Kanyethon 2018 | Electronic Beats Poland

Kanyethon 2018

Kanyethon 2018

 

Kiedy spora część świata była wciągnięta w piłkarski mundial, w tle kończyły się inne rozgrywki. Muzyczny maraton sygnowany przez Kanyego Westa to pięć albumów (lub “albumów” – do czego wrócimy): “Daytona” Pushy T, “Ye” samego producenta, “Kids See Ghosts” nagrany wspólnymi siłami z Kid Cudim, “Nasir” Nasa i “K.T.S.E.” Teyany Taylor. Ten kreatywny wybuch jest rzekomo efektem “Wyoming sessions”, wypraw producenta do przytulnego studia w amerykańskiej głuszy, ale to raczej pijarowa historyjka, która ma zbudować jakąś narrację wokół wydawnictw. Pusha T w ostatnich wywiadach rzucił więcej światła na proces twórczy Kanyego, a raczej jego brak – stawiam na to, że ten zbiorek niedokończonych muzycznych pomysłów to wynik kopania w odrzutach z poprzednich płyt i kilka nowych bitów, które być może powstały w Wyoming. Zanim wgryziemy się w poszczególne wydawnictwa, należy się wprowadzenie, które ociera się o spekulację z mocną bazą w rzeczywistości (znajomość charakteru Westa, wywiady z artystami). Każdy z tych “albumów” trwa niewiele ponad 20 minut, na każdym znajduje się 7 utworów (poza “K.T.S.E.”, na którym jest ich 8). Bynajmniej nie stoi za tym wydumany koncept – minimum do zgłoszenia albumu do nagrody Grammy to 5 autorskich utworów i przynajmniej 15 minut muzyki: każde z wydawnictw kanyethonu spełnia to minimum z lekkim zapasem. West jest łasy na tę nagrodę, 5 albumów to zawsze większa szansa niż 1 czy 2. Oczywiście spekuluję, ale hej – chyba znamy go na tyle, żeby przejrzeć jego plan “dominacji Grammy”. Po wysłuchaniu całości mam jedną refleksję: większość z tej muzyki jest niedokończona. Część, wymieszana ze sobą, mogłaby stworzyć zupełnie świetną płytę Kanyego, część mogłaby zupełnie nie istnieć. Ale jedno jest pewne: większość z tych albumów powinna przejść jeszcze kilka etapów procesu twórczego. A teraz zanurkujmy w otchłań produkcji Westa, poczynając od najlepszych, a kończąc na najgorszych – oczywiście oceniamy albumy jako całość, ale mając na uwadze wyjątkowe okoliczności wydawnicze – na dobre lub na złe.

Pusha T - Daytona

“Daytona” to jedyny album z całej gromady, który wydaje się skończony od a do z. Zapewne to zasługa Pushy, który wciąż zajmuje należne mu miejsce w top 3 MC’s wszechczasów. Na “Daytonie” serwuje wersy zimne jak bieguny sprzed ocieplenia klimatu, przy okazji rozdając prztyczki w stronę raperów i wannabe-hustlerów. Bity Kanyego są tutaj naprawdę fascynujące, chociaż mam podejrzenia, że część z nich sięga czasów “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”, a część “Life Of Pablo”. Produkcja idealnie pasuje do Pushy – “Santeria” brzmi jak muzyczne odzwierciedlenie jego osobowości, bit “The Games We Play” pozwala serwować hustlerską swobodę w najbardziej skalkulowany i bezwzględny sposób, “If You Know You Know” tworzy interesujący kontrast między chłodnym flow a frenetycznymi samplami. Najmocniejsza i najbardziej spójna pozycja w Kanyethonie 2018.

Kids See Ghosts - Kids See Ghosts

Największe zaskoczenie w zestawieniu. Nie mam zbyt wiele serca do Kid Cudiego (od czasów “Man of the Moon 2” nagrał jeden porządny feature i kupę koszmarnych albumów), ale o dziwo to on jest najmocniejszym punktem tej płyty. Wreszcie wyje w tonacji, wreszcie ma dobrą produkcję. Niesamowite jest też to, jak bardzo Kanye i Cudi uzupełniają się wzajemnie, tworząc zgrany tandem szalonych artystów, którzy po prostu puścili się w kreatywny amok. “Feel The Love” zaczyna się od zwrotki Pushy, ale to refren i wariacki bit błyszczą tu najbardziej – z miejsca utwór trafił do moich ulubionych w tym roku. “Freeee (Ghost Town, Pt. 2)” to najlepszy chór robotów od czasów wynalezienia autotune’a. Krótki czas trwania albumu jest tylko zaletą – “Kids See Ghosts” sprzyja wielokrotnym odsłuchom i wyszukiwaniu smaczków, czy to lirycznych, czy produkcyjnych. Ależ miła niespodzianka!

Teyana Taylor - K.T..S.E.

Najbezpeczniejsza i najbardziej neutralna płyta w zestawieniu. Soulfulowe bity, kilka ciekawych momentów, jeśli chodzi o stylistykę – np. “WTP” na house’owej produkcji, czy wokalny groove “Hurry”. Problemem Teyany Taylor jest jej kompletny brak osobowości. Wokalnie ma potencjał, ale zarówno tekstowo, jak i stylistycznie brakuje jej wyrazistości. Mimo bardzo zmysłowych i seksualnych tekstów nigdy nie czuję tej samej siły, którą w podobnych okolicznościach epatuje np. Ciara czy Cassie. Brzmi to niepewnie, a czasami wręcz niezręcznie, jak w utworze “3Way”. Miejscami Teyana Taylor zmienia się w Rihannę, co jeszcze bardziej odbiera jej osobowość. Może gdyby “K.T.S.E.” nie było częścią kanyethonu dostalibyśmy lepiej ukształtowaną artystkę i ciekawszy album. Nie skreślam Teyany Taylor, ale niestety na razie nie ma powodu do sięgania po jej płytę.

Kanye West - Ye

Największy zawód Kanyethonu. Nieskładna, niedokończona płyta, miejscami o bardzo kuriozalnych tekstach. Owszem, jest to Kanye wrażliwy i pełny emocji, ale jest to również Kanye leniwy i zakochany w sobie i swojej rodzinie. Kontrowersyjne opinie, jakie wygłaszał ostatnio, znajdują tu odbicie wyłącznie w tekście o tym, że Kim się martwi o stratę fortuny przez skandal (top lel, jeśli pozwolicie), dziwaczne użycie figury Russela Simmonsa sugeruje, że Kanye chyba nie jest fanem ruchu #metoo, za to jest fanem starego, patriarchalnego obawiania się o cnotę córki. Nie znaczy to, że “Ye” to kompletna katastrofa – refren “No Mistakes” z Cudim i Charliem Wilsonem jest rewelacyjny, podobnie jak końcówka “Ghost Town” (z zastrzeżeniem do 070 Shakes: od wkładania ręki na kuchenkę się nie krwawi!). Ten album to efekt dziwnego wyścigu z samym sobą i to wyścigu niestety przegranego.

Nas - Nasir

I docieramy do samego dna, kuriozalnego albumu, którego istnienie jest nie tylko zagadką, ale i gwoździem do trumny Nasa. Nic tu się nie klei – MC nie pasuje do bitów, a teksty do rzeczywistości. “Everything” to jedyny jasny punkt albumu, ale to raczej utwór Kanyego, który zostaje rozwalony antyszczepionkowymi debilizmami Nasa. Raper na “Nasir” ma nijakie flow, a jego skrajnie durne (nie bójmy się nazywania rzeczy po imieniu) teksty sprawiają, że Lil Pump wypada przy nim jak geniusz lirycyzmu – przynajmniej nie sieje konspiracyjnych teorii i nie udaje mądrzejszego niż jest w rzeczywistości. Próżno szukać jakichkolwiek nawiązań do oskarżeń Kelis (która oskarża Nasa o bycie alko-przemocowcem), porzućcie nadzieje na sensowne komentarze wobec realiów społecznych – “Cops Shot The Kid” próbuje jakiegoś storytellingu, ale wokalny sampel z bitu zaciął się na piekielnym loopie, wytrącającym ze skupienia i odbierającym przyjemność. Zresztą produkcyjnie “Nasir” to szkieletorek złożony z niedokończonych pomysłów i szczątkowych błysków kreatywności. O ile w przypadku “Ye” i “K.T.S.E.” mamy do czynienia z jakimkolwiek potencjałem zduszonym przez pośpiech, tak “Nasir” to płonące auto spadające z klifu. I fakt, że siedzi w nim Nas, w ogóle mnie nie rusza – raczej zapracował na taki koniec.