Kuba Knap: Już wyrosłem z wymyślania siebie - Electronic Beats Poland

Kuba Knap: Już wyrosłem z wymyślania siebie

Kuba Knap zadebiutował na hiphopowej scenie w 2013 roku nielegalem „Bez Nerwów, Bez Złudzeń”. Przełomem był dla niego udział na albumie „Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki”. W rok później cieszyliśmy się pierwszą, wysoko ocenianą płytą Kuby „Lecę, Chwila, Spadam”. Kolejne albumy i single takie jak „Ze Mną” czy nasycone funkiem „Ludzie Mówią Różne Rzeczy” uczyniły z Knapa czołowego gracza polskiej rap-gry.

Z okazji premiery najnowszej płyty „Knurion” rozmawiam z raperem m.in. o artystycznej wolności, życiu bez internetu i smartfona, wskrzeszaniu ducha Starej Szkoły czy potrzebie kamuflażu, by przetrwać we współczesnym świecie.

Właśnie ukazał się Twój najnowszy album „Knurion”. Co kryje się pod tą nazwą?
To słowo wymyśliło się samo. Knurion ogólnie to marka korbolotów. Ta koncepcja nazwy powstała wspólnie z mymi producentami z Wrocławia: Opiatem i Panamą. Knurion brzmi dość kosmicznie, jak jakaś nazwa pojazdu…

Twoje pierwsze płyty ukazywały się pod szyldem Alkopoligamii. „Najlepsze wyjście” wydało Hemp Records, co obiło się sporym echem na scenie. Nowy album wydajesz – podobnie jak debiut projektu WCK – własnym sumptem. Skąd ta decyzja?
Ja właściwie od zawsze chciałem wydawać niezależnie. I w końcu poczułem, że jestem na to gotów. I nie chodzi to głównie o kwestie finansowe, ale duchowe – moje pragnienie wolności. Doskonale wiem, że debiutowałem i kojarzony byłem silnie z Alkopoligamią…

I niejako uosabiałeś ten właśnie etos Alkopoligamisty – przynajmniej w piosenkach…
To prawda, tak było i to niestety przede wszystkim w życiu (śmiech). Natomiast z wytwórnią Mesa nie mamy problemów czy beefu, nasze układy są ok: przedwczoraj podrzuciłem im moje płyty do biura.

Tym razem współpracujesz duetem producenckim Opiat / Panama. Jaki to był styl pracy?
Ja poznałem chłopaków przez Japę (Dżejpę). Bardzo podobał mi się ich bit, na którym gościnnie rapowałem. Potem nasza praca wyglądała tak, że ja jeździłem na weekendy do Wrocławia – to były 4 weekendy na przestrzeni roku. Rozumieliśmy się doskonale. Zabawnym był fakt, że oni świetnie komunikowali się na niwie osobistej, a gorzej na muzycznej, bo mówili zupełnie różnymi językami. I ja byłem takim mediatorem pomiędzy Opiatem – aranżerem-samoukiem i Panamą – gitarzystą-samoukiem. Tłumaczyłem jednemu, co mówi (muzycznie) drugi. Było to przekomiczne, ale to też przygoda. Fajnie to wspominam.

Z jaką ideą nagrywałeś ten album, była jakaś myśl przewodnia?
Ta płyta to wolność, taka muzyczna. Bo to jest najpiękniejsze w tworzeniu muzyki. Sam fakt założenia nagrania czterech piosenek, a potem wyjście ze studia z sześcioma zupełnie innymi jest piękny i dowodzi wolności działania.

Na pierwszych longplayach bardzo często poruszałeś temat alkoholizacji, bycia na luzie pod wpływem alkoholu, co uczyniło z tego twój znak rozpoznawczy. Teraz, kiedy jesteś w procesie trzeźwienia, utwory takie jak „Zbyt dziabnięty” brzmią zupełnie inaczej. Jak ci się śpiewa się o piwie nie pijąc go?
Rzeczywiście rozumiem te utwory zupełnie inaczej. Niektóre z nich wciąż gram, np. taki melanżowo-wiślański „Wiem, co zrobię” – on kojarzy mi się dobrze – w przeciwieństwie do wspomnianego „Zbyt Dziabnięty”. Te utwory nie powstawały wyłącznie z myślą o piciu. Jeśli się wsłuchasz dokładniej, to ja w sumie nie nagrałem nigdy melanżowego hymnu gloryfikującego używki, czy używanie. Tam między wierszami są ukryte pytania o sens, o kontekst, o przyczynę nietrzeźwości. Teraz staram się grać jednak głównie nowy materiał i te starsze utwory, które sumienie pozwala mi nawijać – po to są te koncerty.

W tym roku pojawiła się też płyta projektu, którego jesteś cześcią: WCK, która jest taką nową wariacją formuły „ziomki i przyjaciele”. Jak wam się gra razem w tak dużym składzie? Czy powstanie WCK to mial być hołd dla Old-Skoolu?
Ja bym nawet powiedział, że cała nasze ekipa jest takim hołdem dla Starej Szkoły! My znamy się nie z internetu, tylko z ulic, z hip-hopu. Jeden połączył drugiego, ziomek – ziomka. To szło torem totalnie old-skoolowym. I nasza płyta nie była wymyślana, ona się po prostu „stała”.

Skąd pomysł na przedsięwzięcie UNDAKNAP? Na jazz-house’owym bicie zarapowałeś wspólnie z trójmiejską ekipą Undadasea i stworzyłeś zupełnie nową jakość. Będzie ciąg dalszy, jakaś EP?
Poznałem ekipę Undadasea przez Persa i Nicaraguę, którzy później wpadli z całą ferajną na nasz koncert w Gdańsku i zrobili nam HHK pod sceną. W styczniu pojawiłem się w Gdyni i wiedziałem, że będę tam wracał. Utwór, który wyszedł jest faktycznie częścią większej produkcji, ale na nią trzeba będzie ciut jeszcze poczekać.

Jesteś znany z minimalnego zainteresowania internetem i spędzania w nim czasu, co jest odwrotne do stylu życia twoich rówieśników. Skąd taka postawa?
To prawda. Ja nigdy nie miałem smartfona, nie czułem takiej potrzeby, nie chciałem być uwiązany. Rzadko też korzystam z komputera. Nie chcę mieć obowiązku bycia online, nie chcę mieć nawet obowiązku każdorazowego odbierania telefonu, gdy ktoś akurat do mnie dzwoni. Komputer – z którego korzystałem i tak sporadycznie, np. do oglądania filmów – kiedyś mi się zepsuł i naprawiony został częściowo, ale od tego czasu leży w szafie. Obserwacja życia bez komputera jest np. taka, że nagle stajesz się pustelnikiem, ale jednocześnie jesteś bardzo blisko ludzi. Teraz, gdy mam coś zrobić, to po prostu jadę i robię. Na mojej drodze pojawia się tyle wspaniałych ludzi i okazji do muzycznego tworzenia, że aż trudno to określić. Nie mając kontaktu z ludźmi poprzez media społecznościowe, od razu z nimi zwyczajnie zaczynam rozmawiać, co niejako ustawia od razu pełniejszą rozmowę. W dyskusji nie lubię ślizgania się po fasadach znaczeń, tylko głębsze wejście w temat.

Kiedyś zauważyłem, że sprawiasz wrażenie osoby krążącej między sklepem nocnym a biblioteką. Dziś – nawet gdy już nie pijesz – jawisz się jako „Marek Hłasko polskiego rapu” ze specyficzną wrażliwością ubraną w płaszcz z nonszalancji i abnegacji. Bowiem na trendy również nie zwracasz uwagi – w przeciwieństwie do większości artystów obecnie.
Powiem wprost: na rzeczy takie jak w co się ubrać, co zrobić i jak się zachować, z kim bywać i gdzie się pojawiać, żeby wynikła z tego finansowa korzyść, może sobie zwracać uwagę dziwka, a nie człowiek. A ja sobie chcę zwyczajnie zapewnić dobry, prosty dzień, jakąś wolność twórczą i swobodę ruchów, żeby nikt nie zawracał mi gitary nakłanianiem do starania się o czyjeś względy. Wiem, że dużo tracę na takiej postawie, ale to mój wybór. Rzymianie mówili, że „czasy są zawsze te same”. To tylko nam wydaje się, że żyjemy w wyjątkowych czasach. Tymczasem schematy, postawy ludzkie są od wieków identyczne. Ja żyję w zgodzie z sobą samym, serce podpowiada mi, że dobrze robię, sumienie mam spokojne – to są najważniejsi doradcy. Odnośnie porównania do Marka Hłaski: ja już wyrosłem z wymyślania siebie. Moja nonszalancja czy abnegacja są takim trochę jawnym kamuflażem, który pozwala mi jakoś uczestniczyć w tym świecie. Jednak z mocnym przymrużeniem oka. Decydując się na bycie osobą publiczną, musisz posiadać pewien pancerz.

Jaki będzie Kuba Knap za 10 lat?
Jedyną stałą rzeczą u mnie od 10 lat jest robienie rzeczy z różnymi dobrymi ludźmi w fascynujących miejscach. I zakładam, że to będzie trwać . A reszta, jak reszta, co życie da.