Virtual Cuts”. Wysłaliśmy do UK, tam została wyemitowana w radiu BBC w audycji Solid Steel pod egidą Ninja Tune. I tak to wszystko się dla nas zaczęło. Byliśmy na początku naszej drogi, pełni optymizmu, całkowicie bez presji. Przede wszystkim byliśmy młodsi o 20 lat (śmiech).

A jak widzisz Skalpel w 2019?

Teraz… chciałbym nas widzieć pośród klasyków… tylko jakiego gatunku? Formalnie można by nas przypisać do nu jazzu. Tylko że ten termin od początku nam się nie podobał, bo był łączony z muzyką easy listening, a my robiliśmy bardziej mroczną, psychodeliczną muzę. Jesteśmy też nazywani duetem elektronicznym, co się zgadza, bo tworzymy muzykę w środowisku komputerowym, jednak posługiwaliśmy się głównie brzmieniami jazzu akustycznego. Teraz z big bandem ta muzyka wychodzi z komputera, będzie wykonana przez żywych muzyków.

Kiedyś opowiadałeś, że ludzie nie raz byli zdziwieni audiowizualnym show, spodziewali się zespołu na scenie. Czy teraz, kiedy gracie z big bandem, publiczność jest bardziej usatysfakcjonowana? 

W 2000 roku nasz pierwszy teledysk, „Sculpture”, pokazywał grupę muzyków, którzy grają na żywo nasz kawałek jako soundtrack do filmu „Nosferatu – Symfonia Grozy”. Ten klip jest bardzo fajny, ale był też naszym przekleństwem, bo ludzie oczekiwali na koncertach, że ten sam zespół wyjdzie na scenę i zagra. To była dobra iluzja, żeby nie powiedzieć doskonała (śmiech). Wtedy byliśmy DJ-ami, chcieliśmy grać DJ sety. Nie mieliśmy takich technicznych możliwości, żeby zagrać ten materiał z komputerów. Stąd pomysł na audiowizualny show. Co ciekawe, musieliśmy walczyć z tym, żeby w Polsce na plakatach było napisane DJ set, a nie koncert – wtedy nikt nie wiedział, co to jest! Ale kiedy ludzie przychodzili, kupowali to, co im prezentowaliśmy.

Teraz nie ma tego problemu, wychodzimy na scenę z big bandem, gramy nasze utwory w wersjach bardziej spektakularnych niż są wydane na płytach. My też jesteśmy swego rodzaju publicznością na tych koncertach. Z jednej strony uczestniczymy w nich jako kompozytorzy i grający, ale mamy momenty, że po prostu tego słuchamy. Jest to dla nas bardzo przyjemne i satysfakcjonujące.

A jak duży był Wasz udział w samym procesie przełożenia tych kompozycji na big band?

Nasz udział w zasadzie ograniczył się do wyboru repertuaru. Wytypowaliśmy, co będzie brzmiało najciekawiej w wykonaniu big bandu. Potem spotkanie i dyskusja z aranżerem i dyrygentem Patrykiem Piłasiewiczem, odbyło się kilka prób… ale tak naprawdę przyszliśmy na gotowe, wszystko to pomysły i robota Patryka. Jest w tych wersjach sporo miejsca na solowe improwizacje, a więc tym samym więcej jazzu. Tego wcześniej w naszych nagraniach i na koncertach nie było.

Czytałam ciekawą anegdotę Patryka o tym, jak usłyszał Waszą muzykę w malutkim sklepie we Włoszech. Często spotykasz się z takimi historiami?

Ostatnio grałem gościnnie z zespołem High Definition Quartet. Alan Wykpisz, kontrabasista, pojechał z innym zespołem na tournée po Chinach. I tam jakiś fan z Mongolii spytał go, czy zna zespół Skalpel, „najlepszy zespół jazzowy w Polsce” (śmiech). Mimo, że zwinęliśmy naszą działalność na jakiś czas, docieramy w różne zakątki świata. Mam nadzieję, że wracając z big bandem, a potem z nową płytą, znowu się zrobi o nas głośno. Lubimy takie powroty.

Zanim jednak wyjdzie nowa płyta, macie dla fanów małą niespodziankę…

Tak. EP koncertowe z big bandem. Chcemy dla siebie i dla naszych fanów zrobić pamiątkę z tego wydarzenia – znajdą się na niej 4 najlepsze utwory. Chcielibyśmy zarejestrować profesjonalnie cały koncert big bandu na płycie, ale najpierw musimy się razem ograć, żeby wypadło to możliwie jak najlepiej.

A co możesz powiedzieć o nowej płycie?

Kończymy ją. Nie chcemy być zespołem, który tylko odcina kupony i gra kolejne wersje swoich klasyków. Wygląda na to, że spoglądamy na swoją przeszłość, ale mamy nowe pomysły, idziemy w nowych kierunkach. Będzie bardziej elektronicznie, ale z zachowanym DNA Skalpela. Na pewno nie będzie to już płyta samplistyczna, tylko będzie to się działo w środowisku instrumentów wirtualnych.

Do Skalpela na wiele lat przylgnęła łatka wybrańców Ninja Tune, nawet, kiedy już nie byliście w tej wytwórni. Na ile bycie „polskim towarem eksportowym” Wam pomogło, a na ile stało się to dla Was ciężarem?

Na początku dodało nam to skrzydeł. Podeszliśmy do tego z entuzjazmem. Ale potem rzeczywiście odczuliśmy ogromną presję, co spowodowało, że zamilkliśmy na kilka lat. Trochę formuła nam się wyczerpała, a oczekiwania ze strony wytwórni i managementu, były takie, żebyśmy poszli za ciosem. My nie potrafiliśmy złożyć pięści do tego ciosu i woleliśmy poczekać, aż kurz opadnie. Z jednej strony cały ten rozgłos był miły, z drugiej często te opisy były przesadzone. Ta duma z nas prowadziła do pewnej mitologizacji tego, jacy jesteśmy ważni i jakimi ambasadorami polskiej muzyki jesteśmy.

Historia Patryka czy studenta z Mongolii potwierdza, że coś jest na rzeczy, ale traktowaliśmy się jako zespół z Polski, działający w Polsce. Nie mieliśmy pomysłu, żeby działać poza granicami. Chociaż i tak wysyłali nas w trasę.

Całkiem niedawno głośno zrobiło się o pierwszym Polaku, który podpisał kontrakt z wytwórnią Sub Pop. Myślisz, że w tych czasach ma to takie samo znaczenie, jak 20 lat temu?

Nie sądzę, żeby to było tak ważne, jak kiedyś. Oczywiście wydaje mi się, ze nawet dzisiaj kontrakt z taką wytwórnią jak Ninja Tune czy Sub Pop pomaga, bo oni mają bardzo dobre kanały promocji. Kilkanaście lat temu kontrakt z taką znaną wytwórnią to rzeczywiście był większy cios. Na pewno wtedy trochę mniej ludzi robiło muzykę, technologia i wiedza jako to się robi nie był tak dostępna. Konkurencja jednak był zawsze. Pamiętam, jak kiedyś przyjechaliśmy do Ninja Tune, to w biurze w jednym miejscu były stosy CD z demówkami z całego świata. To, że nasza przebiła się komuś na biurko i dostaliśmy tę propozycję, to było duże osiągnięcie. I to od razu gwarantowało duże zainteresowanie zespołem. Czy teraz wytwórnia pomaga? Jest ważna, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Wielu artystom udaje się radzić bez tego.

Wrocław to trudny grunt dla muzyków. Nigdy nie myśleliście o wyprowadzce? Czy to kwestia lokalnego patriotyzmu?

Nie zostaliśmy we Wrocławiu ze względu na lokalny patriotyzm, raczej przez zasiedzenie. Kiedy zostawaliśmy Skalpelem, nie było to takie oczywiste i nie było tej praktyki, żeby od razu wyjeżdżać, emigrować. Pamiętam, że podpisaliśmy kontrakt, zanim Polska była w UE, jednak kiedy pierwszego maja 2004 rooku lecieliśmy z Monachium do Wiednia w trakcie trasy z Ninja Tune, stanęliśmy już w tej samej kolejce co inni – UE. To było niesamowite przeżycie. Dlatego teraz obawiam się tego, co się dzieje w UK, bo dla artystów te perspektywy są bardzo niepokojące.

Muzycznie Wrocław nie miał na nas wpływu, chociaż ma jazzową tradycję, ale my byliśmy fanami hip hopu. Patriotyzm był takim produktem ubocznym – nazwaliśmy nasze wydawnictwo „Polish Jazz”, bo wiedzieliśmy, że ta nasza inność pozwoli nam się wyróżnić od reszty.

Nie obawiasz się trochę tego powrotu Skalpela? Polska scena muzyczna bardzo szybko się rozwija.

20 lat temu byliśmy prawie sami – na scenie elektronicznej był jeszcze Sienkiewicz i ludzie związani z techno, obecnie są dziesiątki, setki osób tworzących muzykę. To jest już inny świat. Wszystko działa inaczej, jest bardzo dużo dobrej muzyki. Staram się nie słuchać za dużo nowości, żeby się nie rozpraszać i skupić na własnej opowieści, szukać własnych pomysłów. Jestem dumny z tego, że nasz zespół osiągnął oryginalny styl. Wiem, że mamy jeszcze dużo do powiedzenia w jego obrębie.

****

Sprawdźcie najbliższe koncerty Skalpel Big Band: