Otsochodzi: Mógłbym zrobić hit nawet z Dodą - Electronic Beats Poland

Otsochodzi: Mógłbym zrobić hit nawet z Dodą

Artysta wydał pod koniec minionego roku nowy album pt. „Nowy Kolor”, zaś w najbliższych miesiącach ruszy w trasę koncertową promującą wydawnictwo. Raper związany z wytwórnią Asfalt Records, znany był ze stylu nawiązującego do klasycznych hiphopowych nagrań z lat 90., ale wszystko uległo zmianie, gdy w sierpniu ukazał się tytułowy singiel z udziałem Taco Hemingwaya. Bizantyjski klip i muzyka w stylu współczesnych nagrań z Atlanty, zapowiadały nowe oblicze wykonawcy.

W rozmowie z nami Otsochodzi opowiada o oczekiwaniach słuchaczy, nagrywaniu z Pezetem, pobycie w Cambridge, syntetycznych narkotykach i rosnącej popularności.


Kilka lat temu w jednym z numerów pytałeś bezpośrednio słuchacza: „kim jestem”? Jak mógłby na to pytanie odpowiedzieć odbiorca albumu „Nowy Kolor”?
W tym momencie jestem osobą, która bardzo się otworzyła na muzykę, nie boję się z nią eksperymentować. Jestem spełniony artystycznie, bo dałem z siebie 100 procent na tym wydawnictwie.

„Mówili mi: na spokojnie, przyjdzie moment kiedy ogarnę te cele i zrozumiem siebie – do dziś tego nie skumałem” – nawijasz w singlu z Pezetem. O kim mówisz i czego nie zrozumiałeś po dziś dzień?
Niektórzy artyści próbowali mi wcisnąć swoje podejście i wskazać drogę, która jest „słuszna dla młodych raperów”.

Konkretny przykład – co powinien robić taki młody stażem raper?
Trzymać się konsekwentnie jednej stylówki, co jak widać, mnie się już nie tyczy. Nie chcę do niczego się przyzwyczajać i marzę, aby robić coraz to nowe rzeczy.

Co mogłoby być przejawem takiego nowego kierunku?
Chciałbym mieć możliwość współpracować z artystami, którzy „nie siedzą” w rapie. Mógłbym zrobić nawet numer z Dodą, gdybym miał taką możliwość i decydowałbym o bicie, stylistyce numeru, etc. Jestem pewien, że potrafiłbym zrobić hit w sytuacji, jeśli tylko miałbym nad piosenkarką kreatywną kontrolę.

Dzisiaj (rozmowa odbyła się w środę 22 listopada – przyp. red.) zatrzymali wokalistkę, więc z Dorotą R. może być ciężko o wspólny kawałek.
Faktycznie, widziałem news! Chyba stąd mi się wziął ten przykład z Dodą (śmiech).

Jak lubisz wykraczać poza rap, na pewno dobrze się czujesz na takich projektach jak Flirtini czy Sonar.
Nagranie na Sonar było dla mnie dużym wyzwaniem i mam wrażenie, że odnalazłem się w tym klimacie zajebiście. Jeśli chodzi o tempo bitu i jego rodzaj, to Flirtini było dość rapowe, ale Sonar to było coś wyjątkowego dla mnie. Jedna z moich ulubionych zwrotek.

Bardzo mało jest nagrań w mojej karierze, gdzie po dostaniu bitu zastanawiam się intensywnie, o czym nagrać. U mnie działa to tak, że muzyka prowadzi moje myśli i w pewien sposób freestyluje tekst. Brzmienie decyduje o tematyce. Choćby w singlu z Taco o tym mówię, gdy nawijam „wavy, numery piszę od ręki”.

Byłeś gotowy na falę krytyki, która się wylała po premierze wspomnianego singla?
Myślę, że nie ma artysty, który ma wyjebane w komentarze. Każdy je czyta i się nimi przejmuje. Ważne jest tylko, żeby nie zachwiały twojego podejścia do muzyki. Dostało mi się za pierwszy singiel? To nie znaczy, że w panice zmienię kierunek płyty o 180 stopni.

W takich momentach jak premiera twojego pierwszego singla zawsze uderza mnie, jak wielkie znaczenie może mieć dla ludzi muzyka. To tylko rozrywka, ale gdy zmienia się jej formuła i publika nie jest zadowolona z nowego kierunku obranego przez wykonawcę – manifestacja tego uczucia bywa skrajna.
Są dwie grupy ludzi komentujących. Jedni przesłuchają, powiedzą „chujowe” i wyłączą. To nie jest dla nich i tyle. Jednak inni cisną wściekle przez zęby „słabe” i wyżywają się na klawiaturze. Oczywiście mają do tego prawo, niech manifestują swoje poglądy. Nagrywając i publikując swoją twórczość, godzę się z tym, że moja muzyka zostanie poddana ocenie.

Nie jest fajnie, gdy czytasz, jak ludzie po tobie „jadą” za numery, które wypuściłeś, ale ja się nimi jaram. To pozwala zachować dystans.

A przejmujesz się opiniami, że to nie zajawka, a koniunkturalizm dyktował styl tego albumu?
Kminiłem nad tym z moimi znajomymi. Kumam, że ludzie mogą tak pomyśleć, biorąc pod uwagę, że teraz „nowa fala” ma swój moment. Ale ja zadaję sobie pytanie: co by było bardziej nie fair? Zrobić przysłowiowy „Slam 2”, gdzie nie mam na to ochoty, ale wiem, że mam w tym swoją niszę? Czy fair nagrać coś, na co faktycznie mam dużą zajawę w tym momencie?

Stagnacja w sztuce cię nie interesuje?
Nie lubię się przyzwyczajać. Domyślam się, że następny album może pójść w kompletnie innym kierunku i nie mam z tym problemu. Nawet jeśli będzie to oznaczać, że odejdą fani, których zajarał „Nowy Kolor”. Jestem fair wobec siebie i uważam, że to jest najważniejsze.

Lil Uzi Vert udzielał przed wakacjami wywiadu dla OTHERtone. Pharrell i Scott Vener rozmawiali z nim o tym, jak artyści boją się czasem eksplorować i ryzykować. Kiedy wiedziałeś, że nie będziesz jednym z tych wykonawców?
Nie miałem takiego określonego momentu. Ale chodzi ci o etap, gdy robiłem oldschool na „Slamie”, czy o „Nowy Kolor”?

Chodzi mi o twoje podejście, które sprawia, że nie unikasz zmian w swojej muzyce.
Zawsze robiłem to, co czułem. „Slam” był oldschoolowy, bo takie brzmienie było od początku we mnie zaszczepione i miałem „jazdę” na taką muzykę. Po wyjściu legalnego debiutu zacząłem słuchać innych brzmień, które się we mnie zakorzeniły i dostarczyły dużo naturalnej inspiracji. Robię w danej chwili to, czym się jaram i nie boję się zderzenia z opinią publiczną, co nie znaczy, że mam ją gdzieś. To byłoby kłamstwo.

Zdziwiło cię zamieszanie wokół singla „Nowy Kolor”, czy spodziewałeś się tego?
Wiedziałem, że ten numer sporo namiesza, jeśli chodzi o moją osobę. Wiedziałem, jakim fenomenem jest Taco i jakie liczby potrafi wykręcić, ale nie spodziewałem się takiej kontrowersji. Nie kumam, jak ludzie po obejrzeniu klipu zaczęli pisać komentarze, że ja się teraz kreuję na taki wizerunek: „Myśli, że trzyma sztabki złota i my uwierzymy, że to są jego?”. Niektórzy nie odebrali tego klipu jako fikcji i dobrej zabawy, a realizm i moją potrzebę życia na takim poziomie. Ech!… (śmiech).

Przede wszystkim wydaje mi się, że kręcenie tego teledysku musiało być naprawdę dobrą zabawą.
Oj, tak. Najfajniejszy plan zdjęciowy, na jakim byłem, nie spotkałem się z tak profesjonalnym projektem. Zazwyczaj przy rapowym klipie jest operator, osoba, która to ogarnia, luźny koncept i spontaniczny montaż. Przy „Nowym Kolorze” wbijam na plan, a tam dwie ciężarówki, ekipa kilkunastu osób, stylista, charakteryzatorka. Rzeczy, z którymi nie miałem wcześniej doświadczenia. Mieliśmy nie lada ubaw ze statystami i z Taco na planie.

Dużo prestiżowych gości na „Nowym Kolorze”. Z kim miałeś okazję trochę popracować w studio?
Z Pezetem. Choć to było dobrze przygotowane, bo Pezet znał już moją zwrotkę i bit. Wiedziałem, że ma już coś napisane, gdy zaprosiłem go na samą realizację nagrania. Wszystko odbyło się po ziomalsku, choć nie ukrywam, że dla mnie to była duża sprawa: siedzę sobie z moim realizatorem Jankiem i obserwujemy, jak Pezet robi kolejne podejście w kabinie nagraniowej. Wszedł, „zajebał”, pogadaliśmy z piętnaście minut i ruszył dalej. Klasa sama w sobie.

A którą zwrotkę od gościa na płytę słuchałeś na zapętleniu, po tym, jak ją dostałeś?
Taco. Zdecydowanie. To było przed wyjściem „Szprycera” i nie słyszałem jeszcze go na takich bitach. Byłem w szoku, że nagrywa takie rzeczy. Sama zwrotka jest dla mnie zajebista, zarówno tekst, jak i wykonanie. Wersy są takie, że z miejsca zostają w głowie. Pamiętam, jak odpalałem tę zwrotkę raz za razem.

Wspomniałeś przed chwilą Janka Kwapisza, swojego realizatora. Włodi przy okazji jednego z wywiadów opowiadał mi, jak bardzo szanuje fakt, że masz swojego realizatora wokali, który nawet przy występach gościnnych zawsze czuwa nad twoim materiałem.
Zgadza się. Przynajmniej staram się z tymi gościnkami, bo to też różnie bywa. Znamy się z Jankiem od nagrywania „7”, więc to już trzeci projekt, przy którym pracujemy razem.

Moje podejście wynika z tego, że jakbym poszedł do kogoś do studia po raz pierwszy i miałbym wykonać megaosobisty kawałek, wiem, że byłbym trochę zblokowany. Z Jankiem się świetnie pracuje i czuję komfort, będąc z nim w studio.

Jak zaczęła się wasza współpraca?
Zamierzałem nagrywać „7” u ziomka na chacie, ale wtedy dogadałem się z Lekter Records na kasę na realizację płyty, jakieś klipy, etc. Jak pojawił się budżet, to zacząłem szukać profesjonalnego studia w internecie. Trafiłem na Studio Nagrywarka, poszedłem na godzinę i nagrałem jeden numer. Spodobała mi się praca z Jankiem [znanym również jako Capish z grupy producenckiej Beatowsky – przyp. red.] i tak zostało. Dodatkowo samo studio jest bardzo ładne, a ja lubię przebywać w miejscach, gdzie się dobrze czuję.

Dobrze się czułeś na Wyspach? Trochę twojej rodziny pracuje na co dzień w Wielkiej Brytanii, a i ty w pewnym momencie tam pojechałeś. Ruszyłeś do Anglii po maturze?
Nie, ja do tej pory nie mam matury.

W której klasie rzuciłeś liceum?
Nie rzuciłem liceum z własnej woli, ale nie byłem dopuszczony ze względu na słabą frekwencję na zajęciach i byłem nieklasyfikowany. To było w trzeciej maturalnej klasie. Potem zacząłem to odkładać, pojawiły się pierwsze pieniądze z muzyki i stwierdziłem, że „jeszcze będzie czas”. Wiem, że to nie jest żadne tłumaczenie, ale jeszcze to zrobię.

Co zajmowało twój czas, że nie trafiałeś do szkolnej ławki?
To był taki wiek, że się wychodziło bardziej coś popić. Z tyłu głowy miałem ciągle nagrywki i ambicję pt. „zajmę się tym pro i pokażę wam, że można i bez tej szkoły” (śmiech).

Jednak zanim to się stało rzeczywistością, był pobyt na saksach w Wielkiej Brytanii.
Byłem w Cambridge przez miesiąc i to było moje pierwsze doświadczenie z jakąkolwiek pracą. Mój tata od ponad dekady tam mieszka. Czułem się tam komfortowo, bo to jest typowo studenckie miasteczko. Ludzie są z każdej strony świata i wszyscy są bardzo otwarci i tolerancyjni. Nawet jeśli wyglądasz inaczej czy nie mówisz zbyt dobrze po angielsku.

Pracowałem na stołówce w collegeʼu dla ustawionych dzieciaków. Nie miałem żadnego doświadczenia, więc zasuwałem jako osoba od wszystkiego. Serwowałem szamę, zmywałem podłogi, cokolwiek. Poznałem też bardzo dużo osób.

Ważne doświadczenie?
Zdecydowanie. Przez długi okres mojego życia byłem bardzo otwarty, ale tylko na „swoich”. Jednak żeby zaufać komuś nowemu, potrzebowałem czasu. W Cambridge było wręcz odwrotnie, ale tak to jest, jak ludzie wokół są uśmiechnięci. Dlatego dobrze się tam czułem, nawet praca sprawiała mi przyjemność. Jechałem do pracy z uśmiechem na twarzy, po robocie jakieś piwko w parku i czułem się jak na wakacjach.

To czemu byłeś tam tylko przez miesiąc?
Taki był plan. Nie jechałem tam do pracy, ale chciałem odwiedzić rodzinę. Tata zapytał, czy nie chcę sobie dorobić, bo w okresie letnim jest tam pełno miejsc, gdzie możesz na spontanie się załapać do pracy.

A jednak twoja praca „to rymy i bity”. W marcu zapowiadałeś płytę na Facebooku, pisząc, że każdy numer mógłby być singlem. Tworzenie hitów było priorytetem przy tym projekcie?
Nie, choć faktycznie odzywałem się do producentów, którzy znani są z przebojowego brzmienia (np. tempa 120/140 bpm). Tak jak wspomniałem wcześniej – bit zaczyna wszystko w moim procesie twórczym. Pisałem do produkcji, którymi się zajarałem i wszystko wyszło naturalnie, bez rozkmin w stylu: „musi być 9 newschoolowych bangerów i 4 numery w starym stylu” (śmiech).

„Moje pokolenie teraz kocha biały kryształ” – nawijałeś jako nastolatek kilka lat temu. Jak widzisz problem tanich, syntetycznych narkotyków wśród twoich rówieśników?
Jestem osobą, która nie tknęła nigdy specyfików jak amfetamina czy mefedron. Nie ciągnie mnie do tego, choć mam znajomych, którzy je zażywają. Są ludzie, którzy zachowują się po tym w porządku, nie namawiają i nie wywierają niepotrzebnej presji na innych. Jestem zdania, że wszystko jest dla ludzi, więc w tego typu sytuacjach nie mam z tym problemu.

Natomiast u niektórych z miejsca widać, że dzieje się coś niefajnego i robi się niesmacznie. Jeśli bierzesz tego typu dragi i zaczyna ci odpierdalać, to nie ma nic gorszego. Zaobserwowałem ostatnio, że jest grupa osób, która kompletnie nie umie się już bez tego bawić. Ich organizm reaguje inaczej, jeśli tego nie wezmą. Kiedyś mogliśmy sobie wypić pół litra wódki na dwóch w piątkowy wieczór, a teraz muszę słuchać, że koleś nie da rady bez tego imprezować. Zresztą, każdy, kto ma znajomych i czasem z nimi wychodzi na miasto, pewnie będzie znał temat.

Na albumie rapujesz „cała moja ekipa na molly”, który pochodzi z tej samej psychoaktywnej grupy narkotyków. Czy taki wers u ciebie to część konwencji, w której się poruszasz, czy sama prawda?
Mam na płycie dużo luźnych i abstrakcyjnych wersów. Choć nie różni się to wiele od powiedzenia „cała moja ekipa jest najebana”.

Skoro jesteśmy przy alkoholowych inspiracjach: jak Robert Janson stał się tematem jednego z nowych utworów?
Wiesz co, jak jesteśmy „wcięci” z ziomkami na melanżu, to sobie odpalamy numery typu „Małe szczęścia”, gdzie Robert Janson jest kompozytorem. Każdy z nas zna motyw pijackich śpiewów i wygłupów do muzyki, której niekoniecznie słuchamy na co dzień. Piałem ten utwór z myślą o mojej dziewczynie, więc nawiązuję do miłosnych kompozycji Jansona, ale z przymrużeniem oka. Zamiast poważnych deklaracji wersy o tym, że dokończę z tobą pizzę. To romantyzm w stylu Odd Future (śmiech).

We wkładce nowego albumu napisałeś, że „widzisz więcej zalet niż wad, ale w muzyce jest inaczej”. Skąd mrok, który przenosisz na albumy, skoro opisujesz siebie jako optymistyczną osobę?
Może to jest potrzeba wyrzucenia z siebie emocji? To jest ciekawa sprawa. Jest dużo bolesnych i dotykających mnie rzeczy, których nie powiedziałbym w rozmowie takiej jak ta, ale na albumie – mogę się uzewnętrznić „ot, tak”.

W ostatnich scenach dokumentu HBO „The Defiant Ones” Kendrick Lamar opowiada o tym, jak poznał za dzieciaka Dr. Dre który kręcił klip z 2Paciem na ulicach Compton, by po latach nagrywać z nim w studio. Można powiedzieć, że miałeś trochę podobnie z członkami Molesty, którzy kolegowali się z twoimi rodzicami, a obecnie są kolegami po fachu.
To jest świetne uczucie. Jak miałem 11-12 lat, to ciągle męczyłem Pelsona, żeby mi np. załatwił jakąś koszulkę. Dobrze to pamiętam, jak wychodził projekt Parias. Jarałem się ich T-shirtami, a ich nie było w sprzedaży. Dzwoniłem i męczyłem średnio dwa razy w tygodniu: „Pelson, no weź mi załatw tę koszulkę…” (śmiech). Nie mogłem zrozumieć wtedy, czemu miał z tym problem i byłem zły, ale teraz, jak jestem na tej samej pozycji, doskonale go rozumiem…

Teraz ciebie tak męczą?
Nie mogłem zrozumieć, jak może olewać jednego małolata, a przecież takich osób, które chcą coś za darmo, jest pełno z każdej strony. Teraz to wiem.

Jesteś gotowy na nowy poziom uwagi, jaką przyciągasz? Wcześniej byłeś znany w środowisku hip-hop, ale teraz skala się zmieniła.
Mam wrażenie, że po to się to robi. Masa artystów mówi, że ma wyjebane w odbiór i ja tego nie rozumiem. Oczywistym jest, że zaczynasz od swojej potrzeby wyrażenia się, ale chcesz zainteresować tym z każdym kolejnym rokiem coraz to więcej osób. Im więcej ludzi się jara, tym bardziej się nakręcasz. Fajny jest koncert dla 50 osób, ale ciężko będzie o energię przy kilkutysięcznej widowni.

To jest najbardziej zwariowany rok w twoim życiu?
Na pewno rok, w którym jestem z siebie bardzo zadowolony i odnoszę dużo sukcesów. Zwariowany może nie, ale zalatany, produktywny i zajęty jestem jak nigdy wcześniej. Jeden z lepszych roków w moim życiu.

Wywiad: Bartek Strowski
Zdjęcia: Paweł Zanio