MUALLEM : „Udaje mi się przekonać ludzi, by pomarzyli razem ze mną” #WYWIAD - Electronic Beats Poland

MUALLEM : „Udaje mi się przekonać ludzi, by pomarzyli razem ze mną” #WYWIAD

MUALLEM to jedna z najciekawszych postaci monachijskiej i niemieckiej sceny klubowej. DJ, promotor stojący za SMiLE Festival i cyklem Art of Dance stoi również za uznanym i niezwykle dynamicznym klubem Blitz, który bardzo szybko stał się jedną z najbardziej szanowanych instytucji klubowych w Europie. David Muallem ma polskie korzenie, ale dotąd nie grał w Polsce – za to jego drugim domem – prócz Blitz jest Berghain / Panorama Bar. Poczytajcie o jego wizjonerskim podejściu do kultury klubowej, pracy nad genialnym soundsystemem w Blitz i pasji, jaka niezbędna jest w byciu DJ-em.

Words by Artur Wojtczak

Artur Wojtczak: Na scenie tanecznej jesteś aktywny od około 25 lat: już jako nastolatek zasmakowałeś klubów. Tańczyłeś, potem DJ-owałeś, dziś jesteś również współwłaścicielem słynnego monachijskiego klubu Blitz. Pamiętasz moment, gdy przyszło ci do głowy, że ta kultura zdefiniuje twoje życie?

Muallem: Świat klubowy od początku totalnie mnie ujął. Czułem się w nim pewnie, euforycznie, „na swoim miejscu”. Nie było chyba tego jednego momentu, który by mnie ukształtował.  Muzyka taneczna jednoczy ludzi na parkiecie, bez względu na ich wiek, płeć czy stan posiadania. I to w niej kocham.

AW: Pamiętam, że gdy czytałem w  magazynie Groove o otwarciu Blitz, to mówiono, że można bez zbytniej przesady powiedzieć, że to miejsce skupia całą śmietankę waszego życia nocnego. Pojawiły się wielkie oczekiwania, tłumy na otwarciu, policja zamykająca dojazd dla zapewnienia bezpieczeństwa. Jak oceniacie ten rozwój po dwóch latach?

M: Ciężko mi mówić o oczekiwaniach innych, mogę powiedzieć jak ja odebrałem powstanie tego klubu. Na Monachium się czasem trochę pomstuje, że to konserwatywne miasto, ale de facto mamy tu bardzo dobrą scenę: wymieszaną, otwartą. Ja jestem ciągle w drodze i bywam naprawdę w wielu klubach. Tym bardziej jestem dumny z tego, co osiągnęliśmy w Blitz.

AW: W twoim klubie zdecydowanie muzyka stoi w centrum zainteresowania: macie znakomite bookingi, ale również niesamowity soundsystem, ponoć najlepszy w  Niemczech. Jaka była formuła na ten klub? Czy to prawda, że ty potrafisz odróżnić brzmienie „stopy” w rożnych klubach na świecie?

M: Tak, muzyka stoi u nas w centralnym punkcie. I to odróżnia nas od innych miejsc. Jak tworzysz klub muzyczny, musisz postawić na muzykę. Soundsystem jest w klubie przekaźnikiem muzyki i emocji, jakie ona sama niesie. Dobrego brzmienia nie kupisz, lecz musisz mieć specjalną wizję i jej się poświecić. Ja nie jestem dobrym inżynierem dźwięku czy akustykiem, ale miałem w  głowie wizję tego brzmienia u nas. I zebrałem wokół siebie grupę ludzi, którzy uwierzyli w mój plan. Na początku wydawało się to trochę szalone, kosmicznie drogie. Ale ci wszyscy ludzie zaczęli ze sobą niejako harmonizować i realizować moją wizję dźwięku w Blitz.   Kluczem do naszego sukcesu był nasz styl pracy. Czerpaliśmy swoje wzorce m.in. z tak kultowych miejsc jak Paradise Garage. Nazwać mnie wizjonerem brzmi może górnolotnie, ale z pewnością rozprzestrzeniłem tę energię, jaka drzemała we mnie i zaszczepiłem ją w swoich współpracownikach. Udało mi się tych ludzi przekonać, by pomarzyli razem ze mną. A wracając do drugiej część pytania: tak, każdy klub, który mnie jakoś fascynuje ma swój tzw. identity kick. Utwory, które grasz po całym świecie, w danym klubie brzmią nagle trochę inaczej, brzmią jak dany klub, dostają swoistej barwy dźwiękowej, jaką daje to właśnie miejsce.  I to maszerujące brzmienie trzyma tańczących w  rytmie całymi godzinami.

AW: Podróżujesz po całym świecie, grając w klubach i na festwalach. Jakie miejsce uznajesz za najbardziej inspirujące w tym roku?

M: Poza Blitz, gdzie mam rezydenturę, chyba mnie było takiego klubu, gdzie czułbym się tak dobrze, tak domowo, tak szczęśliwie. Jedyny klub jaki mu dorównuje to Berghain – tam czuję się znakomicie, mam piękne połączenie z tańczącymi, nadajemy na tych samych falach. Ale niesamowitym doświadczeniem było też granie na open-air-rave w Hondurasie. Tam jest biednie, ludzie zarabiają grosze, jest wysoka przestępczość. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Tymczasem było doskonale, świetna produkcja, do tego weseli ludzie, masa queerowych klubowiczów, zakochanych w muzyce i głodnych rytmów techno. Bo takich imprez jest tam może kilka w ciągu roku.

AW: Twoje closingi w Panorama Bar czy Robert Johnson stały się twoim znakiem rozpoznawczym i marką. Czy widzisz, że klubowicze czują twoja pasję w kręceniu płytami? Ufasz DJ-om, którzy nie tańczą?

M: Czuję, że to trochę sarkastyczne pytanie we fragmencie o tańczeniu, ale bardzo ciekawe. Masz rację, na świecie coraz mniej jest prawdziwych DJ-ów, którzy wykonują tę profesję jako pasję ze wszystkimi jej elementami: diggingiem, tańczeniem, muzycznym researchem. Tak, mamy coraz więcej ludzi  typu „specjalista od rozrywki, który bawi publikę przez 2 godziny, a potem jedzie dalej”.  Tymczasem zadaniem DJ-a jest znalezienie momentu, który on czuje najmocniej i dzieli się tym uczuciem z raverami. Ta energia może być podzielona, oddana dalej. Wracając do mnie: tak, zawsze staram się stworzyć ten magiczny moment razem z  tłumem, który tańczy. Bo tego momentu nigdy nie stworzysz samemu. Biorę tych ludzi w podroż, by czuli się dobrze i niejako „uniesieni”.

AW: Jesteś autorem specjalnego cyklu imprez „Cruise” dedykowanego społeczności LGBT. Czy to swego rodzaju podziękowanie dla ludzi, którzy pomagali w rozwoju tej kultury?

M: Muzyka taneczna zawsze była połączona z ruchami LGBT. Zresztą tam się to wszystko zaczęło. Pierwsze kluby czy instytucje powstały, gdyż ludzie wykluczeni szukali swego domu, schronienia, by niejako świętować swoją inność. Nie chodziło o to jaki jesteś: czy ładny czy brzydki, ale aby tańczyć ! Jak miałem 13-14 lat i zacząłem chodzić do klubów, to byłem, wdzięczny za traktowanie mnie tam poważnie, za to że mogłem poznawać tę kulturę i zakochać się w muzyce. Dlatego doskonale rozumiem i wspieram kulturę queerową i stoję na straży wolności i tolerancji.

AW: Żyjemy w ciemnych czasach, pełnych negatywności. Czy wierzysz, że muzyka taneczna może zmieniać świat i mentalność ludzi?

M: Ależ tak, jak najbardziej! W obecnych czasach ludzie za bardzo koncentrują się na rzeczach, których nie lubią, które ich wkurzają-   ja mam odwrotnie. Skupiam się na dobrych, fajnych rzeczach i im poświęcam uwagę. Ludzie, którzy żyją nocnym życiem, rave’ują, tańczą, są bardziej pozytywni. Kocham gdy podchodzi ktoś do mnie z błyskiem w  oku i dziękuje za seta, bo ten zmienił coś w jego duszy.

AW: Niemcy są jednym z najbardziej wpływowych krajów w historii muzyki tanecznej. To państwo popychało aktywnie kulturę klubową do przodu zaczynając od Kraftwerk, po Love Parade czy undergroundowe brzmienia Berlina czy Frankfurtu.  Jakie były naczelne postacie niemieckiego ruchu techno, które uczyniły waszą scenę tak silną?

M: To arcytrudne, wręcz niemożliwe, by wymienić pojedyncze osoby, które kręciły tą sceną przez kilkadziesiąt lat. Zresztą, gdy rozmawialiśmy „poza anteną”,  to sam pięknie określiłeś scenę klubową jako „ruch”, czyli swego rodzaju rewolucję, zmieniający się stan.  I tak to jest! Masa osób przyczyniła się do rozwoju niemieckiego techno czy trance w tak wielu miastach: nie tylko Berlinie czy Frankfurcie. Ja doceniłbym też aktywistów, którzy animowali sceny w małych miastach, wydawali płyty własnym sumptem. Tylu ludzi, których nikt nie zna, wykonało niesamowitą pracę na poziomie lokalnym, by historia muzyki tanecznej w Niemczech odniosła taki sukces.