Nowy sezon American Crime Story kryje zbrodnię. Na publiczności. | Electronic Beats Poland

Nowy sezon American Crime Story kryje zbrodnię. Na publiczności.

Przyznam, że jestem fanem American Horror Story. Oczywiście, praktycznie każdy sezon był nierówny (a niektóre wręcz okropne, jak ten w hotelu), ale specyficzny sposób produkcji Ryana Murphy’ego, mocna obsada i dobrze wykorzystywany budżet sprawiały, że w kategorii queerowej telewizji AHS nie miał sobie równych. Zdziwiłem się, kiedy Murphy przy wsparciu duetu producenckiego Nina Jacobson i Brad Simpson (m.in. Hunger Games) zabrał się za serial kryminalny (i dramat sądowy w jednym), ale “The People v. O.J. Simpson” okazał się bardzo solidnym kawałkiem telewizji. Niestety, zupełnie nie można powiedzieć tego o “The Assassination Of Gianni Versace”, drugim sezonie American Crime Story, który właśnie się skończył.

Kiedy przeleciały napisy po 9 odcinku (“Alone”), siedziałem w lekkim szoku. Bynajmniej nie dlatego, że historia narcystycznego psychopaty Andrew Cunanana jest tak wstrząsająca (a jest). Nie. Po głowie chodziło mi tylko jedno: “jak tak komercyjnie zorientowana ekipa mogła dopuścić do takiego strzału w stopę?” Drugi sezon American Crime Story nie powtórzył krytycznego i komercyjnego sukcesu poprzednika – mimo w miarę ciepłego przyjęcia przez krytykę internetowa społeczność, zazwyczaj bardzo ożywiona na punkcie seriali, milczała. Nic dziwnego – historia zabójstwa Gianniego Versace jest poprowadzona w przeraźliwie nudny, pretensjonalny sposób, bez żadnego oparcia w aspektach, które sprawiły, że “The People V. O.J. Simpson” był tak porywającym serialem. Zatem po kolei, oczywiście z ostrzeżeniem o spoilerach – dość osobliwie się czuję ostrzegając przed spoilerami w prawdziwej historii, ale hej, na takim świecie żyjemy.

Na zarzuty o brak skupienia na rodzinie Versace twórcy serialu odpowiadali, że tak naprawdę to historia Andrew Cunanana. W teorii to dobry krok – Cunanan to fascynująca postać (jak każdy morderca-psychopata), którą można pokazać z kilku różnych stron. Po części serial stara się to zrobić – jednym z najlepiej poprowadzonych wątków są jego relacje z ojcem, patologicznym kłamcą i oszustem. Modesto Cunanan wziął sobie do serca mit amerykańskiego snu i jako emigrant z Filipin starał się zbudować dla swojej rodziny najlepszą z możliwych przyszłości. A że robił to przy pomocy przekrętów, to już inna sprawa. Jego wątek to dekonstrukcja toksycznego i fałszywego amerykańskiego snu, snu, który w jeszcze bardziej wykręconej formie chciał kontynuować Andrew. Po ojcu przejął nie tylko wielkie marzenia i przekonanie o własnej wyjątkowości, ale również skłonność do piramidalnych kłamstw. To w zasadzie jedyny motyw systemowej krytyki, jaki jest obecny w “The Assassination Of Gianni Versace”.

A powinno być inaczej. Sezon o procesie OJ Simpsona pokazywał Amerykę jako kraj niewydolnego i patologicznego systemu sprawiedliwości, podgrzewanego przez mediatyzację praktycznie każdej sfery życia. Serial – czasem mniej, czasem bardziej udanie – krytykował tabloidową, drapieżną i katastrofalną w skutkach kulturę amerykańskich mediów, podobnie jak system sprawiedliwości, który miota się między spektaklem a instrumentalnym wykorzystywaniem społecznych bolączek (np. kwestii rasowej). “The Assassination Of Gianni Versace” jest oparty na książce “Vulgar Favors: Andrew Cunanan, Gianni Versace and the Largest Failed Manhunt in U.S. History” autorstwa Maureen Orth. Już sam tytuł sugeruje problematykę książki: system, który zawodzi. Z jednej strony mamy całą kulturę młodocianych utrzymanków, na której żeruje hipokryzja klasy średniej i wyższej (wątek, który pojawia się w serialu, a do którego jeszcze wrócimy), z drugiej kompletną porażkę FBI i policji, która przez kilka miesięcy, mimo pełnego zestawu informacji, nie mogła schwytać sprawcy. Porażkę zwieńczoną zabójstwem Versace i samobójstwem mordercy. W serialu widzimy nieporadnych agentów FBI, ale wyłącznie w krótkich chwilach. W ostatnim odcinku widzimy reakcję wdowy po jednej z ofiar Cunanana na wieść o jego samobójstwie – całkiem udana scena pokazuje potencjał, jaki mógł być zrealizowany w pokazywaniu obławy na mordercę i wszelkich napięć między rodzinami ofiar a wymiarem sprawiedliwości. Niestety, śledztwa jest w serialu jak na lekarstwo i nie zmieni tego nawet 10 helikopterów pokazanych w ostatnim odcinku.

Rozumiem, że nie samo śledztwo było priorytetem twórców, ale postać mordercy. Niestety, serial uparł się na pseudopoetycki sposób budowania jego postaci. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem wrogiem długich ujęć, czy lekko sennych obrazków. Problem w “The Assassination Of Gianni Versace” jest taki, że są one po prostu nudne, nie prowadzące do niczego wartościowego i nic nie wnoszące do narracji. Darren Criss jako Andrew Cunanan stara się stworzyć charyzmatyczną postać i po części mu się to nawet udaje. Szkoda, że bardzo często jego starania niweczą przydługie, “refleksyjne” sceny, w których patrzy bez życia w dal lub co gorsza w ścianę. Czasem tańczy, czasem mówi coś z irytującą emfazą, która miażdży pieczołowicie zbudowaną charyzmę. Mnogość i różnorodność lokacji powinna wzmagać zainteresowanie, niestety sposób kręcenia scen w tych lokacjach wywołuje odwrotny skutek. Podobnie do poszatkowanej narracji. Postmodernizm postmodernizmem, ale jest różnica między sensownym skakaniem pomiędzy różnymi okresami w życiu bohaterów i bohaterek, a narracyjnym bełkotem, w którym nawet plansze z datami nie potrafią zaprowadzić porządku. O dziwo w American Horror Story taki sposób opowiadania potrafił działać, tutaj wprowadza niepotrzebny zamęt – jeśli ominie was data wydarzeń, możecie mieć problem z orientacją w czasie.

Wątek rodziny Versace również ucierpiał na nieudolnej poetyckości i poszarpanej narracji. Rzecz dzieje się w latach dziewięćdziesiątych, okresie, kiedy dom mody Versace wyrasta do rangi potęgi. Niestety, rozsiane tu i ówdzie scenki z Giannim (solidnie granym przez Edgara Ramireza), czy Donatellą Versace (apatyczna jak zawsze Penelope Cruz) nie tylko nic nie wnoszą, a dodatkowo jeszcze bardziej spowalniają i mieszają tempo opowieści.

Chora fascynacja życiem glamour jest innym wątkiem serialu – Cunanan ma obsesje na punkcie mody i luksusu. Fabrykuje kłamstwa zbliżające go do tego świata, staje się również utrzymankiem starszych, bogatych (i najczęściej żonatych) gejów, dzięki którym realizuje swoje kosztowne zachcianki. “The Assassination Of Gianni Versace” przejeżdża po tym wątku bardzo powierzchownie, sprowadzając całą sytuację do kolejnej dekoracji dla “tego szalonego Andrew”. Szkoda, bo to bardzo interesujący wątek. Trochę lepiej wyglądają relacje antybohatera z gejami w swoim wieku, szczególnie z byłym żołnierzem, Jeffem Trailem, który odszedł ze służby w wyniku homofobii panoszącej się za przyzwoleniem przełożonych w amerykańskiej armii. Zarówno grający Jeffa Finn Wittrock, jak i Cody Fern grający Davida Madsona (wielką miłość Cunanana) radzą sobie, jak mogą, ale bardzo często niezręczna konstrukcja scen i przeciętne dialogi stają im na drodze do aktorskich wyżyn. Skomplikowany i rozbudowany wątek różnorodnych problemów społeczności gejowskiej – od homofobii na wielu szczeblach społecznej drabiny, poprzez epidemię AIDS, aż do zagubienia młodych gejów pozbawionych wsparcia – jest jednym z najmocniejszych w serialu, ale tutaj ponownie podnoszą łeb problemy natury artystycznej i rzemieślniczej. Arcyciekawy wątek partnera Versace – Antonio D’Amico granego przez Ricky’ego Martina (!) – został sprowadzony do kilku scenek, w tym jednej, szczególnie mocnej. Wymowny gest księdza w trakcie pogrzebu Gianniego pokazuje, że homofobiczna hipokryzja takich instytucji, jak Kościół Katolicki dotyczy każdego, niezależnie od majątku i statusu.

Drugi sezon American Crime Story był nudnym zawodem. Być może twórcy chcieli podjąć w nim zbyt wiele wątków, być może poetyckie wizje stanęły na drodze sensownej narracji o realnych, społecznych problemach. Po zaskakująco dobrym “The People v. O.J. Simpson”, “The Assassination Of Gianni Versace” wygląda jak dzieło pretensjonalnych studentów szkoły filmowej, którzy naciągneli kogoś na bardzo dużo pieniędzy. Mimo wszystko nie żałuję, że obejrzałem ten sezon w całości – to w gruncie rzeczy fascynująca historia. Ale w tym wypadku trzeba się chyba odwołać do starej maksymy: “książka jest lepsza”. Nie skreślam Murphy’ego i jego zespołu, ale mam nadzieję, że kolejne sezony będą bardziej skupione – z pożytkiem zarówno dla widzów i widzek, jak i przedmiotu opowieści.