Ryūichi Sakamoto. Znamy się ze słyszenia - Electronic Beats Poland

Ryūichi Sakamoto. Znamy się ze słyszenia

Ryūichi Sakamoto. Znamy się ze słyszenia

Filip Kalinowski

Od wczesnych, electro-popowych poszukiwań zespołu Yellow Magic Orchestra, po najnowszy, ciemny, solowy krążek „async”, od ścieżki dźwiękowej do hitowej „Zjawy” po soundtrack do niskobudżetowego filmu dokumentalnego „Derrida”, od kolaboracji z Alva Noto i Christianem Fenneszem po współprace ze znanym jedynie nielicznym, azjatyckimi eksperymentalistami – w ogromie dyskografii Ryūichiego Sakamoto nie sposób się rozeznać. O pomoc w tym zadaniu poprosiliśmy więc lokalnych producentów, instrumentalistów i DJ’i, których często dzieli właściwie wszystko, poza fascynacją nagraniami tego japońskiego kompozytora-giganta.

Strona discogs.com, po wpisaniu w jej wyszukiwarkę nazwiska Ryūichiego Sakamoto wypluwa z siebie 232 pozycje autorskie tegoż kompozytora, instrumentalisty i producenta, pisarza, aktora i tancerza, prawdziwego człowieka renesansu – jak to ujął Paweł „Paide” Dunajko. Do tego dochodzi blisko półtora tysiąca płyt w których powstaniu brał udział. Zakładając więc, że średni czas trwania tych nagrań to około 40 minut, wychodzi nam ponad 68 tysięcy minut muzyki – grubo ponad tysiąc godzin słuchania, półtora miesiąca nieustannego ciągłego czatowania przy głośniku, bez snu i odpoczynku. Biorąc więc poprawkę na dzisiejsze tempo życia i niesamowicie szerokie spectrum dźwiękowych poszukiwań Japończyka, naprawdę nielicznym będzie dane wyłowić z tego ogromu, to, co ich zaciekawi, pochłonie i skłoni do dalszych peregrynacji. Nie wszystkich przecież zainteresują pionierskie dokonania YMO, nie każdemu spodobają się elektro-akustyczne spotkania Sakamoto z tuzami europejskiej awangardy i z pewnością znajdą się i tacy, którym ścieżki dźwiękowe, jakie tworzy od lat dla światowej kinematografii, bez towarzyszącego im obrazu okażą się nazbyt ckliwe. Jedni preferują klasykę, inni lubują się w glitchowej elektronice, a jeszcze innym najbliżej do noise’owych eksperymentów. I wszyscy oni w przepastnej dyskografii 65 letniego kompozytora znajdą na pewno coś dla siebie. A po co sięgnąć w pierwszej kolejności, co pośród dokonań Sakamoto fascynuje ich najbardziej i dlaczego w ogóle warto wejść w tę obcą nam kulturowo, fascynującą audiosferę, zapytaliśmy tymczasem przedstawicieli naszej rodzimej sceny niezależnej. Ta kilkunastoosbowa grupa osób, które podjęły temat – a pośród, której znajdują się i twórcy soundtracków i kreatorzy rzeźb dźwiękowych, i akademicko wykształceni neo-klasycy i progresywnie myślący, bitowi samoucy, i kompozytorzy i… DJ’e –  jest najlepszym możliwym symbolem otwartości i bezkompromisowości z jaką ten bodajże najbardziej utytułowany i rozpoznawalny japoński muzyk podchodzi do swojego fachu.

Bartłomiej „Odaibe” Szlachcic

Pochodzący z Wrocławia grafik, animator i artysta dźwiękowy w swojej twórczości eksplorujący obrzeża technologii i organiczności. Jego płyty ukazywały się w takich wytwórniach jak InnerGuN, Soun czy Section27, jego wizualizacje towarzyszyły koncertom takich artystów jak Biosphere, Miloopa czy kIRk, a prywatnie fascynuje go – między innymi – właśnie Japonia.

 

Cykady, roboty, wiatr… Spaceruję po starym parku w centrum Tokio. Mocne światło przenika przez liście, przecina po drodze oko i trafia do ośrodkowego układu nerwowego wprowadzając w stan dynamicznej relaksacji. Lato. Odgłosy tysięcy mantrujących cykad, które pokrywają każdy centymetr kory drzew. Wieje ciepły wiatr. Na horyzoncie piłującego, owadziego dronu powoli pojawia się ludzka nuta. Kilkadziesiąt metrów dalej widzę schowanego w krzakach studenta łagodnie improwizującego na saksofonie. Przypomniało mi się jak dwa dni wcześniej pewna Japonka spytała czy widziałem zimą kwiaty kwitnących wiśni.

Kilka kroków dalej saksofon ginie w metalicznym roju a pojawiają się skoczne odgłosy 8-bitowych zwierzątek. Za drzewem ktoś postawił świecącą skrzynię z dużym ekranem dotykowym. Elektroniczny przewodnik zachęcający wesołymi dźwiękami z małych, tanich głośników. Lato. Technologia ułatwia życie. Muzyka to maszyna czasu.

Bartosz Kruczyński

Producent elektroniczny, który szerszej publiczności dał się poznać jako autor tanecznych mash-upów El Barto. W późniejszych latach zgłębiał przeróżne obszary syntetycznego świata – od house’u, przez ambient, aż po grime – pod aliasem The Phantom i połowa – nieistniejącego już – samplingowego duetu Ptaki. Dziś sygnuje swoje wydawnictwa pseudonimem Earth Trax, bądź własnym imieniem i nazwiskiem.

 

Pierwszą płytą Sakamoto jaką świadomie poznałem było „B-2 Unit”. Usłyszałem ją na studiach i utwór „Riot In Lagos” pochłonął mnie całkowicie. Cały album jest futurystyczny, ale jednocześnie bardzo osobliwy i trudny do sklasyfikowania, dzięki czemu wciąż się broni, prawie 40 lat po premierze. Rzeczony okres, już po wydaniu debiutanckiego albumu Yellow Magic Orchestra, jest szalenie ciekawym poszukiwaniem dźwiękowym, a sam ten krążek jest chyba najbardziej elektronicznym w karierze kompozytora. Może to wpływ zespołu Kraftwerk, którego członków poznał swego czasu i razem tańczyli w jednym z japońskich klubów (o czym mówi w sesji dla Red Bull Music Academy)?

W twórczości Sakamoto najbardziej pociąga mnie elegancja, powściągliwość i pewne medytacyjne wycofanie, przy jednoczesnej śmiałości w łamaniu schematów i dużej odwadze wizerunkowej – jego własna twarz, często w ostrym makijażu, zdobi wiele okładek płyt. Muzycznie ciekawie uzupełnia się też z byłym partnerem z Yellow Magic Orchestra – Haroumim Hosono, którego nagrania w większości są absolutnie dzikie i realizowane bez żadnych oporów.

Paweł „Paide“ Dunajko

DJ, dziennikarz, wydawca i promotor przemierzający rubieże elektronicznego światka w poszukiwaniu dźwięków odmiennych i progresywnych. W ostatnich latach najlepiej kojarzą go miłośnicy chicagowskich footworków, których kaganek niósł pospołu z kolektywem Polish Juke, w Radio Alternator i na imprezach takich jak Unsound Festival. Prowadzi wytwórnie Ghetto Institute i outlines.

 

Ryūichi Sakamoto to człowiek renesansu. Uosabia on ideał wiecznie poszukującego muzyka i kompozytora, a rozległość jego aktywności może budzić jedynie podziw godny działalności Leonarda Da Vinci. By prześledzić całą jego twórczość, należałoby poświęcić jej wiele miesięcy, a na mojej ścieżce słuchania muzyki towarzyszy mi on od ponad dekady. Cenię go przede wszystkim za wybitną umiejętność łączenia tradycji akademickiej z najświeższymi nurtami muzyki elektronicznej i awangardowej. Sakamoto to człowiek cieszący się ogromną popularnością w swoim kraju, co nie przeszkodziło mu nigdy w podejmowaniu współpracy z artystami niszowymi, o których wiedza zawęża się do ścisłego kręgu słuchaczy. Moją recepcję jego muzyki dzielę – umownie – na trzy segmenty: kolaboracje, działalność solowa i muzyka filmowa, ale trudno je wyraźnie od siebie odseparować. Intymna kameralistyka, klasyka wykonywana solo na fortepianie oraz improwizacja i elektronika – to wszystko łączy się w niespotykanie indywidualną i osobną wypowiedź. Najważniejsze dla mnie pozycje w dorobku Ryūichiego, to płyty nagrane z Alva Noto (fuzja usterkowania z ciepłym brzmieniem fortepianu), spotkania z Davidem Sylvianem (ich utwór „World Citizen” należy do moich top favs) i kolaboracja z Christopherem Willitsem (wydany w 12k album „Ocean Fire”, niezwykle plastyczny, sugestywny, ziarnisty i emocjonalny ambient). Zmieniły one zupełnie moje doświadczenie muzyczne i pobrzmiewają w mojej głowie ilekroć słyszę nazwisko Japończyka, a przecież były jeszcze inne ważne krążki nagrane we współpracy z Taylorem Dupree czy Fenneszem. Obok rzeczonych duetów umieściłbym ścieżkę dźwiękową do filmu „Derrida” oraz płytę „Playing The Piano”, a równie ważne są dla mnie też solowe płyty Sakamoto, na których próbuje on scalić wszystkie swoje aktywności. To właśnie na „Chasm”, „Out Of Noise” i tegorocznej „async” można zaobserwować ulotny charakter jego muzyki, a dodatkowo prześledzić wszystkie wątki, które na przestrzeni kilkudziesięciu lat ukształtowały jego wrażliwość. I bez wątpienia moją również.

Jędrzej „Dtekk” Dondziło

DJ, promotor i aktywista muzyczny zaangażowany w takie inicjatywy jak oficyna Technosoul, festiwale Up To Date i Ambient Park, a także cykl imprez odbywających się w sekretnych lokalizacjach na terenie i obrzeżach Białegostoku. Jego selekcja muzyczna – ta klubowa jak i bookerska – obejmuje pełne spectrum muzyki elektronicznej od ambientu aż po techno.

 

Wstyd się przyznać, ale Sakamoto był dla mnie długo artystą znanym lepiej z nazwiska, niż ze swoich dokonań. Swego czasu, gdy zaczynałem eksplorować bardziej ambientalne rejony w muzyce, poznałem jego twórczość w duecie z Alva Noto i już wtedy te dosyć eksperymentalne kompozycje przemawiały do mnie w dziwnie łatwy sposób. A nie wiedziałem nawet, że to on jest autorem wielu słynnych i ciepłych melodii, które znałem z rozlicznych ścieżek dźwiękowych za które odpowiadał.

Dopiero w ostatnich latach znalazłem czas na zbadanie dyskografii tego geniusza, a swoistą „kropką nad i” w mojej fascynacji jego muzyką stała się ścieżka dźwiękowa ze „Zjawy”, która momentami wręcz poraża swoją prostotą i głębią. Zawsze najbardziej ceniłem te utwory, które pomimo swojej minimalistycznej formy były zdolne mnie poruszyć i zazwyczaj to właśnie one poruszały mnie najbardziej. Sakamoto więc to dla mnie symbol mojej ignorancji oraz trwania w muzyce dla niej samej. Zrobił tyle dobrego, że ogarnia mnie bezradność jak widzę ile jeszcze z jego dokonań pozostaje dla mnie nieodkryte.

Anna Zaradny

Artystka sztuk wizualnych i dźwiękowych, kompozytorka, improwizatorka i animatorka festiwalu Musica Genera. Jej prace powstają często na pograniczach zmysłów słuchu i wzroku, tworzy sound art, instalacje i obiekty. Fascynują ją fizyczne właściwości dźwięku, ruch, przypadek i dekonstrukcja. Współpracowała min. z Tony’m Buckiem, Christianem Fenneszem czy Robertem Piotrowiczem.

 

Twórczość Sakamoto – artysty wielkiego formatu – jest bardzo eklektyczna i moje zainteresowanie nią, czy też raczej upodobania w jej ramach, są mocno selektywne. Zdecydowanie najbardziej absorbują mnie jego projekty kolaboracyjne z Christianem Fenneszem, Davidem Sylvianem czy Alva Noto. Jedną z płyt, której słucham namiętnie i dość permanentnie jest „Insen” z 2005 roku, którą Sakamoto nagrał właśnie z Carstenem Nicolai. Jest to w mojej ocenie niesamowicie wyważony album, bardzo odpowiada mi jego chłód i oszczędność. Nie poddaje ocenie czy są to najlepsze kompozycje tego twórcy, bo „Insen” ujmuje mnie w warstwie formalnej – posiada składniki brzmieniowo-narracyjne, które mają odpowiednie proporcje – każdy dźwięk jest wyważony i właściwie ulokowany, bez zbędnych ozdobników, czy zmian estetycznych. Album ten nie jest też nadmiernie sentymentalny czy romantyczny, a może w takim stopniu, że mi to nie przeszkadza. Mimo swej oszczędności, płyta zawiera charyzmatyczne tematy i myślę, że w tym sensie „Insen” nie jest typowo ambientowym albumem.

Twórczość Sakamoto znam głównie z jego płyt, które są dla mnie nagraniami spójnymi i przemawiają do mnie swoją formą. Muzyka filmowa tego kompozytora wydaje mi się jednak często nie korespondować z obrazem, lub jest zbyt tradycyjna w bardzo konserwatywnym sensie. Wydaje mi się, że często funkcjonuje poza filmem i wręcz nie przystaje do strony wizualnej (to wrażenie często towarzyszyło mi przy oglądaniu „Zjawy”). Od strony instrumentalnej Sakamoto charakteryzuje świeże potraktowanie fortepianu w zderzeniu z elektroniką – co ma swoje odzwierciedlenie przede wszystkim we współpracy z Alva Noto. Dźwięk fortepianu w tych nagraniach wydaje się wyekstrahowany, niemal syntetyczny, co stanowi nowatorskie spojrzenie na brzmienie tego instrumentu. Jest na pierwszym planie – czysty, sterylny, ale jednocześnie bardzo dobrze umiejscowiony w obrazie brzmieniowym, idealnie zrównoważony z warstwą elektroniczną. W tej części twórczości Sakamoto, z którą mam kontakt często podoba mi się też charakterystyka harmoniczna – jest stonowana, a w przypadku pianisty takie ograniczenie bywa wyzwaniem. Bardzo luźno kojarzy mi się to z Mortonem Feldmanem, choć Sakamoto o wiele częściej flirtuje z muzyka post-klubową niż amerykańskim minimalizmem.

Paweł „Minoo” Pruski

Producent elektroniczny i dziennikarz muzyczny, który z „WEFowych” eksperymentów przerzucił się prędko na bardziej bitowe – czy też nowo-bitowe – struktury, które wydawał w takich wytwórniach jak Asfalt czy Mad-Hop. Współpracował z Ostrym, Jonem Kennedy’m czy Pixelordem, a jego najnowszy krążek „We Are Crazy” ukazał się niedawno nakładem czeskiego Post-Labelu.

Z muzyką Ryūichiego Sakamoto po raz pierwszy zetknąłem się przy okazji albumu „Vrioon” nagranego w duecie z Alva Noto. Pamiętam, że było to dla mnie spotkanie z zupełnie nową jakością. O połączeniu elektroniki z elementami muzyki klasycznej miałem wtedy dość nieciekawe zdanie, głównie za sprawą serii pompatycznych, pretensjonalnych krążków, które w owym czasie wpadły mi w ręce. W przypadku rzeczonego albumu było jednak zupełnie inaczej. Byłem zdziwiony harmonią pomiędzy wspomnianymi elementami – wszystko ujęte było w nowej, ciekawej formie, bez cienia pretensjonalności. Od tego czasu natomiast wiele się zmieniło – nadrobiłem zaległości z filmowej twórczości kompozytora – i jego ostatnie wydawnictwo „async” jest dla mnie wypadkową tych dwóch światów: tego, który stworzył we współpracy z Carstenem Nicolai i tego, który konstruuje na potrzeby kina. Szczególnie widoczne jest to w jednym z moich ulubionych utworów z tej płyty „fullmoon” – rozpoczyna się on prostym, elektronicznym dźwiękiem, na którym zaczynają się pojawiać recytowane teksty, a w końcu całość zostaje domknięta dźwiękami klasycznych instrumentów.

Tomasz Bednarczyk

Kojarzony dziś głównie pod aliasem New Rome, wrocławski producent znany wcześniej z albumów wydawanych pod własnym imieniem i nazwiskiem, a także duetów Venter i Harrison Chord. Zgłębia głównie amientowo-dronowe rejony muzycznego spectrum, ale nie raz też zapędzał się dalej na klubowe parkiety.

 

Sakamoto poznałem za sprawą Christiana Fennesza i wytwórni Touch. To właśnie ich współpraca skłoniła mnie do sięgnięcia po takie płyty jak „Cendre” czy „Flumina” i do dziś towarzyszą mi one, szczególnie w okresie wakacyjnym. Ta międzyludzka konfiguracja i połączenie dwóch, zupełnie innych charakterów wypada wprost idealnie – niepokój Sakamoto i ciepłe pejzaże Fennesza współgrają i oddziałują bardzo intensywnie. Z ciekawości sprawdziłem też nowy album Japończyka, „async” – zainteresowała mnie okładka, jest bardzo estetyczna i od razu zapowiada co może być w środku – połączenie czegoś klasycznego ze współczesnym. I pomimo tego, że na pierwszy rzut ucha niektóre fragmenty wydają się być bardzo proste, to zawsze potrafią one schwycić za coś znajdującego się głęboko w środku słuchacza; jest nostalgicznie, eklektycznie i zaskakująco. Mój faworyt to „Stakra”.

Piotr „Hatti Vatti” Kaliński

Producent elektroniczny zgłębiający tajniki głębokiego basu, połamanych rytmów i przestrzenności brzmienia. Bez względu na to czy jego produkcje określane były mianem dub techno, dubstepu czy dub-hopu, jego poczynaniami zawsze kierowały bardziej emocje niż ścisłe wyznaczniki stylu. Grał na gitarze w formacji Gówno, współtworzył duet HV/Noon, a aktualnie wraz ze Stefanem Wesołowskim nagrywa i koncertuje pod nazwą Nanook of the North.

 

Lata temu to właśnie Sakamoto jako pierwszy przedstawił mi trochę wyświechtany już obecnie crossover awangardowej elektroniki z instrumentarium kojarzonym z muzyką klasyczną. Była to płyta „Vrioon” i następnie inne albumy nagrywane z Alva Noto dla Raster-Noton. Mocno zainteresował mnie również jego duet z Fenneszem, który na swoje czasy brzmiał bardzo oryginalnie i wyznaczał nowe trendy w minimalistycznej i ambientowej elektronice. Ryūichi Sakamoto to artysta poszukujący, ale nie zawsze znajduje on jednak to, co mnie interesuje. Będąc w Tokio kupowałem płyty z jego udziałem właściwie w ciemno, a było ich tam dużo i kosztowały mało. No i część z nich okazała się dużym rozczarowaniem – szczególnie jeśli chodzi o bardzo dziwne albumy z początku lat 90. – ale znalazłem tam też bardzo eksperymentalną płytę jednego z jego pierwszych projektów – Yellow Magic Orchestra, na której próżno szukać fortepianowych pejzaży. Jedną z bardziej wzruszających płyt jakie znam jest natomiast soundtrack do filmu „Wesołych świąt pułkowniku Lawrence”, którego autorem jest również Sakamoto – piękna, syntezatorowa „osiemdziesiona”, wybitnie syntetyczna i plastikowa, a jednocześnie bardzo poruszająca i pięknie napisana. Można by rzec, że wiadomo od kogo wiele lat później ściągali Chromatics. W filmie tym grają David Bowie i sam Sakamoto w roli kapitana Yonoi. Obejrzałem go po raz pierwszy podczas pewnej bezsennej nocy w Kyoto i zrobił na mnie ogromne wrażenie. A jeśli już jesteśmy przy robieniu wrażenia, to najnowsza płyta Japończyka pod tytułem „async”, również je zrobiła. Jest to dosyć posępny i „twinpeaksowy” album potwierdzający różnorodność i niepokorność tego kompozytora.

Wojciech Golczewski

Kompozytor filmowy wywodzący się z przekraczającej wszelkie państwowe granice demosceny lat 90. Z początku tworzył soundtracki do gier komputerowych, by po jakimś czasie zająć się ścieżkami dźwiękowymi do – głównie niskobudżetowych – produkcji science-fiction i horrorów. W zeszłym roku wydał swój autorski debiut – album „Reality Check”.

 

Z muzyką Sakamoto po raz pierwszy zetknąłem się jeszcze jako dzieciak kiedy to – jak zawsze w sobotę – nana pozwoliła mi obejrzeć wieczorny film, często western lub wojenny. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem „Wesołych świąt pułkowniku Lawrence” i do dziś pamiętam, że duże wrażenie zrobiła na mnie przepiękna, liryczna muzyka. Miałem może z 9-10 lat także ostatnią rzeczą jaka mnie wtedy interesowała było imię i nazwisko kompozytora. I tak wciąż nieświadomy jego personaliów, po paru latach obejrzałem „Małego Buddę” i wtedy zadałem już sobie trochę trudu i sprawdziłem kto był odpowiedzialny za muzykę. Od tamtego czasu Ryūichi Sakamoto stał się częstym gościem w moim odtwarzaczu CD. „Ostatni cesarz” pogłębił jeszcze moją fascynację jego stylem – tym jak doskonale operował emocjami i nie starał się nachalnie pompować swoich kompozycji. I dziś, kiedy sam zajmuję się muzyką filmową jeszcze bardziej doceniam to w jak mistrzowski sposób potrafi on nadać obrazowi dodatkowej treści bez pretensjonalnych i wydmuchanych zabiegów. Z pewnością ten sposób ilustrowania obrazu jest mi bardzo bliski i bez wątpienia Sakamoto odcisnął na mnie, może nie ogromny, ale na pewno niemały ślad. Sam staram się korzystać raczej z minimalistycznych i surowych środków i z pewnością dokonania Japończyka są tutaj ważną inspiracją. Ciekawym zbiegiem okoliczności jest też to, że ostatni film nad którym pracę właśnie skończyłem, praktycznie cały był wstępnie montowany pod ścieżkę ze „Zjawy”. Na szczęście producenci dali mi pełną swobodę i nie kazali „kopiować” tej muzyki, ale to pokazuje jak duże piętno odcisnął na muzyce filmowej Sakamoto. Swoją drogą muzyka do „Zjawy” to dla mnie taki mały peak jeśli chodzi o minimalistyczną stronę jego filmowej twórczości. Wszystkie te surowe, oszczędne w środkach formy doskonale „ogląda się” wspólnie z obrazem. Trudno mi sobie wyobrazić ten film z inną muzyką i jeśli rzeczywiście zasługuje on na miano wybitnego – choć z tym akurat bym polemizował – to bez wątpienia muzyka jest dla mnie jego najistotniejszą częścią składową, która skłaniałaby do potrzymania tej tezy. A kiedy dodamy jeszcze do tego jego rewelacyjne solowe projekty – z doskonałym najnowszym albumem „async” – to okazuje się, że Sakamoto jest jedną z moich największych inspiracji; zaraz obok ukochanego Phillipa Glassa. I strasznie się cieszę, że Milan Records wypuściło ostatnio kilka jego albumów w doskonałych winylowych wydaniach.

Piotr „ptr1” Dąbrowski

Płocki DJ, producent i promotor odpowiedzialny ostatnimi czasy za cykl koncertów i audycję radiową „Sygnał/Szum”. Jego fascynacja sprzętem i techniką w połączeniu z lubością jaką dąży głębokie, dubowe brzmienia realizuje się od lat na płytach i kompilacjach wydawanych przez takie labele jak Concrete Cut czy Apparition. Współtworzy duet Echolette.

 

Muzyką Sakamoto nie zainteresowałem się ze względu na jego twórczość filmową, choć oczywiście takie tematy jak choćby ten z „Wesołych świąt pułkowniku Lawrence” były mi znane ze słyszenia, ale nie z powodu osoby ich kompozytora. Mocniej jego nagrania przemówiły do mnie dopiero po tym jak usłyszałem jego kolaboracje z Christianem Fenneszem i Alva Noto. Wtedy, nadrabiając lata funkcjonowania w błogiej ignorancji, zacząłem zgłębiać jego solowe dokonania, sięgając również po projekty takie jak Yellow Magic Orchestra, i słuchałem tego – nie ukrywam – raczej z zaciekawieniem i uśmiechem, niż fascynacją. Do dziś jednak takie „Cendre” jest płytą do której wracam w regularnych odstępach czasu, od dobrych paru lat. Wszystkie nagrania zrealizowane z Fenneszem i Alva Noto mają bowiem coś wspólnego z tą neoklasyczno-ambientową – wyeksploatowaną już do granic banału – estetyką, ale nawet gdy Sakamoto sprowadza w nich niekiedy elektronikę do roli tła, nie stanowi ona elementu pomijanego, ale wciąż esencjonalną wartość kompozycji. To – oczywiście – także zasługa artystycznego charakteru Christiana Fennesza i Carstena Nicolai, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to Japończyk świadomie ograniczając pewne elementy kompozycyjne i stosując zdrowy minimalizm, przyczynił się w głównej mierze do takiego efektu finalnego. Nie zapominajmy bowiem, że on sam jest współtwórcą warstwy elektronicznej tej muzyki, a nie tylko gościem, który gra na – przykładowo – fortepianie do laptopowego ambientu, jakich to „twórców” pełno dziś na bandcampie. Ryūichi Sakamoto poszukuje, i chyba jak każdy poszukiwacz czasami eksploruje miejsca, w których zatrzymuje się zafascynowany, ale nie do końca wie jakiemu celowi ta fascynacja ma finalnie służyć. To naturalne i trudno czynić z tego zarzut. Raczej należy się cieszyć, że wciąż szuka – mimo tych wszystkich kontraktów na muzykę do hollywoodzkich produkcji i innych artystycznych możliwości, które niejednego skłoniłyby do przysiądnięcia na laurach i odcinania kuponów. Jego najnowszy album „async” jest tego najlepszym dowodem. Gości w moich słuchawkach od stosunkowo niedawna, ale już wiem, że zostanie na dłużej.

Dominik Strycharski

Kompozytor, flecista prosty, wokalista, improwizator, performer i publicysta. Współzałożyciel bądź współtwórca takich projektów jak Pulsarus, BandFX czy Progrram, autor muzyki do ponad 80 spektakli teatralnych, eksperymentator pracujący z ludzkim głosem, adapterem wykorzystywanym jako instrument muzyczny i formą dziennika dźwiękowego. Solo występuje pod aliasem Doministry.

 

Z twórczością Sakamoto spotkałem się dawno temu za sprawą albumów, które nagrywał we współpracy z Alva Noto. Kilkanaście lat temu ta muzyka zrobiła na mnie wrażenie świadomym łączeniem ultra melancholijnej linii melodycznej z dość inteligentną, glitchową elektroniką. I choć estetyka tych nagrań wydawać się dziś może mało odważna, to zestawienie tych dwóch przestrzeni jest dla mnie wciąż bardzo atrakcyjne i w jakiś sposób uspokajające. To taki abstrakcyjny, a zarazem emocjonalny soundtrack; ładnie wycięty i łaszący się do stóp. I jest w tej muzyce również coś perfekcyjnego. A lata później okazało się że Sakamoto w tym właśnie duecie, razem jeszcze z Brycem Dessnerem stworzyli soundtrack do „Zjawy”. To organiczna muzyka filmowa na którą zwróciłem uwagę od pierwszej nuty; bardzo podoba mi się w niej elektroniczna edycja i transformacja smyczkowych partii. Jest też bardzo ciekawa barwowo, i znowu w jakiś sposób perfekcyjna, choć też bardzo emocjonalna.

Karolina Rec

Wiolonczelistka i kompozytorka wielu osobom znana lepiej jako Resina. Przez lata swojej bytności na scenie współpracowała min. ze Scottem McCloudem, Paulem Brody’m, Piotrem Kurkiem czy zespołem Ścianka. Jej debiutancki solowy album ukazał się w zeszłym roku nakładem renomowanej brytyjskiej wytwórni 130701.

 

Nie będę ukrywać, że nie jestem wybitnym znawcą twórczości Sakamoto, więc lepiej jeśli powstrzymam się od truizmów na temat tego jak to znakomicie pożenił tradycję muzyki wschodu i zachodu, i od razu przejdę do sedna – czyli do kompozycji, która znalazła się w moim niewielkim zestawie utworów, do których regularnie wracam. W rzeczonym zbiorze noszącym nazwę „laboratorium” lądują utwory, które rozgryzam na każdym możliwym poziomie i zastanawiam się dlaczego są one dla mnie tak bardzo „trafne”. A chodzi mi w tym wypadku o temat napisany do filmu „Zjawa”.

Z ponad 2,5 godzinnego filmu – którego ścieżkę dźwiękową współtworzyli Alva Noto i Bryce Dessner – zapamiętałam najmocniej temat oparty o pauzy i szczątkową melodię, który nie pojawia się nawet w napisach końcowych! Pomijając sympatie i antypatie, którymi ludzie darzą sam film – w telegraficznym skrócie składają się na niego takie elementy – samotny bohater, niewiele dialogów (+ doskonałe odgłosy przyrody) i szerokokątny obiektyw nasilający wrażenie dominacji natury i osamotnienia. Napisanie ładnej melodii pewnie od początku nie wchodziło tu w grę, ale wykorzystania minimalizmu melodycznego (a jest to tzw. main theme) z dodatkiem pauz i ambientu o takiej sile oddziaływania nie przypominam sobie w żadnym innym, wysokobudżetowym filmie. I mam dojmujące wrażenie, że to nie z powodu wiejących chłodem kadrów poczułam autentyczne przygnębienie historią bohatera. Ten matowy ale przeszywający temat, który zawiesza się i wraca – jakby poza czasem i naszym oczekiwaniem – skutecznie chwyta za jednym razem i niepewność, i przerażającą pustkę i… tło dźwiękowe. Bardzo ważne w tym przypadku jest też świetne wykonanie – złapanie intencji twórcy w dynamice i mocnym (ale nie efekciarskim) ataku smyczków. Jest to wręcz genialna lekcja minimalizmu najwyższej próby – dowód na to, że nie w liczbie pomysłów i środków, ale w jakości i sensie zestawienia dźwięków i barw, drzemie prawdziwa siła oddziaływania.

Paweł „Naphta” Klimczak

Wrocławski DJ i producent elektroniczny, dziennikarz muzyczny i promotor, absolwent Red Bull Music Academy i wykładowca szkoły muzycznej TONY. Jego nagrania ukazywały się nakładem takich wytwórni jak Transatlantyk, Studio Barnhus czy Father and Son Records and Tapes. Od niedawana współtworzy też ambientowe trio Braki.

 

Pierwszy – nieświadomy jeszcze – kontakt z muzyką Sakamoto miałem przy okazji soundtracku do kinowego anime „Appleseed”. I choć z perspektywy czasu słyszę ile na nim kiepskiej muzyki, to wówczas cała ta ścieżka dźwiękowa nieźle mi namieszała w głowie. Było to coś zupełnie innego, a w tamtych latach soundtracki z anime bardzo często otwierały mi uszy na różne stylistyki. Noise’owa, industrialna jechaneczka w „Coro,” na tle reszty utworów wyróżnia się zresztą do dzisiaj. A kiedy poznałem Sakamoto ponownie – już jako dorosły człowiek – byłem zaskoczony, że ta brudna młócka wyszła spod jego palców. Ale to tylko dowód na to jak bardzo wszechstronnym jest on twórcą, i szkoda tylko, że tak rzadko pracował przy anime. Jego bardziej marzycielskie utwory idealnie pasowałyby do filmów Studia Ghibli, a co bardziej elektroniczne wycieczki stanowiłyby świetne tło dla jakiegoś dramatycznego anime spod znaku mecha.

Maciej Panek

Płocki producent, DJ i muzyk eksperymentalny znany lepiej pod aliasami MCQ, Botanica czy jeszcze jednym tajnym i skrywanym przed publicznością. Współtworzył dubstepowy duet Kaosbreed, wspólnie z Robertem Skrzyńskim wydaje jako Ixora, a przez lata swojej bytności na scenie nagrywał i pl-funkowe, parkietowe szlagiery, i grime’owe bity dla raperów, i new-age’owe, ambientowe mantry.

 

Nigdy nie byłem jakimś ultrasem i zbieraczem wszystkich płyt tego pana, ale z całą pewnością mieści się on w kręgu lubianych przeze mnie kompozytorów. W kwestii jego muzyki filmowej najbardziej pamiętam ścieżkę dźwiękową z „Pod osłoną nieba”, ponieważ Paul Bowles jest mi bardzo bliski jako pisarz, podróżnik i kompozytor ale też pionier nagrań terenowych z północnej Afryki. A Sakamoto dzięki motywowi przewodniemu z tego filmu pojawił się również na nieśmiertelnym klasyku polskiego rapu, jako sampel w podkładzie do „Mgły” Zipery z albumu „O.N.F.R.”.

Michał Jacaszek

Kompozytor i producent muzyki elektro-akustycznej o zupełnie indywidualnym, rozpoznawalnym na pierwszy rzut ucha, autorskim sznycie. Autor takich albumów jak „Treny”, „Pieśni” czy – tegoroczne – „Kwiaty”, a także wielu realizacji teatralnych. Współpracował z takimi artystami jak Barbara Morgenstern, zespół Kwartludium czy Stefan Wesołowski. Wydawał w takich labelach jak Gusstaff, Miasmah czy Touch.

 

Twórczość Ryūichiego Sakamoto najkrócej określiłbym jako ambitną muzykę relaksacyjną. Przyznam, że umiarkowanie cenię tego artystę, raczej traktuję jego muzykę jako przyjemne, odprężające tło. Refleksyjne fortepianowe akordy i dyskretna, nieinwazyjna elektronika ocierają się bowiem czasami o banał. Na nowym albumie „async” ten relaksacyjno-filmowy klimat przełamują jednak niepokojące elektroakustyczne akcenty, które – na szczęście – dodają tej płycie trochę „pazura”. Znacznie bardziej niż jego solową twórczość lubię kooperacje Sakamoto z Christianem Fenneszem i Carstenem Nikolai. Na albumach „Cendre” czy „Vrioon” sielankowe pejzaże kontruje szorstkość gitarowych tekstur czy rytmiczne glitche Alva Noto. Te zderzenia równoważną niuejdżową stylistykę Japończyka.

Qba Janicki

Muzyk, kompozytor i producent związany z bydgoską sceną improwizowaną, promotor i booker odpowiedzialny w ogromnym stopniu za warszawską filię kultowego klubu Mózg. Współtworzył zespoły POPO i Tape, gra na bębnach w kwintecie Wojtka Mazolewskiego, a także wyprodukował ostatnią płytę Vienia.

 

Sakamoto usłyszałem po raz pierwszy w duecie z Alva Noto, jakieś 7 lat temu. Obydwu panów nie kojarzyłem wówczas zupełnie, a na ich nagrania trafiłem podążając tropem powiązań gatunkowo-stylistycznych na jednej z platform służących do kupowania muzyki online. Kupiłem wtedy płytę „Summvs” i przesłuchałem kilka razy pod rząd, a następnie przestudiowałem kilka innych albumów, których mnogość można znaleźć na YouTubie. I nie wszystkie mi się podobały, znajdowałem je niejednokrotnie zbyt cukierkowatymi… Z racji tego, iż nigdy nie byłem i nie będę słuchaczem o charakterze encyklopedycznym, nie będę teraz odwoływał się po kolei do wszystkich albumów, projektów i kolaboracji zrealizowanych przez tego genialnego artystę, gdyż ich najzwyczajniej nie pamiętam. Wiem natomiast, iż poznanie twórczości tego artysty bardzo ugruntowało we mnie zamiłowanie do pełnej spokoju, minimalistycznej, japońskiej estetyki, w której najdrobniejszy detal stanowi nieodłączny element skrupulatnie przemyślanej całości. Kwintesencję tego co kocham w jego muzyce można usłyszeć i zobaczyć podczas koncertu Alva Noto i Ryūichi Sakamoto z Ensemble Modern, który stanowi dla mnie absolutnie olśniewający przykład współczesnego synkretyzmu sztuk dźwiękowych i wizualnych.

 

W jego twórczości natomiast najbardziej fascynuje mnie podejście do czasu. Znajduje się aktualnie w takim dziwnym momencie swego życia, w którym imponuje mi spokój i stoickość. Trafność z jaką Sakamoto traktuje dźwięki, jak rozmieszcza je w czasie, panoramie i przestrzeni jest dla mnie pełna tych cech. Wszystko znajduje swoje wybrzmienie. Słuchając jego muzyki – co robię też w tej chwili – osiągam stan głębokiej koncentracji i pewności siebie. Pozwala mi ona także spojrzeć na sprawy życia codziennego z innej strony. W pewien sposób zmienia funkcjonowanie mojej głowy, na bardziej przewietrzone, otwarte. Jest przekazem autentycznej, szczerej i dojrzałej emocji, którą mogę zinterpretować w dowolny sposób i przekuć w wartość dla siebie. A na tym przecież polega sztuka. Drugą rzeczą, która przykuwa mój słuch do twórczości Japończyka jest pewna wibracja całego materiału – harmonie, które przelewają się między sobą w mikroskopijnych odstępach, balansując między burdonową tonalnością, a rozchwianymi alikwotami różnorodnie brzmiących rejestrów. Uwielbiam ten masaż mózgu. Trzecią kwestią jest natomiast minimalistyczne podejście do rytmu, charakterystyczne dla japońskiej muzyki nowoczesnej, zarówno elektronicznej jak i akustycznej – krótkie dźwięki preparowanego fortepianu, elektronicznej szumy, kliki, trzaski, piski i sinusoidalne basy. Właśnie te cechy przyciągają głównie moją uwagę, choć wiem, że należałoby również zwrócić się w stronę innych, bardziej oczywistych dla mnie momentów – kiedy to Sakamoto świetnie odnajduje się w charakterystycznej dla siebie orientalno-jazzowej pracy fortepianowej, czy gdy tworzy przepięknie kiczowate synth-popowe przeboje tak perfekcyjnie balansujące na granicy awangardy i kompletnej porażki, że czasem aż wstyd się przyznać… tylko nie wiadomo do czego. I choć to również część jego twórczości, to mi najbliższe są jego dokonania zarejestrowane na takich albumach „Out of Noise” , „async”, „Plankton” czy wspomniane wcześniej przedsięwzięcia z Alva Noto. I tak, podoba mi się bardzo przewidywalny soundtrack ze „Zjawy”.

Stefan Wesołowski

Kompozytor i skrzypek, który szerszej publiczności dał się poznać jako współpracownik Jacaszka na płycie „Treny”. W swojej solowej twórczości – albumach „Kompleta”, „Liebestod” i – tegorocznym – „Rite of the End” – eksploruje pogranicza muzyki sakralnej i świeckiej, klasycznej i współczesnej, teatralnej i… klubowej.

 

Imię i nazwisko Ryūichiego Sakamoto odnotowałem przy okazji jego współpracy z Alva Noto na płycie „Vrioon” z 2002 roku, chociaż nieświadomie miałem z jego muzyką do czynienia już wcześniej, kiedy oglądałem „Ostatniego cesarza” Bertolucciego, „Wysokie obcasy” Almodóvara czy „Wichrowe wzgórza” Kosminsky’ego. No, ale to odkryłem już później. Z jego twórczością jest ciekawa sprawa, bo nigdy nie czułem z nią jakiejś silnej więzi i estetycznej wspólnoty – była dla mnie zawsze jakimś lekko zinfantylizowanym linkiem pomiędzy francuskim impresjonizmem spod znaku Ravela czy Debussy’ego a minimalizmem Arvo Parta, takim łatwo przyswajalny miksem „Pavane pour une Infante défunte” z „Für Alina”- ale któregoś razu, już jako dorosły człowiek, obejrzałem „Spirited Away” Miyazakiego i odkryłem dzieła Studia Ghibli. To było ogromne przeżycie, ponieważ od dzieciństwa nie widziałem żadnej baśni, która tak mocno i intensywnie podziałałby na moją wyobraźnię i wciągnęła w swój świat. Zrozumiałem wtedy ten niedookreślony mechanizm powodujący, że niektóre filmy obejrzane za dzieciaka zostawiają jakiś trwały ślad na naszej wrażliwości i wyobraźni. Ale dlaczego miało to wpływ na mój odbiór twórczości Sakamoto, skoro to nie on napisał muzykę do tego filmu? Dzięki temu seansowi odkryłem bowiem inność japońskiej estetyki, uświadomiłem sobie, że szukanie europejskich skojarzeń jest bez sensu i pozbawia tę muzykę własnej tożsamości. Od tamtej pory ilekroć słyszę nagrania Sakamoto, odczuwam miłe ciepło skojarzenia z piękną i nie do końca zrozumiałą dla mnie kulturą.