Plastykowe Marakasy | Electronic Beats Poland

Plastykowe Marakasy

W kwietniu Nintendo wypuści Labo – zestaw kartonowych (!) peryferiów do konsoli Switch. Największe emocje budzi oczywiście robot, ale o dziwo sporym zainteresowaniem cieszy się kartonowe pianinko. Gry muzyczne na konsolach (a wcześniej w maszynach arcade w salonach gier) mają bardzo bogatą historię, pełną wzlotów i upadków. W związku z nadchodzącą premierą Labo przyjrzymy się grom muzycznym pod kątem ich szalonych akcesoriów – a uwierzcie, jest na co patrzeć!

Musimy zacząć od drobnej uwagi – Japonia to raj dla tego typu aktywności. Począwszy od salonów gier, skończywszy na każdej platformie od zarania growych dziejów – Kraj Kwitnącej Wiśni oferuje bardzo dużo amatorom i amatorkom rytmu i muzyki. Podczas mojego pobytu w Japonii odwiedziłem kilka salonów arcade i zostałem przeczołgany przez poziom trudności tych gier – a grają w nie wszyscy, od małoletnich uczniów po pracowników biurowych w średnim wieku. Niestety, wiedza o zamierzchłych grach muzycznych (i ich peryferiach) jest dość wybiórcza poza Nipponem, więc w tym tekście skupimy się na popularnych wydawnictwach, które dotarły na Zachód. Pominiemy także te gry, które nie oferują dodatkowych akcesoriów – szczególnie szkoda mi PaRappa The Rapper, do którego mam wielki sentyment. Ale hej – kto wie, może jeszcze wrócimy do tematu bardziej tradycyjnych gier rytmicznych. Teraz czas na plastikowe szaleństwo.

Za matkę nowoczesnych gier muzycznych z akcesoriami uważa się Dance Dance Revolution. Prosta w gruncie rzeczy gra rytmiczna swoje największe triumfy święciła (i święci do dzisiaj) w salonach gier. Charakterystyczna neonowa platforma z barierką to trochę za dużo do mieszkania, ale specjalna mata pozwalała poczuć się (prawie) jak w salonie gier. DDR ma wokół siebie wręcz sportową atmosferę, a mata do tańczenia pozwalała przenieść chociaż jej część do domowego zacisza (które przestawało być ciche – serio, granie w gry ze znajomymi potrafi być głośniejsze niż najmocniejsze domówki). DDR trafiło do salonów gier w 1998 roku, niedługo potem na wiele różnych platform domowych – od PlayStation po GameBoy’a.

Nic tak nie odpręża, jak granie na instrumentach perkusyjnych. Naprzeciw tym potrzebom wychodziła gra Samba de Amigo, wydana w 2000 roku na jedną z najbardziej niedocenianych konsol w historii – Segę Dreamcast. Do gry dołączone były marakasy, którymi machano do latynoskich rytmów. Niestety, zamiast ekstensywnej biblioteki z muzyką z Ameryki Południowej, Samba De Amigo postawiła na hiciory w rodzaju “Samba De Janeiro” czy “La Bamba”. Nie można mieć wszystkiego – założę się, że machanie marakasami i tak było cudowne. W 2008 roku gra zawitała na Nintendo Wii – niestety, zamiast plastikowych marakasów korzystała ze standardowych kontrolerów konsoli.

Jeśli jesteśmy w temacie instrumentów perkusyjnych, to nie możemy zapomnieć o Donkey Konga na Nintendo GameCube, która ukazała się w 2003 roku w Japonii i prawie rok później w reszcie świata. Grze towarzyszyły DK Bongos – unikalny kontroler emulujący bongosy. Donkey i Diddy Kong (a wraz z nimi gracze) uczą się grać na magicznym instrumencie, wystukując np. “We Will Rock You”, “Wild Thing”, a nawet “Marsz turecki”  Mozarta. Oczywiście wersja japońska miała zupełnie inny zestaw utworów, wśród których można było znaleźć np. tematy z anime. Gra stworzona przez Namco zebrała raczej pozytywne recenzje, a DK Bongos przejdą do historii jako jeden z najciekawszych kontrolerów w dziejach.

Ekipa stojąca za Donkey Konga nie próżnowała – na PlayStation 2 w 2004 roku ukazał się tytuł korzystający z małego bębna i pałeczek: Taiko: Drum Master. Taiko to japońskie określenie na praktycznie każdy bębenek, ale poza Japonią określa to bardzo specyficzną, tradycyjną grupę instrumentów nazywanych wadaiko. Właśnie do nich nawiązywał kształt kontrolera. Taiko: Drum Master nie było grą łatwą, ale miało dużą bazę utworów. Wśród nich m.in. temat z Dragon Ball Z, “Toxic” Britney Spears, “Material Girl” Madonny, czy kilka utworów z muzyki klasycznej (z jakiegoś powodu Japończycy bardzo lubią muzykę klasyczną).

Plastikowa rewolucja była dopiero przed nami. Harmonix, firma odpowiedzialna m.in. za gry muzyczne Frequency i Amplitude, oraz Karaoke Revolution (do której dołączano mikrofon), w 2005 na krótko, acz gwałtownie zrewolucjonizowała rynek gier. Właśnie wtedy światło dzienne ujrzała gra Guitar Hero, z plastikową pseudogitarą (wzorowaną na Gibsonie SG) jako kontrolerem. Inspirowana przez serię GuitarFreaks i DrumMania od Konami (które poza Japonią nie doczekały się wielkiego rozpoznania) trafiła do milionów graczy i graczek, którzy wreszcie mogli spełnić swoje marzenia i poczuć się jak gwiazdy rocka. “Iron Man” Black Sabbath, “Smoke On The Water” Deep Purple i inne klasyki przyprawiające o dreszcze wychowanych na Trójce, można było grać w trybie kariery, lub po prostu dla radochy z gry. Guitar Hero było wielkim sukcesem.

Harmonix rozwinęło pomysł plastikowej gitary i w 2007 roku ukazał się Rock Band – z zestawem plastikowych instrumentów dla całego zespołu. To połączenie karaoke, Guitar Hero i dziecięcego udawania zespołu również było sukcesem. Zarówno Guitar Hero, jak i Rock Band doczekały się niezliczonej ilości sequeli, spin-offów skupionych na konkretnych zespołach (np. The Beatles: Rock Band). Harmonix zostało kupione przez pazernego wydawcę – Activision, który wyciskał tę cytrynkę, jak tylko się dało. W 2009 roku pojawił się DJ Hero (stworzone przez FreeStyle Games) z małym, plastikowym gramofonem i mikserem. Gra pozwalała miksować mash-upy i miała wsparcie wielu postaci z muzycznego świata – od Grandmaster Flasha i DJ’a Jezzy Jeffa po Daft Punk. DJ Hero i jej sequel nie okazały się tak wielkim hitem, jak zakładało Activision. Nadchodziły gorsze czasy dla gier muzycznych.

Po sukcesie Guitar Hero i Rock Band rynek zalały kolejne klony – m.in. Rock Revolution, Rocksmith (który pozwalał na używanie prawdziwych gitar), czy Ultimate Band. Activision również dołożyło się do saturacji rynku, wypuszczając dziesiątki spin-offów Guitar Hero. Ludzie zaczynali mieć dość plastikowych instrumentów. Złote czasy “gier instrumentalnych” przypadły na okres, kiedy ludzie zwyczajnie niezainteresowani grami wideo (tzw. casuale) zaczynali po nie sięgać – w czym platformy takie, jak Nintendo Wii, czy gry w rodzaju Guitar Hero miały swój spory udział. Jednak rynek gier zaczął się zmieniać, ludzie dość mocno oswoili się z technologią, a gry wideo weszły do głównego nurtu. Tzw. casuale zostali pochłonięci przez gry mobilne, a baza graczy hardcorowych rozwinęła się do niebotycznych rozmiarów. O ile gry muzyczne i rytmiczne wciąż istnieją, to schowały się w niszy, odległej od sukcesów Rock Band czy Guitar Hero.

W 2009 roku twórca PaRappa The Rapper, Masaya Matsuura w wywiadzie dla IGN mówił: “gry muzyczne polegające na patrzeniu i reagowaniu to dopiero początek historii gier muzycznych. Dzień i noc pracujemy nad pchaniem tej historii w wymiary nowych możliwości, a nasz nadchodzący tytuł, Major Minor’s Majestic March jest tego przykładem.” MMMM było sympatyczną grą, która kreatywnie korzystała z kontrolerów Wii, ale żadnym przełomem. Niestety, prawie dekadę później nie doczekaliśmy się rewolucji w grach muzycznych. Czy Nintendo Labo jest jej zapowiedzią? Raczej nie, chociaż z nadzieją patrzę na VR (wirtualną rzeczywistość). Ale najbardziej mi szkoda plastikowych marakasów…