Egodubster, czyli o jamajskich poszukiwaniach dźwiękowych Enveego - Electronic Beats Poland

Egodubster, czyli o jamajskich poszukiwaniach dźwiękowych Enveego

O tym jak Maciej Goliński wyrósł na naczelnego dub mastera RP, nie będąc właściwie nigdy określanym tym mianem, ani jakkolwiek utożsamiany z podobną estetyką.

Words by Filip Kalinowski

To trochę tak jak w tej zagadce, którą Begnigni zadał SS-manowi, który był fanem łamigłówek w filmie „Życie jest piękne” – jak wypowiesz moje imię, to mnie zabijasz, znikam. Odpowiedzią była cisza, a analogia do gatunków muzycznych jest tu taka, że jak już się ukuje i przyjmie nazwa dla nowego nurtu, to on powoli umiera, już wiesz czego się po nim spodziewać – kilka lat temu mówił mi Envee w wywiadzie towarzyszącym publikacji, która ukazała się z okazji 10. jubileuszu doprawdy opiniotwórczego, warszawskiego sklepu z winylami, SideOne. I choć wtedy rozmawialiśmy akurat o działce headz / groove, to warto również przypomnieć te słowa w kontekście dubu. Pomimo tego, że zwykle jest utożsamiana z pewną estetyką muzyczną, owa jamajska technika obróbki dźwięku nie sczezła jednak w momencie nadania jej nazwy i do dziś nie do końca wiadomo czego się spodziewać po utworach, w których tytułach pojawiają się te trzy magiczne litery. Dub bowiem to właśnie technika nie gatunek, metodologia pracy nie stylistyka, etyka nie estetyka; zbiór luźnych założeń dotyczących pracy studyjnej, który w latach 70. ubiegłego wieku wywrócił historię światowej muzyki rozrywkowej do góry nogami. Wszystkich zasług owych nielicznych inżynierów (szamanów?) dźwięku, którym przysługuje dziś miano dub mastera, nie sposób tu wymienić, jednak ani współczesne techno, ani pop nie brzmiały by podobnie, gdyby stół mikserski nie został wcześniej potraktowany jako instrument muzyczny, a jak by nikt nie odarł nigdy żadnej piosenki tylko do jej bębniarsko-basowego rdzenia – drum’n’bassu czy dubstepu po prostu by nie było. I o ile o dokonaniach takich Jamajczyków jak Osbourne „King Tubby” Ruddock, Lee „Scratch” Perry czy Lloyd „King Jammy” James i Brytyjczyków jak Michael „Mikey Dread” Campbell, Neil „Mad Professor” Fraser i Adrian Sherwood – wciąż zbyt rzadko – ale jednak się mówi, to nad tym, komu spośród rodzimych muzyków można by nadać ten zaszczytny tytuł, nikt się właściwie nie zastanawia.

W mocno ambiwalentnym – eufemistycznie rzecz ujmując – stosunku jakim większość krajowej sceny darzy muzykę jamajską, określenie dub jest bowiem zwykle zarezerwowane dla wiernego i oddanego, ale jednak mocno niszowego środowiska reggae’owego. I choć w produkcjach Enveego owe trzy literki pojawiają się raz po raz w tytułach jego tracków, to Niedźwiedź – jak bywa nazywany Maciej Goliński – większości słuchaczy kojarzy się zwykle ze wspomnianą już estetyką headz/groove, nowymi bitami czy wszelkiej innej maści, elektro-akustycznymi piosenkami z rubieży współczesnego soulu czy r’n’b. Owych jamajsko-brytyjskich tropów w jego twórczości studyjnej można natomiast szukać nie tylko w nazwach utworów i samym ich, przestrzennym, efektow(a)nym brzmieniu, ale również w tym, jak blisko ten Niewinny Czarodziej współpracuje z technikiem i założycielem marki Looptrotter, Andrzejem Starzykiem czy tym jak pokaźną część jego dyskografii zajmują remiksy. To właśnie testowanie nowych urządzeń i rozkładanie na czynniki pierwsze, cudzych nagrań leży przecież u podstaw dubowej etyki pracy, która – obok umiłowania jazzowego groove’u i organicznej, bitowej pulsacji – zdaje się być wręcz konstytutywną cechą produkcji Enveego. Jej oddźwięki słychać w przeważającej części nagrań Golińskiego, a raz po raz wysuwa się ona na pierwszy plan, jak choćby w mającym już ponad dekadę remiksie dla Wojtka Urbańskiego, późniejszej o całe lata, realizacji płyty Michał Milczarek Trio pod tytułem Ambient Works  czy powoli już klasycznej EPce Kali, którą U Know Me Records wypuściło w 2011 roku. Tytułowy numer z tego wydawnictwa jest jedną z najlepszych i najważniejszych, rodzimych produkcji dubowych XXI wieku – swoistą esencją przestrzeni i głębi, na których eksplorację przepis wypreparowali Tubby, Jammy czy Sherwood, a Envee zastosował wykorzystywane przez nich techniki na dojmująco tutejszym, lokalnym gruncie; w polskim lesie, czy też puszczy.

 

 

Będąc na studiach w Poznaniu, chodziłem na imprezy techno na Malcie i bardzo wszedł mi wtedy jungle. Wymyśliłem nawet mój własny gatunek muzyczny „puszcza”, który powstawał w ten sposób, że wycinałem fragmenty Komedy i dodawałem do tego klasyczne dla jungle amen breaki (trwająca ciut ponad 5 sekund solówka perkusyjna z utworu „Amen Brother” grupy The Winstons, sampel, który położył podwaliny pod breakbeat, jungle czy drum’n’bass – przyp. red), ale że było to bardzo tutejsze i przesycone tym komedowskim romantyzmem, nie pasowała mi do tego nazwa „jungle”, wolałem „puszcza” – ponad rok temu w wywiadzie dla magazynu Estrada i Studio opowiadał mi (i Piotrowi Lenartowiczowi) Envee. I to właśnie w tych wczesnych fascynacjach muzycznych Golińskiego należałoby pewnie upatrywać jego dubowych korzeni. Podobnie jak szereg tak lubianych przez niego w kolejnych latach nagrań z działki headz/groove (żeby nie szukać zbyt daleko – Nightmares On Wax) czy nowych bitów (choćby Ras G), szczególnie te pionierskie, jungle’owe poszukiwania były bowiem kontynuacją idei zapoczątkowanych przez Jamajczyków blisko trzy dekady wcześniej. A, że już na początku swojej kariery producenckiej Niedźwiedź postawił na lokalność, jego późniejsze dubowe eksploracje również noszą ów leśny, duszny i magiczny, polski sznyt. Charakter, którego modelowym przykładem jest utwór „Kali”, a którego dalszą ewolucję prześledzić można na dopiero co wydanym, najnowszym albumie sygnowanym ksywką Envee. Pierwszy od dekady studyjny longplay Golińskiego, krążek „Time & Light” – choć w większości sklepów płytowych ląduje w działkach house, broken beat czy… big beat (?) – pełen jest owych dźwiękowych zabaw z przestrzenią, jakich fundamenty znajdują się na tej małej, karaibskiej wysepce, której wpływ na współczesny obieg światowej muzyki rozrywkowej jest wręcz niemożliwy do przeceniania. Od równie głębokich, jak przyziemnych, hipnotycznych mantr w rodzaju „Gier i zabaw”, przez połamanego, tonącego w pogłosach „Egodubstera”, po podskórnie pulsujący, ambientowy wręcz „Passage Y”, najnowszy winyl wydany nakładem U Know Me Records pełen jest dubowych rozwiązań przewijających się w mniejszym lub większym stopniu przez całą właściwie długość jego trwania. I choć składa się nań również pełna paleta wszelkich innych, muzycznych zainteresowań Niedźwiedzia – a także radość jaką czerpie on z pracy kolektywnej – to właśnie ten wątek wydaje mi się najbardziej intrygujący. Bo choć o dubie ostatnimi czasy – w kontekście jego techno-logicznych hybryd – mówi się nieporównywalnie więcej niż w poprzednich dekadach, to wciąż nikt nie prześledził jego nie lada pogmatwanych, rodzimych losów i nie zarysował linii genealogicznej krajowych mistrzów owego fachu. Rozrzuconego po różnych stylistykach i często odległych od siebie obszarach polskiej sceny, szeregu mistrzów konsolety do których obok Roberta Brylewskiego, Piotra Banacha czy… Jacka Sienkiewicza, należy również Maciej Goliński – dub master z przypadku bardziej niż z powołania, międzygatunkowy poszukiwacz, którego studyjne eksperymenty przywiodły na łono owej starej, acz wciąż niesamowicie kreatywnej techniki obróbki dźwięku, a w swoim języku wypowiedzi wypreparował on własne, rdzennie tutejsze, brzmienie puszczy. Brzmienie, które przez lata jego bytności na scenie wyewoluowało ze skąpanych w polskim jazzie, jungle’owych rollerów w owe hipnotyczne pieśni nadwiślańskich borów i lasów. Brzmienie dzikich lasów, gdzie obcy człowiek nie wchodzi; dzikich krzewów, co mogą ludzi pogodzić; ciągłych stanów, które mogłyby trwać wiecznie.