Rapowy blockbuster - "The Score" Fugees - Electronic Beats Poland

Rapowy blockbuster – „The Score” Fugees

Eksplorujemy klasyczny album

Words by Paweł Klimczak

Projekty muzyczne, które zjawiają się na moment, by błysnąć i zniknąć, to interesująca kategoria. Jedna czy dwie klasyczne płyty to tylko krótki wyimek burzliwych dziejów, albo zapis splotu interesujących okoliczności, które już nigdy więcej się nie powtórzyły. Czasami dziedzictwo żyje dalej, czasami jest rozmienione na drobne, ale zdarza się i tak, że na szczątkach projektu budują się nowe kariery. Fugees, amerykańska grupa rapowa, która w połowie lat dziewięćdziesiątych zdobyła szczyty list przebojów, to przypadek wyjątkowy. W lutym obchodzić będziemy kolejną, 23. rocznicę wydania ich hitowego albumu “The Score”, warto się przyjrzeć zarówno triu, jak i płycie, która w wielu aspektach jest najlepszym dokumentem trendów swojej dekady.

Przed wydaniem “The Score” Fugees byli kolejną grupą szukającą sukcesu pośród burzliwych początków komercyjnego boomu na hip-hop. “Blunted on Reality”, debiut Fugees z 1994, został wydany w roku, kiedy światło dzienne ujrzały “Illmatic” Nasa, “Tical” Method Mana, czy “The Sun Rises In The East” Jeru the Damaja. Nic dziwnego, że przeszedł właściwie bez echa. Nie jest to zły album, ale w kontekście swojej epoki to po prostu kolejna porządna, choć nierówna pozycja pośród tytanicznych osiągnięć gatunku. “Blunted on Reality” pokazywało potencjał trzech różnych osobowości, potencjał o zdecydowanie komercyjnym charakterze. Ale wytwórnia Ruffhouse (Columbia Records) chciała się ich pozbyć – żaden z singli z debiutu nie odniósł wielkiego sukcesu, a album zebrał mieszane recenzje. Fugees uratował remiks “Nappy Heads”, stworzony przez Salaama Remiego, który zaczął się cieszyć względnym powodzeniem. Columbia była gotowa dać grupie drugą szansę. Jak się okazało, była to świetna decyzja.

Wspominałem już o osobowościowym potencjale grupy i to właśnie on był podstawą sukcesu. Tak naprawdę żadne z nich nie było wybitnie biegłe w sztuce rapowania, ale każde z nich wnosiło coś unikalnego. Lauryn Hill miała głos, charyzmę i prezencję prawdziwej gwiazdy. Wyclef Jean miał muzykalność, w którą wplatał swoje karaibskie korzenie. Pras… Miał zmysł do biznesu? Przynajmniej tak twierdzą jego znajomi. Drugi album Fugees, w przeciwieństwie do debiutu, był pod dużo większą kreatywną kontrolą grupy. Booga Basement, małe studio w New Jersey, w którym nagrano “The Score”, przyciągało najróżniejsze osobowości – od Johna Forte po Akona. Tego kreatywnego ducha czuć na płycie, ale to tylko jedna strona medalu. Druga to jawnie popowy potencjał Fugees, który został z rozmysłem zrealizowany. Podstawą największych hitów z albumu są soulowe hooki, przerobione na filmowo groźne partie. “Ready Or Not” bierze wokalny motyw od The Delfonics i konfrontuje go z podwodnym, niepokojącym samplem z Enyi. “Killing Me Softly” bazuje na przeboju Roberty Flack, ale soulfulowy refren to punkt wyjścia dla Lauryn Hill, która w całym utworze kreuje atmosferę chwytającej za serce melancholii. “Fu-Gee-La” bierze lukrowany motyw z “Ooh La La La” Teeny Marie i kompletnie wywraca charakter banalnego oryginału na ciemniejszą stronę. “The Score” nie jest szczytowym osiągnięciem alternatywnego rapu, ale jednym z najlepszych (i jednym z pierwszych) przykładów na udany pop-rap. Columbia widziała jasno, że grupa niekoniecznie musi być zamknięta w ryzykownej szufladce “hip-hop” i sypnęła spore pieniądze na teledyski. Najntisowy do bólu klip do “Killing Me Softly” to klasyk, ale to “Ready Or Not” wstrząsnął światem swoim blockbusterowym charakterem. Jeśli irytuje was trend robienia z rapowych klipów mini filmów, podziękujcie Fugees.

Sukces “The Score” ma wiele źródeł. Po pierwsze, przystępną muzykalność, zawartą w rozpalających serca wokalach Lauryn Hill, ale i karaibskich przyśpiewkach Wyclefa. Po drugie, wizerunek i charyzmę grupy, która była niemal magnetyczna, a do tego wsparta machiną promocyjną wytwórni. Po trzecie bity, które nie tylko zostawiały odpowiednio dużo miejsca na soulfulowe wokalizy, ale były także lekko wyczyszczoną wersją ulicznego stylu, z haczykami w postaci klasycznych sampli lub motywów. Ten koktajl wrażliwości soulu/R&B, karaibskich wpływów i ulicznego wożonka miał piorunujący efekt – “The Score” z miejsca stał się komercyjnym hitem, a do dzisiaj okupuje wysokie miejsca na listach wszechczasów. Wracając do tego albumu można wyczuć jego komercyjną podszewkę, która pokazała, jak pojemny i przystępny potrafi być hip-hop i zapowiedziała jego współczesną dominację. Na pewno nie jest to mój ulubiony krążek z tamtych lat – rap jest całkiem ok, ale po wgryzieniu się w teksty, można się niemiło zdziwić ilością pustosłowia – ale trzeba uszanować jego totalność. Całościową wizję, która ujmowała swoim synkretyzmem, wyczuciem i przystępnością. Sam tytuł wskazywał na narracyjno-filmowe ambicje grupy, zresztą Lauryn Hill nazwała go “filmem audio”. Koncept-albumy nie były do końca obce rapowi, ale nigdy nie miały takiego rozmachu.

Dalsze losy grupy są burzliwe, a czasem dość nieprzyjemne. Lauryn Hill nagrała klasyczną solową płytę “The Miseducation Of Lauryn Hill” w 1998 roku, ale następne dekady nie były dla niej zbyt przychylne. Sława stała się dla niej uciążliwa, więc zaczęła chować się jeszcze głębiej. Po drodze trafił jej się romans ze spirytualną sektą, a w 2013 roku trafiła do więzienia na trzy miesiące za unikanie płacenia podatków. Co jakiś czas gra na koncertach i festiwalach (widziałem jej koncert w zeszłym roku w Berlinie i było to porządne, choć odrobinę archaiczne widowisko), ale ciągnie się za nią opinia osoby trudnej we współpracy. Najmniej medialny członek grupy – Pras – poza hitem z Myą i Ol’ Dirty Bastardem (“Ghetto Superstar” jest bez wątpienia fajnym wałeczkiem) nie błysnął muzycznie, za to poszedł w stronę branży filmowej. Wyclef Jean wydaje się mieć najwięcej szczęścia z całej trójki. Ma udaną karierę producenta i solowego artysty, ale trzeba przyznać, że jego dorobek jest raczej mierny artystycznie (poza “Hips Don’t Lie” Shakiry, złego słowa nie powiem na tego sztosa). Ciemną kartą historii Wyclefa jest jego zaangażowanie w charytatywną organizację Yéle Haiti. Po trzęsieniu ziemi, jakie spustoszyło wyspę w 2010 roku, artysta stał na czele zbiórki pieniędzy. Niestety, fundusze wyparowały, a sama organizacja została rozwiązana w atmosferze skandalu – Yéle Haiti wydawało stanowczo za dużo pieniędzy, a największym beneficjentem był… Wyclef Jean. Muzyk próbował również zostać prezydentem Haiti, ale odpadł już na etapie formalności.

“The Score” ze swoimi popularnymi samplami, filmową atmosferą i przemyślaną do bólu produkcją, jest do dzisiaj synonimem hip-hopowego blockbustera. Później, w erze blingu, twórczości Jay’a – Z, czy bliżej naszych czasów na albumach Kanyego Westa i Travisa Scotta, taki rozmach stał się normą. Ale wtedy to była nowość, która wstrząsnęła publicznością, krytyką i samą branżą. Z perspektywy czasu łatwiej dostrzec wyrachowane elementy tego krążka, ale nic nie odbierze mu tych pięknych melodii (nawet jeśli były wzięte od innych), zgrabnych flow i głosu Lauryn Hill, który powinien wrócić na jakiejś pięknej, nowoczesnej soulowej płycie. Na to przynajmniej liczę, zawsze słysząc otwarcie “Killing Me Softly”…