The KLF. Znamy się ze słyszenia. | Electronic Beats Poland

The KLF. Znamy się ze słyszenia.

„Mam nadzieję, że 23.08.2017 to nie data początku apokalipsy” – napisał mi żartem Rafał Iwański, kiedy zapraszałem go do udziału w tym tekście. Tego dnia powrócić ma The KLF, zespół – legenda, którego dokonania w sferze muzyki są gatunkotwórcze, na rynku fonografii – złote, a na polu show-biznesowej dywersji – niedoścignione; zespół, który 23 lata wcześniej spalił milion funtów. Formacja o której historii, znaczeniu i wpływie na ich własną twórczość opowiedzieli mi reprezentanci krajowej sceny niezależnej – od jej eksperymentalnych, rozimprowizowanych zakątków, aż po miarowo taktowane, klubowe parkiety.

Kiedy w 1987 roku Bill Drummond i Jimmy Cauty wypuścili swój pierwszy, samplopochodny utwór pod aliasem The Justified Ancients of Mu Mu, to nic nie wskazywało na to, że za 5 lat wystąpią na gali wręczenia BRIT Awards. Kapituła przyznająca owe wyróżnienia, a tym bardziej publiczność zebrana na bankiecie, nie spodziewała się natomiast, że zespół znany ze swoich tanecznych hip-house’owych hybryd, zaprezentuje 3 minuty ekstremalnego hałasu zakończonego ostrzałem widowni z karabinu M16 nabitego… ślepakami. Pół dekady dzielące oba te wydarzenia wypełnia natomiast jedna z najciekawszych historii w dziejach brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Losy, w których okultystyczne, numerologiczne inspiracje przemycane były pod (skórzanym) płaszczykiem łatwo wpadających w ucho, acidowych szlagierów, kontrkulturowa, anarchistyczna dywersja przeprowadzana była medialnymi kanałami głównego nurtu, a profity płynące z bardzo dobrze idącej sprzedaży płyt – całkiem dosłownie – płonęły na ołtarzu idei. Dzieje na przestrzeni których powstała jedna z najbardziej intrygujących ambientowych płyt w historii gatunku, kultura rave z zupełnej niszy przedarła się na pierwsze strony gazet, a sampling wzięły pod lupę wielkie wytwórnie „strzegące interesów” swoich podopiecznych. Opowieść ta – pomimo swojej przytłaczającej skali i (nie)sławy jaką cieszy się w Wielkiej Brytanii – jest jednak w Polsce zaskakująco mało znana. Kiedy bowiem, trochę po omacku, szukałem gości chętnych przedstawić swoje wspomnienia i doświadczenia związane z The KLF w tym artykule, większość rodzimych muzyków, producentów i DJ’i odpowiadała mi, że albo zupełnie nie zna ich twórczości, albo kojarzy tylko pojedyncze utwory z dawnego MTV i nie mają one dla nich żadnego znaczenia. Im bliżej trzymałem się gatunkowego klucza o który pobrzękiwały house i hip-hop, tym mniej osób miało coś do powiedzenia. Na szczęście jednak w sukurs przyszła mi lokalna scena eksperymentalna – ludzie w których twórczości próżno doszukiwać się oddźwięków „Last Train to Transcentral”, czy „What Time is Love”, ale bezkompromisowa postawa Drummonda i Cauty’ego jest im bardzo bliska. A że coraz bliższa jest również data powrotu The KLF – zapowiadana na 23. sierpnia tego roku premiera książki „2023: a trilogy” – trudno wyobrazić sobie lepszy czas, żeby na powrót opowiedzieć ową fascynującą muzyczną legendę, tym razem ustami reprezentantów krajowego środowiska dźwiękowego. Nie zebrało się ich co prawda 23. ale i tak jest to załoga liczna, barwna i zróżnicowana.


Patryk Cannon

Gitarzysta, wokalista i producent związany przez lata z takimi zespołami jak La Aferra, czy Dead Sound, a od 2011 roku nagrywający głównie pod własnym nazwiskiem. Jego twórczość ukazywała się pod szyldami S1 Warsaw, U Know Me czy Please Feed My Records, a najnowszy krążek czeka na premierę nakładem FASRAT.

Pamiętam KLF z początku lat 90., byłem wtedy szczylem 13 letnim, a MTV grało dużo fajnych teledysków. W sumie to kojarzę 3 kawałki KLF i chyba to tyle, ale pozostają one w mojej głowie, jako zajebiste tło dla moich początków wkręcania się w muzykę. No i przy „Last Train To Trancentral” uczyłem się tańczyć hip-hop.


Wojciech Krasowski

Założyciel i głównodowodzący zamkniętego kilka lat temu labelu Quiet People, współorganizator łódzkiego festiwalu rodzimej alternatywy LDZ. Dziś skupia się głównie na współprowadzonej wraz z Przemysławem Jankowiakiem vel Etamski vel 1988 oficynie Latarnia – wydawcy Synów, Normal Echo i Adama Gołębiewskiego.

Moje pierwsze zetknięcie z KLF, miało miejsce w moim rodzinnym Chełmie i przypadło na lata 2000-02. Pewnego dnia zadzwonił do mnie kumpel z propozycją zarobienia kilku groszy na uprzątnięciu piwnicy jakiegoś emerytowanego żołnierza. Przez pół dnia wynosiliśmy wojskowe berety, bagnety, glany, aż w końcu natrafiliśmy na skrzynię z kasetami. Pełno było tam chłamu spod znaku Italo Disco, czy Mydełko FA, ale była także kaseta na okładce której widniało jakichś dwóch wariatów z sitarami na tle wielkich pieców Marshalla. Stwierdziłem, że muszę sprawdzić co to za muzyka i zawinąłem taśmę na chatę. W domu się okazało, że „What Time is Love” przypomina mi ścieżkę z filmu Mortal Kombat, której byłem wówczas fanem. Chwilę później, dzięki portalowi Last.fm natrafiłem na „Chill Out”, którego słuchałem godzinami na przemian z „Selected Ambient Works Volume II” Aphex Twina. Natomiast ostatnio o KLF przypomniał mi Robert Piernikowski, który przedstawił mi K Foundation i historię spalenia bańki funtów – o czym nie miałem pojęcia. I chyba muszę któregoś dnia wyciągnąć tę kasetę z piwnicy i sprawdzić ją w tym nowym kontekście.


Mateusz Franczak

Przez lata swojej bytności na scenie zdążył być już gitarzystą w punkowym The Kolt, klawiszowcem w funk-rockowej 22pm, saksofonistą w avant-jazzowym Daktari i multiinstrumentalistą w How How. Dziś skupia się głównie na swoim solowym projekcie, którego efektem jest zeszłoroczny debiutancki album „Long Story Short”.

Jest 6:45, jesień 2003. Wsiadam do pociągu w podwarszawskim Michalinie i ruszam w kierunku Powiśla. Mijam kolejne stacje linii otwockiej, wszystkie tak bardzo do siebie podobne i położone w dość regularnych odstępach wzdłuż jednej ulicy. Ta miarowość powoduje, że czuję się jakbym jechał tramwajem. Stoję w przedziale i usiłuję czytać, ale ścisk potworny, niewygodnie, więc chowam książkę i zakładam słuchawki. W odtwarzaczu „Chill Out”. Okna są już całkowicie zaparowane od gorących oddechów pasażerów. Ich przygarbione sylwetki i zmęczone, niewyspane twarze napawają mnie spokojem, relaksują. Postanawiam obserwować znaną dobrze trasę, więc przecieram rękawem kawałek szyby. Jesteśmy już za Wawrem. Teraz robi się najciekawiej. Najbardziej lubię odcinek pomiędzy Olszynką Grochowską, a Warszawą Wschodnią. Składy śmieci, magazyny, zniszczone hale i prowizoryczne garaże. Krajobraz polskich lat 90. Pociąg stoi chwilę na Wschodnim. Dźwięki The KLF otulają ciało i wślizgują się do głowy – po latach okaże się, że zakodowały się we mnie na dobre. Zawieszam się i łapię na tym, że nie wiem, w którą stronę zaraz odjedziemy, ale nie ma to większego znaczenia. Chodzi o to, żeby pozostawać w ruchu i uważnie wsłuchiwać się w przestrzeń.


Łukasz Łazarczyk

Producent elektroniczny zgłębiający obrzeża house’owej rytmiki i tanecznego lo-fi, a w swojej twórczości posługujący się aliasami Kobster, czy DJ Stoner Dad. Wraz z Tomkiem Bednarczykiem współtworzył duet Harrison Chord i wytwórnię We Are Your Music Mate.

Moja przygoda z KLF rozpoczęła się nieoczekiwanie od tego, że jakieś 15 lat temu mój najlepszy przyjaciel przyniósł skądś ich płytę „Chill Out”. Katowaliśmy ją niemiłosiernie, a były to czasy kiedy obydwaj byliśmy totalnie młodymi rap headami, ale już sięgaliśmy powoli po rzeczy z katalogu Ninja Tune i tym podobne. To dla mnie też czasy kombinowania pierwszych gramofonów i chodzenia do Empiku na lekturę The Source. Internet sobie raczkował, a płyty i opinie wymieniało się ze znajomymi. Pamiętam, że kumpel opowiadał mi jak jego babcia usłyszała, że słucha „Chill Out” i powiedziała, że to jakaś szatańsko-szamańska płyta i żebyśmy uważali jak tego słuchamy. Babcia jest ezoterykiem, więc chyba zna się na rzeczy. Kiedy zobaczyła jeden z klipów KLF powiedziała z kolei, że wygląda to jak sen wariata. Dopiero później poznałem inne rzeczy KLF, tak przecież różne od tego, co pokazali na „Chill Out”. Z perspektywy czasu uważam, że babcia mojego przyjaciela miała rację, a płyta „Chill Out” została ze mną na dłużej.


Tomek Mirt

Muzyk i plastyk. Miłośnik syntezatorów modularnych i field recordingu. Założyciel labeli cat|sun i saamleng. Poza swoją solową działalnością artystyczną w ramach, której wydawał płyty w takich oficynach jak MonotypeRec czy Backwards, udziela się w projektach Brasil and The Gallowbrothers Band i Mirt+TER.

The KLF nie powinno robić na mnie większego wrażenia, jeśli patrzeć tylko przez pryzmat ich dyskografii. Zrobili sporo dobrych rzeczy, ale w dużej mierze, odległych od moich zainteresowań. Poruszam się więc raczej po obrzeżach tego, co wydali pod szyldami The KLF, Timelords, czy The JAM’s – wiele rzeczy doceniam, ale wracam tylko do odosobnionych pozycji. Te kilka zdań piszę teraz właściwie tylko za sprawą „Chill Out”. Podążając tropem tego albumu trafiłem jeszcze na „Space” Cauty’ego i „Waiting for the Rights of Mu”, obydwie do dziś lubię, ale daleko im do wrażenia, które zrobiło na mnie właśnie „Chill Out”. Tuż po wysłuchaniu płyta ta wskoczyła do mojej dziesiątki najlepszych albumów ever. I to wrażenie z czasem narastało, aż do dnia, w którym stało się poważną inspiracją dla moich własnych poszukiwań, czego ukoronowaniem jest album „Random Soundtrack”. Choć może to nawet nie kwestia inspiracji, a tego że „Chill Out” wpasowuje się w moje wyobrażenie idealnej ambientowej płyty – concept albumu z narracją, płyty-utworu, czegoś filmowego, a zarazem nie będącego typową soundtrackową muzyką. Pomimo tych wpływów, album nie jest dziś dla mnie najważniejszym dokonaniem duetu. To, co istotne wykracza daleko poza samą muzykę. The KLF jest dla mnie spadkobiercą spuścizny Factory Records. Dopiero oni w planowy sposób rozwinęli to, co było motorem działania Tony’ego Wilsona i jego wytwórni. Podobnie jak on znaleźli napęd w ideach sytuacjonizmu i dopisali do niego swój własny, wybitnie autorski, rozdział. O ile Wilson działał w sposób chaotyczny – wiele rzeczy w których powstaniu brał udział było dziełem przypadku uwidaczniającym się w drobnych szczegółach, o tyle KLF z perspektywy czasu zdaje się być niemal w stu procentach  zaplanowanym, spójnym i zakrojonym na szeroką skalę działaniem artystycznym. Powtarzające się próbki i obrazy stają się symbolami nowej, dziwnej religii – będący ciągle w drodze stary radiowóz, kapłani z rogami, pedal steel guitar – samplowane chyba jeszcze z folkowej płyty Drummonda „The Man”, dźwięki tonowego wybierania telefonu. Drobiazgi, które powracając tworzą kolorowy oniryczny świat w którym jest wszystko od zjadliwej krytyki popkultury po właśnie quasi religijne, zatopione w narkotycznym śnie, wizje. „Stadium House” jest jakimś szalonym spektaklem postmodernizmu przełomu lat 80. i 90. Trochę hedonistycznym ravem, trochę dyskordianśkim obrzędem, anarchicznym zlepkiem czarnobiałych odpadków, ale sklejonych z fantazją designu Memphis. Ubrani w habity Drummond i Cauty grający na sitarach niczym metalowcy na swoich gitarach to obraz, który od razu wrył mi się głęboko w podświadomość. Robi to na mnie znacznie większe wrażenie niż nieco szczeniacki z perspektywy lat występ na Brit Awards, czy wściekłe kolaże JAM’s i Timelords (choć „Doctorin’ The Tardis” jest wielkie!). Dopełnienia „Chill Out” szukałem natomiast na innych „ambientowych” płytach duetu. Najlepszym okazało się video do „White Room” – pełny oniryzmu, o którym już wspomniałem, abstrakcyjny teledysk/film drogi z końcówką jak z „Odysei Kosmicznej” Kubricka. Kiedy słucham wczesnych, transowych wersji ich klasycznych singli, mam wrażenie, że powstały tylko po to by być w nieskończoność cięte na potrzeby kolażowych ścieżek ich kolejnych obrazów. Jeśli spojrzeć na wideo do „Waiting for the Rights of Mu” to same filmy zdają się być niemal we fraktalny sposób samplowane. To coś, co do mnie zawsze przemawiało, czemu nie samplować samego siebie? Nie raz, a wiele razy. The KLF bowiem to dla mnie pewna filozofia działania łącząca wiele istotnych dla kontrkultury wątków. Filozofia, która do dziś bardzo silnie do mnie przemawia.


Filip Lech

Redaktor muzyczny portalu Culture.pl, wcześniej związany min. z Glissandem. DJ i współzałożyciel wydawnictwa DUNNO Recordings nakładem, którego wyszły płyty Lutto Lento, Wojciecha Bąkowskiego, Andrzeja Nowaka, czy Heroin czyli jednego z projektów Piotra Kurka.

Najpierw trafiłem na muzykę The JAMs, czyli The Justified Ancients of Mu Mu – pierwszego projektu muzyków z The KLF. Poznawałem historię muzyki za pomocą sieci P2P i akurat byłem na etapie plądrofonii i eksperymentów Johna Oswalda. Ściągałem, siedziałem i słuchałem tyle, ile byłem w stanie – nawet jak mi się coś nie podobało. The JAMs było miłą odmianą po utworach-śmieciach Oswalda – mieli  zupełnie inne podejście do samplowania. Pamiętam kawałek „Don’t Take Five (Take What You Want)”, kultowy fragment z Brubecka wchodzi tam wyjątkowo gładko, a przecież na moment zupełnie zmienia klimat utworu. Kilka utworów dalej zaczyna się piękna piosenka napisana przez legendarnego wietnamskiego pieśniarza, no, a potem wchodzi ABBA… Strasznie mi się ten eklektyzm podobał, chociaż do nagrań The JAMs nie wracałem zbyt często, chłopaki mają dość ciężkie poczucie humoru, może dlatego ich muzyka nigdy nie zdobyła popularności? W każdym razie niezwykle szanuję ich sposób prowadzenia narracji – każdy sampel wprowadza jakąś historię, kontrasty, tworzy swobodne skojarzenia. Efektem jest gęstą sieć powiązań, a tego też szukam w setach didżejskich. Strasznie mnie nudzą miksy, które są po prostu ładnie posklejanym zbiorem nowych płyt. „Chill Out” The KLF rozwija natomiast to myślenie w stronę kolażową. I zupełnie nie interesuje mnie to, które fragmenty zostały ukradzione, a co zostało przez nich dograne.


Maciek Sienkiewicz

DJ, muzyk, dziennikarz, wydawca, promotor i aktywista działający na krajowej scenie klubowej właściwie od samego jej zarania, wczesnych lat 90.. Swoje eklektyczne sety grywał w przeróżnych miejscach Polski i Europy, a swoje kuratorskie zapędy realizuje dziś pod szyldem labelu Father and Son Records and Tapes.

The KLF poznałem dość wcześnie – nie pamiętam dokładnie jak i gdzie, najpewniej przez któryś z przebojów z MTV. Nie traktowałem tego wtedy jako czegoś awangardowego czy undergroundowego, a raczej – nie szukając za bardzo drugiego dna – stawiałem ich obok bardzo wtedy przeze mnie lubianych „indie-dance’owych” zespołów, jak Charlatans, Stone Roses czy EMF. Najpierw słuchałem „The White Room”, który miałem na kasecie dzielonej ze – wstyd się przyznać – „Up” Right Said Fred, a chwilę później poznałem „Chill Out” – do dziś niekwestionowany klasyk, o którego wpływie na nowoczesną scenę ambient napisano tomy. O tym, że KLF to nieco więcej niż spektakularne teledyski w kablówce dowiedziałem się z brytyjskiej prasy muzycznej – NME starałem się kupować na bieżąco w którymś z warszawskich empików przez całą pierwszą połowę lat 90., a tak charakterystyczne dla Drummonda i Cauty’ego bezwzględne wykorzystywanie mainstreamu do przemycania anarchistycznych treści robiło wtedy na dziennikarzach naprawdę duże wrażenie. W pewnym sensie The KLF uszło względnie na sucho to, na czym wyłożył się Negativland – grupa stosująca techniki kolażu i nicowania popowych klisz w sposób o wiele bardziej kreatywny, choć nie tak spektakularny. O ile jednak dobrze pamiętam, KLF nie cieszył się raczej specjalną popularnością u warszawskich DJ’ów połowy lat 90 – chyba właśnie ze względu na wysoką rotację w MTV nie był uznawany za dość undergroundowy… Dziś, po latach wiele produkcji KLF wciąż jednak brzmi zaskakująco świeżo i jak najbardziej sprawdza się jako materiał dla DJ’a – „Madrugada Eterna” czy „Build A Fire” to jedne z najczęściej przeze mnie granych „horyzontalnych” numerów podczas leniwych, letnich popołudni, zaś „Doctorin the Tardis” wciąż potrafi wprowadzić niezłe zamieszanie (i zmieszanie) w późnych godzinach nocnych. Przedsięwzięcia KLF – także i te pozamuzyczne – nie zawsze bywały udane czy skuteczne, ale nierzadko były to kroki śmiałe i pionierskie, a artyści wiele ryzykujący zawsze zasługują na szacunek.


Rafał Iwański

Swoje solowe działania sygnujący pseudonimem X-NAVI:ET artysta dźwięku, perkusjonista i etnolog, animator kultury i kurator festiwalu CoCArt. Współzałożyciel bądź członek zespołów HATI, Voices of the Cosmos, Kapital, Innercity Ensemble i Alameda 5.

Przyznam, że zaskoczyło mnie dość mocno pytanie o The KLF. Jako twórca nie byłem i nie jestem pod bezpośrednim wpływem działań muzycznych Drummonda i Cauty’ego. Do tego od lat nie słuchałem ich muzyki. W tym momencie zaczynam sobie przypominać ich utwory i teledyski, które jak się okazuje siedzą gdzieś głęboko w mojej głowie. Jako nastolatek, na przełomie lat 80. i 90. słuchałem wielu rewolucyjnych zespołów z Wysp Brytyjskich, byłem pod wielkim wpływem industrial music, punk rocka i nowej fali. Fascynowały mnie zwłaszcza zespoły Throbbing Gristle, Cabartet Voltaire, 23 Skidoo, Mark Stewart i Zoviet France, śledziłem też wszelkie następstwa tych zjawisk jak chociażby EBM, rave, acid-house czy dark ambient. Jak wiadomo historia The KLF, podobnie jak i kilku istotnych grup wywodzących się ze środowisk sztuk wizualnych, które realizowały swoje strategie na polu muzyki awangardowej czy popularnej, sięga lat 60. czy 70. Wspomnijmy tylko o amerykańskim kolektywie The Residents nieustannie reprodukującym i jednocześnie odrzucającym muzykę i kulturę popularną, penetrującym bezlitośnie jej rozmaite rejony. Jeśli chodzi o popkulturę znajdziemy tam kilka zabiegów  podobnych do tych, które realizowali The KLF. Natomiast grupa Psychic TV – czyli kontynuacja działań Throbbing Gristle – wydaje się też pod pewnym względem bliska KLF jeśli chodzi o inspiracje, chociażby Robertem Antonem Wilsonem, a dokładniej trylogią „Illuminatus!” napisaną wraz z Robertem Sheą. Obsesja Genesisa P-Orridge’a na punkcie liczby 23, tak jak w przypadku The KLF to jeden z fenomenów przejętych od Wilsona, który notabene zainfekował mu sam William S. Burroughs. Wspomnijmy tylko o utworze “Hymn 23”, rytuałach związanych z tą liczbą w ramach T.O.P.Y. czy zamiarze zrealizowania 23 albumów koncertowych Psychic TV wydawanych miesiąc po miesiącu w latach 80-tych, co zresztą zostało odnotowane w Księdze Rekordów Guinessa (mimo, że finalnie wydali tylko 17 płyt). Członkowie KLF natomiast spalili milion funtów w dniu 23 sierpnia 1994, a swój powrót ogłosili po 23 latach przerwy na dzień 23 sierpnia 2017. Podejście The KLF jest jednak podszyte z reguły jakąś ironią co PTV jest obce, chociaż ogólny przekaz obu tych kolektywów nastawiony był zawsze na ulepszanie świata i człowieka, a nie na destrukcję i zagładę. Gest spalenia miliona funtów przez Drummonda i Cauty’ego nie wydaje mi się jednak żartem, to raczej wyraźny sygnał i podsumowanie sensu ich twórczości. The KLF jest bodajże najbardziej znaną brytyjską grupą artystycznych prowokatorów poruszających się w świecie muzyki popularnej, a to za sprawą faktu, że najsilniej odwoływali się oni do aktualnych i masowych w swojej skali zjawisk muzycznych – hip-hop, rave, world music. Strategia ta bliska była również angielskiemu anarcho-punkowemu zespołowi Chumbawamba, który w pewnym momencie zaczął nagrywać komercyjne utwory z radykalnymi tekstami  naszpikowanymi antyfaszystowskimi ideami. Głównym ich celem było dotarcie z ważnym przekazem do szerokiej publiczności.


Michał Turowski

Wydawca niezależny przez lata prowadzący wytwórnię Oficyna Biedota, a dziś wypuszczający niskonakładowe kaset i cd-r’y pod szyldem BDTA. Aktywista i promotor w ogromnym stopniu odpowiedzialny za wzrost zainteresowania rynkiem mikrolabeli Od niedawna również udziela się na niwie muzycznej w ramach duetu Mazut i solowo pod pseudonimem Gazawat.

Z The KLF mam dokładnie ten sam problem co z Chumbawambą. O obu tych zespołach słyszałem bardzo wiele od starszych kolegów jeszcze będąc zupełnym małolatem. Były to świetne historie, którymi mega się jarałem, a potem gdy już posłuchałem samej muzyki, to czar w pewnym sensie… prysł. Takie granie trąciło myszką i nie było czymś, czego bym słuchał dla przyjemności, ale na pewno czymś, co powinno się poznać w całej okazałości, chociażby dlatego żeby mieć szerszy kontekst dla tych wszystkich rewelacyjnych historii związanych z KLF. I wydaje mi się też, że problem, który z nimi miałem wynikał po części z mojego młodego wieku, a teraz – o ile faktycznie doczekamy się nowej płyty – może okazać się atutem. Bo duet ten zawsze miał niebywały dar korespondowania z popkulturą. W latach swojej świetności odwoływali się do tego jej fragmentu, który był mi całkowicie obcy, który dla kolesia urodzonego w 1990 roku w żaden sposób nie był elementem kształtującym. Jeżeli jednak ta przewrotność z nich nie wyparowała, mam szczerą nadzieję, że z ich świeżych nagrań będę w stanie wyciągnąć dla siebie więcej treści. Już wtedy jednak za ich sprawą poznałem dyskordianizm i przeczytałem książki z trylogii „Illuminatus!”, do których może i tak bym w końcu dotarł, ale kto wie, może nie, a bez nich moje życie byłoby na pewno uboższe. Nigdy wcześniej nie byłem wielkim fanem celebrowania urodzin, ale z racji tego że wypadają 23 marca zacząłem to wszystko postrzegać nieco inaczej. I choć nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że The KLF mnie jakkolwiek inspirują jako muzyka – bo nie czuję się prawdziwym muzykiem w żadnym możliwym stopniu, wszystko co robię jest działaniem intuicyjnym i często po prostu przypadkowym – to zarówno w prowadzeniu labelu, jak i moich niedawnych, własnych zabawach z muzyką byli oni zawsze dla mnie wielką inspiracją jeżeli chodzi o całą otoczkę. Od krytyki mainstreamu i establishmentu, poprzez ten bardzo punkowy środkowy palec dla całego świata, aż po minimalistyczną i prostacką, ale jednak urzekającą estetykę ich oprawy. Zawsze byłem pod wielkim wrażeniem pełnej bezkompromisowości, a The KLF są idealnym przykładem takiego właśnie podejścia. Czy to przez wycofanie ze sprzedaży i wymazanie z powierzchni ziemi całego swojego muzycznego katalogu w momencie zawieszenia działalności czy przez słynne spalenie miliona funtów, które – niezależnie od tego jak bardzo głupim było zachowaniem – odmieniło świat sztuki i popkultury na zawsze. Drummond i Cauty są po prostu artystami totalnymi, składającymi każdą możliwą ofiarę na ołtarzu swojej sztuki, a takich ludzi znaleźć jest bardzo trudno.


Patryk Balawender

Swoją twórczość sygnujący pseudonimem Ghosts of Breslau, muzyk eksperymentalny penetrujący rejony elektroniki, ambientu, dronów i… historii swojego miasta – Wrocławia. Pod aliasem Hands Like Clouds nagrał natomiast album „Mountain King”, będący kolaboracją z portugalskim nowofolkowym zespołem Joy Of Nature.

The KLF, to dla mnie bardzo ważny projekt z powodów ideologiczno-kulturowo-muzycznych. Kiedy znajdowali się u szczytu popularności, ja byłem w podstawówce, ale jako że angielskie MTV nadawane z satelity stało się dla mnie wówczas oknem na muzyczny świat, nie mogłem na ten duet nie trafić. Teledyski do „3 AM Eternal” i „Last Train to Trancentral” były po prostu obłędne – szczegółowe makiety z postapokaliptycznymi krajobrazami, słynny radiowóz z logiem KLF, dziwne zakapturzone postacie na scenie, sitary… no i ta fuzja muzyki tanecznej, rapu, jak i pionierskie wykorzystanie z samplingu. Na małym szkrabie zaczytującym się już w fantastyce – jakim wówczas byłem – robiło to olbrzymie wrażenie. Późniejsze klipy do „Justified and Ancient” i „What Time is Love?” tylko pogłębiły moją obsesję. A sposób, w jaki KLF zakończyło tamten etap działalności również robił wielkie wrażenie – niesławny występ na BRIT Awards i strzelanie ślepakami w widownię, skasowanie całego swojego katalogu i rytualne spalenie miliona funtów zarobionego na muzyce – to się nie mogło równać z niczym innym. Dopiero później, kiedy przeczytałem trylogię „Illuminatus!” Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona i zacząłem penetrować okulturowe rejony dyskordianizmu i magii chaosu, wiele inspiracji KLF stało się dla mnie jasnych, co jeszcze pogłębiło mój szacunek dla ich twórczości. Regularnie buszuję w internecie, szukając starych wywiadów, archiwalnych nagrań i filmów. Śledzę też indywidualną twórczość Jimmy’ego Cauty’ego i Billa Drummonda, którzy pozostali aktywnymi artystami na wielu płaszczyznach medialnych. Nie mogę też nie wspomnieć o ich albumie „Chill Out” – jednej z najwspanialszych ambientowych płyt wszechczasów, która zdecydowanie wpłynęła na mnie jako muzyka i choćby ostatnie moje utwory zatytułowane „Travel Loops”, które znalazły się na wydanym właśnie przez label Zoharum splicie „Docetism / Ghosts Of Breslau / Ixora „Circuit Intégré Volume 2”, to taka moja wersja ich „ambientowego kina drogi”.


Emil Macherzyński

Producent elektroniczny ukrywający się pod pseudonimem Palcolor, ex-basista noise rockowej Złotej Jesieni, miłośnik tanich syntezatorów, radiostacji numerycznych i retro-futurystyki. Wraz ze swoją dziewczyną Joanną Świderską założył i prowadzi kasetowy microlabel Jasień.

KLF zrobili coś bardzo brytyjskiego i osiągnęli swój sukces poniekąd ironicznie, co jest najbardziej chłodną rzeczą na świecie. I myślę, że uśmiechnęli by się pod nosem wiedząc, że do ich schticku doszedłem poprzez teledysk „What Time is Love” puszczany swego czasu dosyć często na VH1. Wspaniale rozprzestrzenili mit cyników robiących wszystko z totalnym tumiwisizmem. Mimo, że jak się przyjrzeć, to pracowali na ten sukces naprawdę ciężko. Cała ta otoczka biznesmenów – industrializacja i korporyzacja w stylu Factory, świetna książka o tym jak nagrać hit, całkiem niezłe antycypowanie trendów – każdy skryty muzyk tak właśnie wyobraża sobie sukces. No i ta spuścizna wciąż się broni. Zarówno Drummondowskie rock-techno, jak i eksperymentalne, rozmarzone wyczyny Cauty’ego. Nieźle jak na śmieszków! Bardzo sobie cenię ten ich dziwny świat i nawet złożyłem im mały hołd na jednej z płyt które wydałem – Studio Nagrań Pal Communication wzięło się od nazwy ich impresariatu – KLF Communications. Ważny zespół którego względne zapomnienie teraz też wydaje się być częścią ich ironicznego planu. Najbardziej chłodni po prostu. Najbardziej!