Ktoś zawsze musi przegrać… czyli indie rock na początku XXI wieku. - Electronic Beats Poland

Ktoś zawsze musi przegrać… czyli indie rock na początku XXI wieku.

Words by Igor Prusakowski

New rave. Post-punk revival. I jeszcze kilka nazw dla gatunków, które oznaczają praktycznie jedno i to samo, czyli specyficzną odmianę indie rocka ukształtowaną na początku pierwszej dekady XXI wieku. Swego czasu, kapel tego rodzaju była niezliczona ilość i jak to w wypadku takich boomów bywa, część z nich zrobiła zawrotne kariery, a część z nich… No właśnie, nieco zaprzepaścili swoje szanse. Te dziesięć-piętnaście lat temu okupowali listy przebojów i grali wyprzedane trasy po całym świecie… tylko po to, by słuch o nich zaginął. Gdzie są teraz?

 

Przygotowałem dla Was szybki przegląd po indie z XXI wieku, nieco a’la “pytanie – odpowiedź”. Osiem kapel – cztery te, którym się udało i cztery te, które zdziałać mogły wiele więcej. Dla muzycznych i językowych purystów – Modest Mouse, Pavement czy Fugazi tu nie uświadczycie. Wszyscy doskonale wiemy, że indie miało nieco inne znaczenie w latach 90. i już 10 lat później, a protoplastom o robienie kariery w muzycznym świecie nigdy nie chodziło. Zaczynamy!

 

LOSERS:

Franz Ferdinand

To nieco kontrowersyjny wybór z mojej strony, zwłaszcza mając w pamięci słowa “słuch o nich zaginął”, aczkolwiek uważam, że Franz Ferdinand było stać na wiele więcej. Po premierze debiutu w roku 2004 “Take Me Out” było dosłownie wszędzie. Ten album to zresztą uosobienie stwierdzenia “all killer, no fillers”. Potem był prawie dorównujący “You Could Have It So Much Better”, który bez problemu dźwignął brzemię “drugiego albumu”. Przy “Tonight” było już czuć lekkie zmęczenie materiału, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich niepotrzebny zwrot ku bardziej dyskotekowemu rockowi (i ta nieznośna płyta z remiksami…). A potem? Z następnego albumu, który miał być powrotem do korzeni, na chwilę obecną pozostał nam tylko śmieszkowy klip do “Evil Eye”. Kolejny album, nagrany razem z weteranami ze Sparks, choć był całkiem niezły, całkowicie ominął mainstream.

 

Co robią teraz: Jeden z założycieli zespołu i jego najważniejsza postać obok lidera, Alexa Kapranosa, czyli Nick McCarthy zrezygnował z Franz Ferdinand w 2016, a dla zespołu rozpoczęła się równia pochyła: kiepski numer będący protest songiem przeciwko polityce Trumpa (oryginalnie, nieźle…) i nowy album – “Always Ascending”, który z wyprzedanych stadionów zaprowadził ich do niewypełnionych sal koncertowych. To trochę smutne, biorąc pod uwagę, że jeszcze jakiś czas temu byli tymi drugimi największymi z UK.

 

WINNERS:

Arctic Monkeys

To ci pierwsi najwięksi. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać do tego, jak obecnie wielki jest ten zespół, prawda? Zaczynali, grając na kiepskim sprzęcie w brudnych piwnicach – i spełnili swój sen. Najpierw dwie płyty wypełnione tanecznymi, punkowymi hitami, po czym spotkali na swej drodze Josha Homme, który postanowił wyprodukować ich kolejny album. I to ten zespół uratowało i pomogło dojrzeć – muzycznie, jak i w podejściu do całego showbusinessu. Wręcz przeciwnie do Franz Ferdinand, którzy w 2009 zwrócili się całkowicie w inną stronę z raczej kiepskim skutkiem. Nie każdy jednak musi poprawnie wyczuć koniunkturę.

 

LOSERS:

Bloc Party

“Silent Alarm”, czyli ich debiut, było płytą niesamowitą, a bangery takie jak “Helicopter” czy “Banquet” znał dosłownie każdy. Brzemienia drugiego albumu niestety nie dźwignęli i na zawsze zostali one hit wonders. A potencjał był olbrzymi. Co zabiło hype na nich? Myślę, że podobnie jak u Franz Ferdinand – nieudany zwrot w stronę elektroniki, który całkowicie pozbawił ich umiejętności pisania hitów.

 

Co robią teraz: W 2013 zespół wisiał na włosku, jednak odnowił swoją karierę dwa lata później – bo co jak co, ale uporowi nie można Okereke odmówić. Jako lider sprawdza się idealnie. Szkoda tylko, że skok na mainstream skończył się w ich wypadku tak, że czasem puszczą ich dwa wspomniane hity w nocnym paśmie na MTV Rocks. W 2016 wydali “Hymns”, mając nadal jeszcze nie do końca poskładany line-up. I choć był to album całkiem niezły, mainstream się o nich już nie upomniał. I raczej tego nie zrobi.

 

WINNERS:

Arcade Fire

Tutaj z kolei idziemy w całkowicie drugą stronę. Arcade Fire nie mieli nic by stać się sławnymi – nie mają aparycji dla bycia idolami nastolatek, wykorzystywali dość szerokie i dziwne instrumentarium, a muzyka, prócz paru hitów nigdy nie była super energetyczna. Do czasu. Mieli jednak właśnie ten zmysł kompozycyjny i wyczucie tego, co będzie na topie – do tego stopnia, że stali się jednym z największych zespołów XXI wieku. Przecież ich fanem był sam Bowie, który wystąpił na feacie w “Reflektor”. Po kiepsko przyjętym “Everything Now” obawiam się jednak, że mogą po czasie podzielić los wspomnianych wcześniej kolegów po fachu. Chyba, że to jedynie wypadek przy pracy.

 

LOSERS:

Klaxons

“Myths of the Near Future” było wszędzie. Nie ma się co jednak dziwić – jako jedni z pierwszych łączyli nowoczesną elektronikę z również nowoczesnym popem. A potrafili zrobić to w taki sposób, że “Golden Skans” znają chyba wszyscy – od waszych mam, aż po miłośników piątkowych melanży. Potem było “Surfing The Void” – czyli “Echoes” i długo długo nic. A teraz?

 

Co robią teraz: Podobno w 2014 wydali album. Album tak gorąco przyjęty, że doprowadził do ostatniej trasy zespołu i do zawieszenia działalności na czas nieokreślony. Aż ciężko uwierzyć, że “Love Frequency” zostało nagrane przez tych samych typów, co “Myths…”. Duży żal i zaprzepaszczona szansa. Klaxons to taki Stefan Hula, któremu nie poszedł drugi skok i nie zdobył złota na olimpiadzie. Ani nawet podium.

 

WINNERS:

LCD Soundsystem

Tak się robi indie/electro. James Murphy to absolutny król na tej płaszczyźnie. A każdy album jest jeszcze lepszy. Mógłby pokazać chłopakom z Klaxons, o co w tym chodzi, to może nie musieliby się rozpadać. I choć to właśnie LCD Soundsystem jako pierwsze zawiesiło działalność, bo chwilę po trzecim albumie, to w 2016 powrócili, rok temu wydając jeden z najlepszych albumów dekady – “American Dream”. Obok !!! to oni są jedyną słuszną definicją dance-punka. Granat wrzucony do pokoju, w którym leżą płyty Joy Division, Bowiego i masy house’owo-rave’owych klasyków.

 

LOSERS:

The Strokes

Wielka nadzieja na odrodzenie PRAWDZIWEGO rocka – i to zrobiona z prawdziwą pompą, nie jak Greta Van Fleet. I “Is This It?” i “Room on Fire” zdefiniowały garażowe granie – w sumie nie ma co się bać tego stwierdzenia – aż do teraz. I do teraz powinny być punktem odniesienia. Po drodze jednak coś musiało się wysypać – inaczej nie trafiliby akurat do tej kategorii. Ciężkie charaktery Casablancasa, Valensiego i Hammonda Jr., a może jeszcze coś innego doprowadziły do zawieszenia działalności zespołu i nagraniu jeszcze trzech płyt, które były absolutnie dla nikogo. Grali też jako headlinerzy w 2011 na Openerze – idealny przykład przebrzmiałej gwiazdy na (jeszcze wtedy) nie tak dużym fesiwalu. I podobnie jak w wypadku Franz Ferdinand – dwa pierwsze albumy są definicją gatunków i są po prostu niesamowite, to pozostaje ogromny żal – bo mogli więcej.

 

Co robią teraz: Pograli parę koncertów jako festiwalowi headlinerzy w 2016 i 2017, doszło do kolejnego zawieszenia działalności poprzedzonego plotkami o działalności z m. in. Rickiem Rubinem. Podobno mają wrócić w lipcu tego roku. Zobaczymy, co z tego będzie. Ja trzymam kciuki. Choć boję się zważając na to, co Nick Valensi prezentuje w swojej nowej kapeli – CRX – która jest totalną kalką z nowego Arctic Monkeys czy Royal Blood.

 

WINNERS:

Foals

Foals zamyka ten ranking. Ta dziwaczna mieszanka math rocka i indie, do której potem dodano zarówno wpływy Talking Heads jak i krautrockowych legend, jakimś cudem “zażarła” i wywindowała ich na szczyty list przebojów i wszelakich podsumowań roku. Może to energiczne występy na żywo? Albo to, że nie są tylko “chłopakami z gitarami”, a mega kumatymi muzycznie ludźmi (podobnie jak Arcade Fire). Bo w końcu każda ich płyta jest inna, każda jest świetna i w każdej już po pierwszym dźwięku możemy być pewni, że słuchamy Foals. A wielkimi krokami, choć już po zmianie basisty, nadchodzi piąty album. I na długo nie zejdzie ze słuchawek.

 

I choć w wielu wypadkach, zwłaszcza wśród loserów nie mogłem obyć się bez przytyków, to w tych zaprzepaszczonych szansach najgorszy jest właśnie ten ogromny żal. O to, że im się nie udało – a mieli wszystko. Nie były to kariery zniszczone nałogami, jak choćby u The Libertines, a zwyczajnie muzycy gdzieś po drodze się pogubili. Całe szczęście zostawili chociaż po sobie świetne debiuty.