Electronic Beats Poland

RECENZJA: Luke Cage jest cool

Published on October 28, 2016 10:15 Berlin Time

To, że Luke Cage jest świetnym superbohaterem było oczywiste. Jest bardziej napakowaną wersją Shafta, a jego mocą niezniszczalność. Oczywiście ta “umiejętność” od początku powodowała, że trudno było sobie wyobrazić, kto stanie naprzeciwko Cage’a i faktycznie sprawi mu kłopoty. Po obejrzeniu pierwszych siedmiu odcinków „Luke’a” wiemy, że wszystko w serialu się zgadza i mamy na rękach kolejny wspaniały Marvelowski projekt.

https://youtu.be/Ymw5uvViqPU

Cage’a po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć w zeszłorocznej „Jessice Jones”. Mike Coltera z miejsca zapadł nam w pamięć i Luke stał się jedną z ulubionych postaci w telewizyjnym uniwersum Marvela. Cage w jego wykonaniu jest charyzmatyczny i twardy, ale też przepełniony bólem i niepewny co do swoich decyzji. Zresztą ciężko jest ekscytująco zagrać postać, którą strzał shotgunem prosto w głowę jedynie ogłusza.
Pozostali aktorzy w nowym serialu Netflixa również trzymają poziom. Cieszy widok kilku dobrych znajomych z „The Wire”, wśród których prym wiedzie Frankie Faison w roli byłego gangstera, który teraz stara się pomóc młodym chłopakom kuszonym przez gangi. Podobnie jak w wypadku innych komiksowych projektów Netflixa, najbardziej jaramy się postacią głównego złoczyńcy. Vincent D’Onofrio jako Kingpin wychodzi poza jakiekolwiek skale oceny, Kilgrave Davida Tennanta wyniósł Jessicę Jones ze średniego serialu do tworu wyjątkowego. Mahershala Ali (który możecie kojarzyć w „House of Cards”) w roli Cottonmoutha podtrzymuje dobrą formę internetowej telewizji. Cornell „Cottonmouth” Stokes przeraża w momentach wybuchów pełnych agresji i przemocy, ale to sceny gdy miesza chłodną kalkulację i głęboki śmiech powodują, że postać nabiera głębi stając się przeciwnikiem wartym respektu. Partnerką Stokesa jest jego kuzynka grana przez Alfre Woodard. Mariah Stokes to lokalna pani polityk budująca swoją karierę na wsparciu tych, których normalni politycy olewają – najbiedniejszych mieszkańców jej dzielnicy – Harlema.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube's privacy policy.
Learn more

Load video

Sam Harlem zresztą jest  jedną z głównych gwiazd serialu. Tak jak w „Daredevilu” nigdy nie było w stanie zakochać się w Hell’s Kitchen, tak stworzony klimat Harlemu po prostu nas zachwycił.
Cały serial czerpie ze swoich korzeni. Gdy w 1972 Cage zadebiutował, ameryka była momencie największego hype’u na blaxploitation. Dzisiaj na ten gatunek patrzymy raczej ze zdziwieniem, jeśli nie jesteśmy jego fanami. Dlatego fakt, że Cage rezygnuje z bardziej slapstickowej komedii działa na korzyść. Zamiast tego, w każdym odcinku dostajemy sporo odniesień do współczesnej kultury, które ułatwią oglądanie serialu tym, których normalnie kino o super-bohaterach by nudziło. Zresztą, nawet jeśli nie zakochacie się w historii, czy postaciach, to brak pozytywnej reakcji na ścieżkę dźwiękowa będzie już dziwny. Żaden serial, ani film ze świata Marvela nie miał choćby w połowie tak dobrej oprawy muzycznej. Charles Bradley czy Raphael Saadiq pojawiają się w serialu w wersji na żywo, a dodatkowo możemy usłyszeć legendarne tracki artystów od Wu-Tanga, po Ninę Simone.
Jedyne czego możemy żałować, to że mogliśmy zobaczyć jedynie 7 odcinków „Luke’a Cage’a”, ale czekamy już na dzień premiery i uzupełnimy braki.