Rapowy Dublet: Playboi Carti i Ski Mask | Electronic Beats Poland

Rapowy Dublet: Playboi Carti i Ski Mask

Ludzie mówiący o zmęczeniu trapem są jak ludzie mówiący o zmęczeniu filmami Marvela – tak, jest tego dużo, ale na końcu i tak są dwa miliardy dolków zarobione w box office. Zamiast patrzeć na trap jak na obcego przybysza na harmonijną planetę hip-hopu, spójrzmy na to, jak na kolejną nogę rapu. Cykające hihaty i mocne uderzenia 808 nigdzie nie odejdą – przynajmniej przez kilka najbliższych lat, o ile w ogóle – są kolejnymi środkami stylistycznymi. I o ile bity nie są aż taką kontrowersją (chociaż mówienie, że każdy polski kawałek na trapowym bicie jest “kalką z Ameryki” jest … niemądre, delikatnie mówiąc), tak problemem są chwytający za mikrofon. Nie ma łatwiejszego celu niż mumble raperzy. Co więcej, nie robią nic, żeby to zmienić, często podbijając bębenek wypowiedziami umniejszającymi nietykalnym posągom hip-hopu lat 90-tych. Nowe pokolenie nie szuka legitymizacji sztuki rymotwórczej, szuka bangerów. I nowe płyty Playboi Cartiego i Ski Mask the Slump Goda, choć różne od siebie zarówno poziomem nawijki, jak i stylistyką, te bangery dostarczają.

Zacznijmy od Cartiego. “Die Lit” jest następcą świetnie przyjętego mixtape’u “Playboi Carti”, na którym dominował jeden hit – “Magnolia”. Sama taśma jest w porządku, o ile nie jest się kimś, komu przeszkadza kompletna pustka w muzyce. Playboi Carti nie jest wielodaniowym wizytą w szacownej restauracji, o nie. To kąpanie się w wannie z szampanem, jednocześnie wrzucając w siebie watę cukrową i żelki. I jako muzyka stricte rozrywkowa to po prostu działa, głównie dzięki euforycznym i kolorowym bitom. “Die Lit” kompletnie nie rozwija tej formuły, wychodząc z założenia, że jeśli coś trybi, nie ma po co tego zmieniać. Czy mam z tym problem? Nie za bardzo, chociaż na etapie drugiego lub trzeciego albumu (“Die Lit” to pełnoprawny debiut rapera), który będzie brzmiał tak samo, po prostu sobie odpuszczę. Raczej nie mam złudzeń, że Carti rozwinie się jako raper – to produkt o ograniczonej dacie przydatności, specyficzne cukierki, które zjesz parę razy, wiedząc, że już niedługo się zepsują. Carti, podobnie jak np. Lil Pump, to błysk na niebie, gwiazda, która będzie się wznosić 2-3 lata, by popaść w zapomnienie. Tego typu postacie mają szansę wyłącznie jeśli zbudują sobie lojalny fanbase, co oczywiście nie jest wykluczone. Ale biorąc pod uwagę fakt, że wystarczyło usunąć XXXTentacion z playlist markowanych przez Spotify, by jego streamy spadły o 17%, widać, że taki fanbase jest mało stabilny i raczej ruszy w stronę kolejnego głośnego artysty lub artystki. Lub dorośnie.

Siłą “Die Lit” są bity, za które w większości odpowiada Pi’erre Bourne (chociaż mój ulubiony numer na płycie, “Shoota”, wyprodukował Maaly Raw). Ćwiczenia w barwnym minimalizmie wkręcają się w uszy, czemu służą wręcz prostackie struktury utworów – około 2 minut wystarczy, by walnąć pseudozwrotkę i pseudohook i przejść do kolejnego bangera, zostawiając uczucie niedosytu i chęci powrotu. To bardzo sprytna formuła, wynikająca pewnie w równym stopniu z wyrachowania, co braku treści do przekazania. Od razu powiem – słuchając Cartiego nie czuję się mądry, wprost przeciwnie. Ale w odróżnieniu od np. Migos, którzy próbując oszukać system streamingowy topiąc swoje hity w morzu przeciętnych i kiepskich numerów, na “Die Lit” panuje lakoniczny konkret. To nie “Gra O Tron”, a “Ocean’s Eleven” – szybka wbita po hajs i nara. Nie mam pojęcia o czym nawija Carti przez połowę swojej obecności na majku (chociaż domyślam się po nadprodukcji słowa “bitch”) i jest mi z tym dobrze.

Przy “Beware The Book Of Eli” Ski Mask The Slump God działa podobna zasada, chociaż mamy tu do czynienia z artystą oryginalnym, obdarzonym przynajmniej jakimś talentem wokalnym. Biorąc pod uwagę charyzmę, opętańczy styl i teksty rapera, posunę się do stwierdzenia, że artysta z Florydy jest Ol’ DIrty Bastardem młodego pokolenia. Jego zeszłoroczny mixtape “YouWillRegret” był powiewem świeżości. Ski Mask jest mroczny, ale w przeciwieństwie do swojego przyjaciela XXXTentacion, nie ma w sobie pretensjonalności na poziomie nastolatka, który nagle odkrył zespół KoRn. Raper nie stroni od specyficznego humoru, lubi bawić się słowem i sięga po nieoczywiste porównania. Który raper utopi ziomków w “rzece zagubionych dusz”? Ski Mask. “In my life I fucked a couple witches, think I’m a wizard / Hot as desert critters, or cookin’ gizzard / Lick her like a lizard, that how I litter” – nawija w “Coolest Monkey In The Jungle” (pozdro H&M). Owszem, tematyka znajoma, ale sposób jej podania jest bliższy kreskówce z Adult Swim, aniżeli niezrozumiałym pojękiwaniom np. Cartiego. Flow Ski Maska jest frenetyczne i nieobliczalne, czasem wyprowadza go za bit, ale za poduszkę bezpieczeństwa służy tu charyzma i przerażający głos rapera.

Na liście producentów “Beware The Book Of Eli” dominuje Natra Average, ale znajdziemy tu także Timbalanda (!). Nie są to może bardzo odkrywcze bity, ale doskonale pasują do mroczno-kreskówkowej persony rapera. Mixtape ma ponad 20 minut – Ski Maskowi wystarczą dwie minuty, by powiedzieć, co ma do powiedzenia. I nawet jeśli to niewiele, to absolutnie wystarczy. Kto wie, czy po 40 minucie czar by nie prysł – chociaż w przeciwieństwie do Cartiego u Ski Maska słychać potencjał, a bliskość Timbalanda, czy np. Busta Rhymesa, wróży mu lepszą i dłuższą drogę w branży.

Trapem się można zmęczyć, ale wystarczy spojrzeć na ilości wyświetleń na YouTube, by poczuć, że jest się odosobnionym. Tego nie da się pokonać, trzeba się przyłączyć, rozumiejąc, jaka jest funkcja i miejsce tej muzyki. Zarówno Playboi Carti, jak i Ski Mask The Slump God to miejsce wypełniają ze swadą i przyjemnością. Pierwszemu życzę rozwoju, drugiemu dalszego spełniania niesamowitego potencjału. A trueschoolowym raperom i ludziom od zawodowego narzekania na stan współczesnej muzyki więcej kontaktu z rzeczywistością. Dopiero wtedy można się nią cieszyć w pełni.