Electronic Beats Poland

Jeden dzień z: Bartkiem Buczkiem w Katowicach

Published on November 21, 2016 14:16 Berlin Time

Jeśli Warszawa jest nowym Berlinem, to Katowice są nową Warszawą. To tam jest „dziko”, to tam tworzy się kultura nieobciążona tradycją miasta, architektury, czy wielkich szkół. Artyści mają więcej swobody. Jednym z nich jest Bartek Buczek, malarz, którego twórczość prezentowano między innymi w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej.  Nam opowiada o swoich pomysłach na jeden dzień w stolicy Górnego Śląska.

Dzień w Katowicach dobrze zacząć od aktywności fizycznej – ja preferuję squasha, a to z kilku powodów. Poranna rozgrywka, to po pierwsze ruch. Po drugie, jeden z moich ulubionych lokali Squash Arena w cenie biletu oferuje też śniadanie (do 9:00 rano). Przy okazji można przespacerować się parkiem Kościuszki, a w Katowicach parków jest sporo, więc od któregoś trzeba zacząć. Drugim miejscem dla miłośników squasha jest Squash Shock na Bogucicach (tak – tych, na których wychował się Fokus z Paktofoniki). Tym sprytnym sposobem, poćwiczyliśmy, zjedliśmy, jesteśmy po prysznicu i zaczynamy dzień. Tak właśnie rozumiem ideę smart city – idziesz na trening, wracasz przygotowany do dnia.

Gdybym miał wybierać pierwsze miejsce kultury, które warto odwiedzić, prawdopodobnie zacząłbym od galerii BWA przy ulicy Korfantego. Osobiście odwiedziłbym pracujących tam kuratorów Martę Lisok i Tomka Dąbrowskiego. Zaraz obok w dosyć charakterystycznym budynku znajduje się druga popularna na śląsku galeria sztuki – Rondo Sztuki. Z większością galerii w Katowicach miałem zresztą do czynienia, jako artysta, kurator lub techniczny. Można powiedzieć, że jest to moje naturalne środowisko. Czasem moim pracom udaje się też zawędrować trochę dalej. Aktualnie uczestniczę w wystawie „Magia kwadratu” w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, który jest doskonale skomunikowany z Katowicami. 

 

W tym miejscu powinienem zaznaczyć, że zawód „malarz” nadaje moim dniom nieco emeryckiego rytmu. Mam sporo czasu, dlatego z przyjemnością wykorzystuje go na odwiedziny w takich miejscach, jak Fundacja Kultury Obrazów, współtworzona przez moje znajome fotografki Barbarę Kubską, Annę Sielską i socjolożkę Ewelinę Lasotę. Fundacja ma na celu m.in. sporządzanie fotograficznego archiwum społecznego, czyli chronienie przed zapomnieniem prywatnych zbiorów fotografii mieszkańców Katowic. Poza tym odbywają się tam też różne wystawy związane z fotografią. To jedna z niewielu oddolnych inicjatyw kulturotwórczych w tym mieście, chociaż ostatnio zaczyna się ich pojawiać coraz więcej. Siedziba Fundacji mieści się przy ulicy Kordeckiego, w lokalu pozyskanym w ramach miejskiego programu Lokal na kulturę, który umożliwia wynajem lokali na działalność kulturalną po preferencyjnych cenach. Dzięki temu w niegdysiejszych pustostanach Katowic zaczynają zagnieżdżać się podobne inicjatywy i fundacje, a różne zapomniane miejsca zyskują nową funkcję. W końcu niektórzy twierdzą, że Katowice to jedno z najciekawiej rozwijających się miast w Polsce.

Teraz czas na kawę, najlepiej w lokalu Bellmer Cafe, na nieodległym Placu Wolności, albo jeszcze lepiej (w przypadku miłośników np. alternatyw) w kawiarni Synergia u zbiegu ulic Andrzeja i Mikołowskiej. Przy okazji można coś zjeść w Buddha Barze, gdzie od 12 do 16 obowiązuje happy hour i jeśli komuś nie przeszkadza, że chochla z mięsnego curry ląduje w garnku przeznaczonym dla wegetarian, to można się tam najeść naprawdę smacznie. Ja jestem w tej materii elastyczny. No albo punkt obowiązkowy wszystkich miłośników pizzy Len Arte, gdzie serwują najlepszą pizzę w Katowicach.

Odwiedzając Katowice warto spędzić trochę czasu na spacerach po mieście. Nie można ominąć prawdziwej perełki Katowic, ulicy Generała Zajączka. Tu szczególną uwagę zwróciłbym na przedszkole przed którym ustawiono olbrzymiego zająca, jest to atrakcja podobnego gabarytu jak słynna, znajdująca się u wylotu ulicy Stawowej, katowicka Żaba. Moim prywatnym wyborem byłaby wycieczka do lokalnej świątyni myśli libertariańskiej i działania neoliberalnego, czyli antykwariatu na ulicy Piotra Skargi, gdzie najdroższa książka kosztuje 5 złotych. Lokal prowadzony przez prawdziwego znawcę książek, niepozbawionego oryginalnego poczucia humoru. Jeśli chcesz zobaczyć Jak Działa Wolny Rynek, polecam!

W aglomeracji śląskiej ciekawe jest to, że możesz jednym tramwajem przejechać kilka miast. Dlatego możliwości dalszych wypadów jest bez liku. Przewodniki mówią, że warto wybrać się do Nikiszowca, czyli zabytkowej, słynącej z ceglanej zabudowy dzielnicy Katowic. Ja wybrałbym jednak Park Śląski. To skansen, zespół bajor, plac zabaw, galeria metaloplastyki i rzeźby wolnostojącej, udany mariaż francuskich i angielskich założeń ogrodowych, ZOO w jednym (długo by wymieniać). To miejsce idealne na romantyczne schadzki, dlatego warto wybrać się tam z bliską osobą. Jeśli miłość nie rozkwitnie tam, to już nigdzie nie będzie na to szans. Jeśli jesteś jednak stulejem ze Stulejowego Lasu i nie masz nikogo, zawsze możesz tam złapać jakiegoś pokemona. Jeśli jednak kogoś masz, polecam przejażdżki kolejką linową zwaną pieszczotliwie Elką, można też popływać na rowerkach wodnych lub kajakach albo wybrać się do pałacu strachu w pobliskim Wesołym Miasteczku.

Mogę też zdradzić swój „secret spot” Stawiki – jedyne dzikie kąpielisko w okolicy, na granicy Sosnowca i Katowic. Przy odpowiednio intensywnej eksploracji tych terenów można odnaleźć tam miejsca, o których nie śniło się nawet wędkarzom. Ponieważ zbalansowanie opozycji kultura-natura jest dla mnie bardzo istotne, gdy już nacieszę się dzikością chaszczy i szuwarów na Stawikach, muszę koniecznie liznąć trochę kultury. Całkiem niegłupim rozwiązaniem byłaby wieczorna eskapada do architektonicznie bardzo atrakcyjnej siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR). Nieopodal mieści się też podziemne Muzeum Śląskie – też można zobaczyć. A jeśli ktoś pragnie mocniejszych wrażeń, dobrą opcją są też kluby Prepar i okazjonalnie Porcelanka (oficjalnie: Fabryka Porcelany). Mój dobry kolega, entuzjasta kultury klubowej we wszelkich odmianach, poleca też gorąco Pomarańczę i Energy 2000 – imprezownie cięższego kalibru. Ale ja jestem raczej domatorem, mnie w żadnym z tych miejsc nie znajdziecie.

Bartek Buczek: ur. 1987. Stypendysta Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci. Absolwent ASP w Katowicach, dyplom w pracowni Andrzeja Tobisa. Profesjonalny malarz sztalugowy, bukinista, kolarz amator, mistrz wielkich rzeczy z małym budżetem. Jako artystę interesuje go kondycja człowieka we współczesnym, stechnicyzowanym, odartym z uspokajających rytuałów świecie.