Electronic Beats Poland

Mistrz wszystkiego – czyli jak Aziz Ansari nie musi mieć kompleksu w stosunku do Donalda Glovera

Published on August 24, 2017 09:23 Berlin Time

Aziz Ansari przez lata w moich oczach był Randym z „Funny People” Judda Apatowa. Jego postać to wrzaskliwy komik, którego punchline’y są średnio zabawne, ale zostają dostarczane z nadmiarem energii, która nakręca tłum. Potem Aziz stał się częścią jednego z najlepszych seriali komediowych ostatnich lat „Park And Recreations” grając pośrednio samego siebie – zakochanego w hip-hopie i drogich ciuchach gościa. Jego stand-upy w dużym stopniu składają się z opowieści jak spędził czas z Jayem-Z albo jak jego kuzyn poznał Kanye Westa. Aziz Ansari był dla mnie zawsze gościem, który jest czasami śmieszny, ale który nigdy nie będzie sam w sobie kimś kto stworzy coś naprawdę wartościowego.

Jak widać gówno się znam.

Pierwszy sezon „Master of None” zaskoczył nie tylko mnie. Mało kto spodziewał się, że ten śmieszny typek z teledysku „Otis” będzie w stanie nakręcić serial, który idealnie pokaże dziwny świat 30-latków zawieszonych między dorosłością a dorastaniem. Decyzje o pójściu do łóżka są prostsze niż wybranie odpowiedniego miejsca do jedzenia tacosów. Związek z rodzicami opiera się na niezrozumieniu tego jak ich dorastanie wyglądało w całkowicie obcym dla nas świecie. A finał zaskakiwał realnością i rezygnacją z typowego powtarzania w prawdziwym życiu rzeczy, których nauczyliśmy się poprzez oglądanie „Przyjaciół” i wszystkich komedii romantycznych w historii.

https://www.youtube.com/watch?v=tGE-Mw-Yjsk

Wydawało się, że drugi sezon nie może być lepszy ale Ansari  razem z Alanem Youngiem (producentem, z którym współpracował Aziz przy okazji „Parks and Rec”) podnieśli poprzeczkę jeszcze wyżej.

Dev jest we Włoszech i nie ma pojęcia co zrobić ze swoim życiem. Dni spędza jedząc paste, ucząc się ją robić i starając się zerwać kontakt ze swoją byłą dziewczyną. Jest sam mimo że udaje mu się poznać kilka osób, ale nie tworzy więzi, które mogłyby go zatrzymać w Modenie. Dlatego decyzja o powrocie do Stanów przychodzi mu raczej łatwo i gdy trafia z powrotem do Nowego Jorku życie zaczyna się układać trochę lepiej. Dostaje wygodną robotę jako host popularnego programu kulinarnego i randkuje siedząc codziennie na różnego rodzaju aplikacjach. Wszystko jest proste. Nie ma skomplikowanych więzi, szokujących historii, ale właśnie tak wygląda przecież normalne życie większości z nas. Ansari umie jednak przekształcić te proste historie w coś głębszego, trudniejszego i co chwila przypominającego oglądającemu momenty z jego własnego życia. Przewodnim motywem sezonu jest jego przyjaźń z Francescą poznaną w Modenie, która odwiedza Deva w Nowym Jorku. Każdy odcinek serialu jest kręcony w trochę inny sposób. Ansari nie boi się trudnych ujęć, które bardziej pasowałyby do filmów Jarmuscha niż do serialu komediowego dla Netflixa, ale wszystko to ma sens i pogłębia tylko prawdziwość tego co przeżywa główny bohater.

„Master of None” dużo zawdzięcza „Louiemu” Louisa CK. W obu łączy się śmiech z niekomfortową realnością wydarzeń, których częścią są bohaterowie. Radosne chwile mieszają się z momentami tragicznymi, ale nie ma tu wybuchów pasji – jest po prostu odwzorowane życie.

Najlepszym odcinkiem całego sezonu w moich oczach jest „New York, I Love You”, który rezygnuje w całości z głównych bohaterów skupiając się na trzech niezwiązanych ze sobą mieszkańcach miasta. Zwłaszcza środkowa etiuda (bo można podzielić całość na trzy takowe) zachwyca.

„Master of None” to jeden z najciekawszych i najlepszych seriali na Netflixie. Taka jest prawda. I warto było czekać na sezon numer dwa. Pytanie czy kolejna seria do nas trafi jest otwarte. Każdy fan tego chce, ale sam Ansari twierdzi, że nie jest pewien czy chce po raz kolejny wracać do Deva. Bo prawda o życiu jest też taka, że jest ono repetetywne – więc może nie warto opowiadać po raz kolejny tym samych historii?

Nie masz jeszcze Netflixa? Teraz możesz go mieć na okrągły rok w prezencie! Serio.