Electronic Beats Poland

Pasjonaci i zajawkowicze, czyli Up To Date

Published on November 2, 2016 15:43 Berlin Time

Legendarny londyński klub Fabric przestał istnieć, a europejskie media zaczęły rozpisywać się o “śmierci clubbingu”, nie tylko na wyspach, ale również w kontynentalnej Europie. Statystyki o ilości zamykanych lokali oraz spadku konsumpcji narkotyków mają mówić same za siebie. Czy stoimy u progu kolejnej rockowej rewolucji, podobnej do tej, jaka przyszła po zmęczeniu ekstatyczną i plastikową dekadą lat dziewięćdziesiątych? Raczej nie, klubowy defetyzm jest wpisany w DNA tej sceny, starsi imprezowicze zawsze z przekąsem twierdzą, że “za ich czasów to były prawdzie rejwy, nie to co teraz”. Tymczasem, na przykład W Berlinie i Wiedniu, uznano kluby za “placówki kulturalne”, dla których obowiązuje niższa stopa podatkowa. Po prostu, formy odbioru muzyki elektronicznej się zmieniają. Dziś mamy z jednej strony coraz więcej festiwali i dużych cyklicznych eventów, a z drugiej platformy typu Boiler Room, czy Soundcloud. Kluby mogą zachować status świątyń i lokalnych kapliczek, ale nie są już jedynymi miejscami spotkań dla fanów techno.

Tym bardziej w Polsce nic nie wskazuje na to, by scena elektroniczna dostała zadyszki. Czarne plecaczki i najki zapełniają plaże, czy namioty na letnich festiwalach w Gdyni, Płocku, Katowicach czy Rogowie. W sezonie jesienno-zimowym kryją się w ciemnych pieczarach jak Das Lokal, czy Prepar. Labele może i nie wyrastają jak grzyby po deszczu, ale swoich Mall Grabów mamy. Jednym słowem, dzieje się na pewno lepiej niż w państwowej polityce. I wtedy wchodzi Dtekk cały na czarno. Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym całe przedsięwzięcie pod hasłem Up To Date Festival skojarzył jedynie z twarzą Jędrka – niezmordowanego białostockiego didżeja i organizatora, który nie tylko ma stalowe jaja, ale zebrał też wokół siebie twórczą i lojalną ekipę. W tym roku białostocki festiwal pożegnał się wprawdzie z klimatyczną, poprzemysłową “Węglówką”, gdzie odbywał się do tej pory, lecz jego nowa odsłona zdaje się być kolejną rundą walki z entropią na Podlasiu.

Białostocczanie zasłynęli dotychczas z niesłychanej kreatywności, ale w tym roku znowu przeszli samych siebie w kwestii promocji i identyfikacji wizualnej UTD. Film “Bagaż Życia”, w którym występuje ojciec niejakiego Dj Czarka, ujmuje szczerością przekazu i, jezu, no naprawdę chwyta za serce.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube's privacy policy.
Learn more

Load video

Do tego poprzerabiane ciuchy z lumpeksów z metkami “pozdro techno” czy czarne reklamówki (model BOSS) promujące festiwal, które można było dostać w sklepach sieci Społem. Właśnie, czytając o UTD w ichniejszej prasie, nieco rozbawiło mnie stwierdzenie że “współpracują z silnymi markami jak Lewiatan, PSS Społem czy PKS Białystok”. Z drugiej strony, przypomniałem sobie, że w zeszłym roku faktycznie widziałem mało spożywczaków z żabkami czy małpkami, więc coś w tym jest, że  te bardziej tradycyjne marki to wciąż mocne brandy na lokalnym rynku. Co więcej, w strefie VIP wisiał wielkie baner Lewiatana z pozdrowieniem typu “serdeczne elo” oraz specjalne torebki z upominkami od firmy, głównie słodyczami i prażynkami. I znowu chwyciło za serce.


Mózgom Up To Date udaje się to, co w większości przypadków nie udaje się w całej Polsce – zgrabne, zmyślne i bezobciachowe łączenie tradycji i swojskości z nowoczesnością i globalizmem. Przykładem niech będzie maluch (Fiat 126p) co roku pomalowany na inny kolor, żywa reklama zrobiona z najpoczciwszej ikony polskiej motoryzacji. Jednak najlepszym pomysłem tego roku był ukłon w stronę starszej publiczności, czyli wstęp za darmo dla wszystkich osób, które ukończyły pięćdziesiąt lat. To istotny gest, tym bardziej w obecnej sytuacji, gdy kultura młodzieżowa znów spychana jest z mainstreamu przez wąsaczy opętanych rozgrzebywaniem historycznych ran. Taki wyprzedzający krok jest o tyle cenny, że nawet Rzeczpospolita napisała o UTD pochlebny artykuł, zwracjąc uwagę, że: “Autorom pomysłu przyświecają szersze cele niż tylko prezentacja muzyki. W tym roku szczególną uwagę zwracają na przełamanie stereotypów związanych z muzyką techno. Ta, przez wpływ wizerunkowy mało wysublimowanych i masowych imprez, kojarzy się z narkotykami, alkoholem, a nawet satanizmem.”

Fajnie, że w tym roku można było posłuchać ambientów w Pałacu Branickich. To jest trochę to, o czym pisałem wcześniej, że muzyka elektroniczna zdobywa kolejne przyczółki, coraz częściej ucieka z przytulnych klubowych ścian. Przestrzeń stadionu okazała się zaś na tyle betonowo-generyczna, że łatwo przyjęła kolorowy, festiwalowy tłum. Napisałem “kolorowy”, bo pomimo że flagowym kolorem “techno” jest czerń, to publika była na swój sposób zróżnicowana. Duża część była z Białegostoku, sporo osób przyjechało jednak z innych zakątków Polski. Byli wspomniani seniorzy, byli zagraniczni dziennikarze, byli fani Pezeta, byli klubowi prominenci, były techno-martyny, byli w końcu entuzjaści oldskulowego electro i zwykli wygrzańce.

Osobiście najlepiej bawiłem się na Legowelcie, I-F, Dj Deeonie, Phase Fatale i Vatican Shadow. Dużo się działo i nie wszystko już pamiętam, ale trudno zapomnieć Dominicka Fernowa (Vatican Shadow), którym po scenie miotał szatan. Ciekawy kontrast dla tych wszystkich grających, którzy za didżejką wyglądają jakby grali w bierki albo składali origami. Phase Fatale ładnie sięga do EBM-owych[1] korzeni, za to Dj Deeon rubasznie rozrzucał ghetto bity na lewo i prawo. Nawet jeśli ktoś przez pół seta nawija o łechtaczce, to też jest techno. Legowelt i I-F rzucali ponoć ciężkie kalumnie na Berghain w wywiadzie dla Electronic Beats, ale boję się że tego nigdzie nie puszczą. Sparowanie ich razem na jednej scenie było całkiem logiczne, efekt wyszedł spodziewanie dobrze. Oddanie kontenera Red Bulla Wixapolowi oraz wytwórni Most, było o tyle ciekawym zabiegiem że pokazało dwa oblicza polskiej elektroniki, to epikurejskie i chałupniczo-internetowe oraz koneserskie i organiczne. Wielu ludzi zachwycało się występem TOMM¥ €A$Ha, ale nie potrafię tego zweryfikować, bo na hip hop rzadko zaglądałem. Ta akcja z ulicznym akordeonistą też moim zdaniem na propsie.


[1] Electronic Body Music, elektroniczny “punk” z lat 80-tych

Pamiętam, jak w piątkowy poranek siedziałem przy scenie, spojrzałem na Dtkka, on na mnie, po czym powiedziałem: „Już pewnie tyle dzisiaj usłyszałeś, że może sobie pomilczymy”. I to samo mam do przekazania wam, bo trudno napisać rzetelną relację z festiwalu, by sprawiedliwie oddać honor wszystkim. Ja w ogóle mam już trochę dość festiwali, tej całej krzątaniny wokół kilkudziesięciu nazwisk i paru namiotów, żeby się nieco dłużej przewieźć. Z UTD miałem inaczej, czułem że swoim udziałem wspieram grupę pasjonatów i zajawkowiczów, a nie linie lotnicze i agencje bookingowe. Nawet jeśli to tylko naiwne przeświadczenie, to i tak polecam pojechać za rok do Białegostoku, właśnie dlatego, że odbywa się to tam, w krainie Żubra, że organizatorzy nie porzucili swojego matecznika i w heroiczny sposób jakoś to wszystko ogarniają.