Lil Wayne powraca z tarczą - Electronic Beats Poland

Lil Wayne powraca z tarczą

Kiedy Lil Wayne wydał “Tha Carter III” i spróbował wkupić rap z Południa w łaski rozgłośni radiowych i DJ’ów ze Wschodniego Wybrzeża, wielu truskuli straciło rozumy. “Co za pajac!”; “Zero skilla”; “Hip-hop umiera na naszych oczach!” Z perspektywy czasu i epoki soundcloudowych wynalazków, ci sami oburzeni muszą przyznać, że rozdzieranie szat było przesadzone. Tabuny popularnych obecnie raperów zawdzieczają Wayne’owi wszystko: od śpieworapu po tatuaże na twarzach, ale robią to sto razy gorzej. Sam inspirator zawsze miał wiele do zaoferowania, wystarczyło przejść ponad (wtedy) kontrowersyjnym wizerunkiem i specyficznym głosem, który bardziej przypominał dźwięki wydawane przez stwory z odcinka “Opowieści z krypty”, aniżeli męskich do bólu gangsterów z lat 90-tych i ich blingowych następców. Można Weezy’ego nie lubić, ale trzeba mu przyznać, że zmienił hip-hop. Jego asocjacyjny styl składania wersów, konstruowanie sprytnych metafor, operowanie puentą przeniknęło do kanonu nowoczesnych technik rapowania. A Nicki Minaj i Drake – dwójka podopiecznych z jego wytwórni Young Money – przez pierwsze lata swoich karier śmiało czerpali ze stylu Tunechiego.

Przez swoją etykę pracy, która sprowadza się do motta “nagrywaj cały czas”, Wayne nie ma zbyt równej dyskografii. Ale kiedy trafia, to wyciąga najszczersze złoto. “Tha Carter III” to kamień milowy rapu – udany związek Południa ze Wschodem, pobłogosławiony przez samego Hovę w utworze “Mr. Carter”. Owszem, UGK, Three 6 Mafia i Outkast przecierali szlak, ale nigdy nie uzyskali pełnej akceptacji rapowego establishmentu z Nowego Jorku. “Carter III” już tak. Dzisiaj, w dobie dominacji trapu, Atlanty (Migos, Lil Yachty) i Florydy (Lil Pump, nieżyjący XXXTentacion), łatwo zapomnieć o tym, że kiedyś rap z Południa nie miał najlepszej opinii. Niesamowite, jak wahadło stylu mocno odbiło od lirycyzmu i boom bapowych bitów w kompletnie inną stronę, wytyczoną przez Rolanda 808, adliby i prostotę tekstów. Mimo, że wiele tekstów Wayne’a nie podpada pod tę prostotę, to jednak jego ducha czuć wszędzie. Podobnie jak np. Future, Weezy budował swoją karierę na mixtape’ach. Tutaj ponownie mamy problem z ogólną jakością, ale serie “Da Drought” i “The Dedictaion”, stanowią jasne punkty, żeby nie powiedzieć klasyki. Ponownie kłania się tytaniczna praca, którą raper wkłada w nagrywki. Szkoda, że często szwankowała kontrola jakości – raper ma na koncie 20 (!) mixtape’ów.

Źródeł tego szwanku szukać należy w osobowości Wayne’a. Jako dziecko trafił pod skrzydła Baby’ego z wytwórni Cash Money, z czasem poznał także swojego przyszywanego ojca, przerażającego Birdmana, którego można nazwać Suge Knightem naszych czasów. W grupach The B.G.’z i Hot Boys nie tylko otrzaskał się jako małoletni raper, ale także poznał smak sławy i używek. Niestety, zdrowie Wayne’a to ciągły powód do strachu wśród oddanych fanów i fanek: wieloletnie uzależnienie od kodeiny sprawia, że organizm rapera to tykająca bomba. W dokumencie towarzyszącym “Carterowi III” widzimy, jak artysta traci rozum przez syrop i wybucha na scenie – dekadę później Wayne jest w mniejszym, choć wciąż obecnym, zagrożeniu, potwierdzanym przez kolejne doniesienia o przeżytych wylewach. Być może w drodze ku spokojowi pomogła mu deskorolka, która w ostatnich latach stała się jego największą miłością. Przyszłość może być jeszcze lepsza: wyjście z prawnego piekła i konfliktu o pieniądze z Birdmanem to znak lżejszych czasów dla starganego życiem Tunechiego.

I to starganie słychać na długo wyczekiwanym, a wydanym po wielu perypetiach albumie “Tha Carter V”. Bez wątpienia to powrót do formy i jeden z lepszych rapowych krążków roku, niestety zdecydowanie za długi. Nierówności nadrabiają fenomenalne utwory: od “Don’t Cry”, gdzie za refren odpowiada XXXTentacion (nie byłem jego fanem, ale tutaj dokłada upiornego czynnika), przez “Dope Niggaz” z rewelacyjnym wjazdem Snoopa, aż po bodaj najgłośniejszy hip-hopowy numer ostatnich miesięcy, “Mona Lisa”. Kooperacja z Kendrickiem Lamarem wypadła wyśmienicie, po raz kolejny udowadniając, że największą siłą rapu jest jego narracyjny potencjał. Szkoda, że więcej utworów z albumu nie podążą tą drogą. W zasadzie nie podąża żadną z dróg – największą bolączką “Cartera V” jest jego kompletna niespójność, bez wątpienia efekt wielu lat w wytwórnianej lodówce. Jest to jednak bolączka urocza, prawdziwa podróż przez najróżniejsze hip-hopowe trendy na przestrzeni lat. Z jednej strony mamy “Let It Fly”, które dzięki Travisowi Scottowi cofa nas trzy lata wstecz. Z drugiej rozkosznie blingowe “Start This Shit Off Right”, artefakt sprzed ponad dekady, z odkopaną skamieliną Ashanti w gratisie. Jeszcze z innej atakuje nas Swizz Beatz: “Uproar” spokojnie mógłby wyjść w 2010-2011. Tym, co spina to rapowe muzeum, jest Wayne, jak zawsze gotów dostarczyć zabawne linijki, kreatywne metafory, czy sprytne puenty. Szczególnie cieszy mnie ilość ballad, gdzie ten cudnie umęczony goblin wyje prosto z serca – Wayne emocjonalny to dobry Wayne!

“Tha Carter V” to nierówny album, ale także zwycięstwo człowieka, który na wygraną po prostu zasługuje. Po latach duszenia przez Birdmana Young Money wreszcie w pełni należy do Wayne’a i piąty Carter to fontanna szampana, który stał w lodówce zdecydowanie za długo. Pozszywany z wielu etapów kariery rapera, jest celebracją i dobrą wróżbą na przyszłość. Parafrazując znane powiedzenie: “spieszmy się kochać Wayne’a, może odejść w każdej chwili!”