Electronic Beats Poland

Lana Del Rey vs. Radiohead, czyli kilka pytań o naturę twórczości

Published on January 17, 2018 10:45 Berlin Time

Muzyczne plagiaty to zagadnienie ciekawe, skomplikowane, a czasem śliskie i zagadkowe. Kiedy sprawa trafia do sądu, trzeba ustalić stopień podobieństwa, intencje autorów, a niejednokrotnie wręcz spekulować o inspiracjach. Artyści lubią zasłaniać się np. kryptomnezją (w tym kontekście nieświadomym cytowaniem cudzych dzieł), powszechnością pewnych kompozycyjnych chwytów (choćby klasyczny popowy pochód czterech akordów), czy po prostu przypadkiem. To wszystko składa się na kuriozalne i fascynujące sytuacje, a jedno z takich kuriozów rozgrywa się właśnie przed naszymi oczami.

Utwór pochodzący z ostatniego albumu Lany Del Rey (“Lust for Life”) – “Get Free” – w zwrotkach ma łudząco podobną progresję akordów do pierwszego (i chyba jedynego prawdziwego w rozumieniu radiowego hitu) przeboju Radiohead – “Creep” z albumu “Pablo Honey”. Artystka na swoim twitterze i w trakcie jednego z koncertów potwierdzała plotki o pozwie skierowanym przez Radiohed, co okazało się nieprawdą. Firma Warner/Chappell zaprzeczyła, że taki pozew się pojawił, zaprzeczyła również, że zespół żąda 100% tantiem od utworu. Natomiast oświadczenie potwierdza, że pewne kroki zostały podjęte – od sierpnia ubiegłego roku Warner/Chappell rozmawia z ludźmi Lany Del Rey na temat potencjalnej ugody w sprawie utworu.

https://www.youtube.com/watch?v=cUQ0aNuhR-s

Żeby zrozumieć kuriozalność całego wydarzenia, potrzebujemy trochę kontekstu. Radiohead dzisiaj to zespół kompletnie inny niż ten z początku lat dziewięćdziesiątych. To artystyczna instytucja, która ma za sobą klasyczne, łamiące konwencje albumy. “Creep” to utwór, który jest grany bardzo niechętnie na koncertach i rzeczywiście odstaje poziomem od eksperymentów z kolejnych krążków, a sam zespół darzy go niechęcią. Ale to nie jest najważniejsze – najważniejsze (i w sumie najzabawniejsze) jest to, że sami Radiohead byli już pozwani za “Creep”. Albert Hammond i Mike Hazlewood, którzy napisali piosenkę “The Air That I Breathe” The Hollies, dopatrzyli się podobieństw do tego utworu w “Creep”. W efekcie przypadło im współautorstwo “Creep” i tantiemy, które są głównym celem takich spraw. W tym świetle kroki przeciwko Lanie Del Rey są tym bardziej absurdalne – “Get Free” brzmi podobnie do “Creep” wyłącznie w zwrotkach, a sama sekwencja akordów w utworze Radiohead jest wręcz boleśnie banalna. Co wydarzyło się między wokalistką a brytyjskim zespołem? Czy to jakaś osobista sprawa, konflikt między managerami, rozgrywki wytwórni? W tym momencie można tylko spekulować.

Lana Del Rey twierdzi, że sprawa jest na tyle poważna, że “Get Free” może zniknąć z cyfrowych edycji albumu “Lust For Life” i wszystkich przyszłych fizycznych wydań (spekulanci do dzieła?). Ale przecież firma zarządzająca twórczością Radiohead przedstawia to w innym świetle. Czy wokalistka kłamie? Stawiałbym raczej na to, że przedłużające się negocjacje na tyle ją zmęczyły, że – dość lekkomyślnie i chyba nie do końca sprawdzając fakty – postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zwołać trybunał mediów społecznościowych. Twitter i Instagram skróciły dystans między publicznością a artystami i artystkami, można się zastanawiać, czy to dobrze, czy źle. W tej sytuacji management wokalistki mógł mieć spore problemy z upublicznieniem negocjacji (dodatkowo przedstawionych jako pozew sądowy), ale z drugiej strony taka afera podgrzewa emocji publiki, zachęca do stawania po jednej lub drugiej stronie. Dramat – prawdziwy lub wydumany – to paliwo dzisiejszej opinii publicznej, a “zaangażowanie” to podstawowy cel wszelkiego rodzaju komunikatów. Kto wie, może ta sytuacja napędzi trochę sprzedaż albumu “Lust For Life”?

Niemniej, co wielokrotnie podkreślałem, narzędzia w rodzaju Twittera nie sprzyjają branży muzycznej. Najbardziej cierpi na tym hip-hop, ale muzyka pop nie jest daleko w tyle. Prawo do wyrażania emocji to jedno, manipulowanie (nawet nieświadomie) milionową publicznością to drugie. Plemienna mentalność uskuteczniana przez media społecznościowe nie sprzyja niuansom, a większość spraw o plagiaty i naruszanie praw autorskich opiera się właśnie na nich. Publiczność już się podzieliła – elitystyczni fani i fanki Radiohead odsądzają piosenkarkę od czci i wiary (przy okazji z wyższością banalizują jej dorobek), a zwolennicy i zwolenniczki Lany Del Rey wskazują na niewinność podobieństwa, przy okazji oskarżając zespół o małostkowość i chciwość. Problem polega na tym, że obie strony się mylą. “Creep” nie jest arcydziełem, o które warto płomiennie walczyć, a samo Radiohead prawdopodobnie nie miało nic wspólnego z krokami przeciwko wokalistce. Ale afera już wybuchła, klawiatury już zostały rozgrzane, a plemiona znowu ruszyły na wojnę…

Abstrahując od kulisów “Lanagate” (Creepgate?), pozwy i ugody dotyczące naruszenia praw autorskich to w branży muzycznej chleb powszedni. Np. Led Zeppelin mają na koncie po kilka takich pozwów – biorą udział w niekończącej się epopei dotyczącej “Stairway To Heaven” (na razie sprawa stoi na kolejnej apelacji po zwycięstwie zespołu), ale nie zapominajmy o niecnym podbieraniu utworów od bluesmana Williego Dixona. Wszystkie sprawy między zespołem, a Chess Records rozwiązały się pozasądowymi ugodami – co jest zwyczajowym finiszem takich pozwów. The Beatles i wiele innych zespołów z kręgu tzw. Merseybeatu wprost podbierało piosenki, teksty czy maniery wokalne od  bluesmanów i rock’n’rollowców (głównie z Delty Mississippi) – część tych zabiegów została wytropiona, a winowajcy słusznie pociągnięci do odpowiedzialności (czyli oryginalni autorzy, np. Chuck Berry, dostali współautorstwo i tantiemy), ale ile z nich nie dotarło do pierwotnych autorów, możemy się tylko domyślać. W tamtych czasach obieg nagrań nie był tak zglobalizowany jak dzisiaj, nie istniały algorytmy analizujące podobieństwa, a spora część artystów – szczególnie czarnoskórych – nie miała dostępu do odpowiedniej reprezentacji prawnej. Muzycy Deep Purple w wielu wywiadach przyznawali, że ten czy inny utwór lub motyw był “buchnięty” (“nicked”), ale szczęśliwie unikali sądu, głównie przez niewiedzę oryginalnych autorów.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Bliżej naszych czasów warto wspomnieć m.in. o seksistowskim hymnie oślizgłych typów (polecam uważną lekturę tekstu), czyli “Blurred Lines” Robina Thicke i Pharrella Williamsa, który wyraźnie czerpie z utworu Marvina Gaye’a “Got to Give It Up”. Panowie musieli zapłacić 7,4 miliona dolarów. Szkoda, że sąd nie skazał ich dodatkowo na jakieś ciężkie roboty, coby ich chuć się odrobinę ucywilizowała. “Blurred Lines” zgrzeszyło kopiowaniem groove’u i beatu, ale Ed Sheeran poszedł dużo dalej – “Photograph” to kopia nuta do nuty “Amazing”, utworu napisanego przez Martina Harringtona i Thomasa Leonarda. Taki występek kosztował Sheerana 20 milionów dolarów, ale umówmy się – za samo istnienie “Shape Of You” powinien dostać dużo większą karę. Bombastyczny numer “Viva La Vida” Coldplay został rzekomo zbyt mocno zainspirowany przez “If I Could Fly” mistrza gitary Joe Satrianiego – tutaj sprawa skończyła się ugodą poza sądem.  Z kolei “Uptown Funk” Marka Ronsona i Bruno Marsa został wzbogacony o współautorstwo The Gap Band, na podstawie podobieństw do ich numeru “Oops Up Side Your Head”. Co ciekawe, o “Uptown Funk” upominają się także funkowe zespoły Collage i The Sequence, co jest bardziej dowodem na częsty brak oryginalności w obrębie funku, aniżeli złe intencje Ronsona i Marsa – mimo tego, że wokalista zbudował swoją karierę na odtwarzaniu konwencji z przeszłości.

Patrząc na tę listę, widzimy przede wszystkim kiepski pop, który żywi się muzycznym recyklingiem, ale historia tych pozwów stawia ciekawe pytania o naturę twórczości. Ile z niej jest naprawdę oryginalna, co konstytuuje oryginalność, jak oddzielić inspirację – czasem nieświadomą – od plagiatu… Co z podobieństwami melodii w dobie kompletnego przegrzania rynku muzycznego, kiedy wiele utworów brzmi niemal dokładnie tak samo (czego dowodzą chociażby youtubowe mashupy hitów z danego roku)? To są pytania wręcz filozoficzne, co prowadzi do bezradności sądów, a najczęściej do ugód poza nimi. Owszem, bardzo częstą motywacją są pieniądze, ale nie tylko – chodzi także o zachowanie integralności własnej twórczości, swoistego rodzaju artystyczną sprawiedliwość.

Sprawa utworu “Get Free” jest o tyle zagadkowa, że reprezentanci Radiohead potencjalnie celują w nieszkodliwą gwiazdę popu, broniąc utworu, którym zespół wręcz gardzi. Rozwinięcie sytuacji może nas jeszcze zaskoczyć – tymczasem Lanie życzę mniej Twittera, a więcej współpracy z songwriterami o bardziej oryginalnych pomysłach.