Dragi, depresja i Lil Peep | Electronic Beats Poland

Dragi, depresja i Lil Peep

Tragiczna śmierć Lil Peepa to smutny dzień dla branży muzycznej. Młody, obiecujący artysta – mimo że muzycznie nie było mi z nim zupełnie po drodze – był bardzo odważny w przestrzeni publicznej. Otwarcie mówił o swojej biseksualności (w świecie rapu wymaga to sporej odwagi, nawet w 2017 roku), uzależnieniu, problemach psychicznych. Razem z XXXTentacion wprowadził tematy znane do tej pory z muzyki emo do nowoczesnego hip-hopu. I o ile emocjonalność X’a zawsze kojarzyła mi się z tym chłopakiem w szkole, który tnie się lekko nożyczkami i maluje oczy na czarno, żeby zwrócić na siebie uwagę, o tyle Lil Peep wydawał mi się bardziej autentyczny, choć dość teatralny w swoim wizerunku (mówię o wyglądzie zewnętrznym). Plus, jak poświadcza sam Basedgod Lil B, wielokrotnie opowiadał się przeciwko przemocy wobec kobiet, czego o XXXTentacion powiedzieć nie można – raper jest oskarżony o ciężkie przewinienia, m.in. więzienie i bicie swojej dziewczyny.

Czy takie prześwietlenie jest uprawnione czy nawet etyczne? Według mnie tak.

Artyści tacy, jak Lil Peep, mimo prostoty ich muzyki – a może właśnie dzięki niej –  stanowią bezpieczną przystań dla swojej publiczności. Wielu młodych, zagubionych ludzi inwestuje swoje emocje w ich twórczość i wspiera się ich muzyką w chwilach osamotnienia i kryzysu. W ostatnich latach wielu raperów zaczęło otwarcie mówić o swoich problemach z zaburzeniami psychicznymi, ale Lil Peep poszedł o wiele dalej – nie tylko wprost nazwał swoją przypadłość, ale niejako przyjął ją jako część siebie. Zapewne dla wielu fanów i fanek był to sygnał do samoakceptacji i nie można tego bagatelizować. W Stanach Zjednoczonych – ale również w wielu innych krajach – depresja, zaburzenia dwubiegunowe czy ogólnie choroby psychiczne to temat tabu. Łącząc to ze słabą jakością służby zdrowia, obojętnością bądź ignorancją rodziców i otoczenia, otrzymujemy spore pole do popisu dla takich artystów, jak Peep i X. Można się spierać, czy to dobra rzecz, ale nie można odmówić im tego, że wypełniają pustkę w życiu swoich fanów. Pustkę zostawioną przez słabe i wadliwe struktury społeczne.

Peepa najprawdopodobniej zabiły narkotyki. Artysta nie krył swoich uzależnień, czym oczywiście nie różnił się od wielu innych reprezentantów sceny. Towarzyszem ekscesu w jego wypadku była emocjonalna wrażliwość – choć, nie ukrywajmy, również srogi hedonizm, który znamy z wielu innych rapowych kawałków. W ostatnich latach oprócz radosnych, kolorowych postaci takich, jak Lil Uzi Vert czy Lil Yachty, na rapowy piedestał wdrapali się również bad boy’e z problemami. XXXTentacion, 21 Savage, czy nawet Playboi Carti (który ma na koncie publiczny akt przemocy wobec kobiety) spełniają wszelkie wymogi dawnych gwiazd rocka. Dzisiaj, jak nigdy wcześniej, widać, że hip-hop przejął zbiorowe imaginarium, które charakteryzowało wcześniej rocka. Eksces, problemy z prawem, atrakcyjne postaci o moralnej dwuznaczności – już to przerabialiśmy. Dzisiaj rock i jego odmiany zapełniają głównie stadiony i serca nostalgicznie nastawionych tatuśków z klasy średniej, nie plakaty na ścianach nastolatków targanych burzą hormonów i niezrozumieniem środowiska. Kontrowersje, transgresje i barwny wizerunek wielu gwiazd rapu spełniają te same buntownicze funkcje, co kiedyś taniec Elvisa, później skórzane spodnie i rozpasanie Jima Morrisona, czy punkowa stylówa. Rap to bunt nowego pokolenia, bunt skąpany w niestrawnym, ekshibicjonistycznym sosie social mediów i czasach ogólnej niepewności. A że to bunt mało polityczny, a bardziej hedonistyczny czy nihilistyczny, a także i dużo bardziej skomercjalizowany? To już efekt naszych czasów, w których hiperkapitalizm zjadł wszystko, co tylko się dało, a tradycyjne wartości zostały – poniekąd słusznie – skompromitowane i odarte z atrakcyjności. Zagubiona młodzież nie buntuje się aktywnie – po prostu wybiera nihilizm i hedonizm swoich idoli, a w momencie kompletnego pomieszania porządków, dyskursów i języków, wybiera bierność.

Lil Peep zostawił zbyt mało muzyki, by zostać kolejną dojną krową dla wytwórni, ale osierocił grono fanów i fanek, dla których był emocjonalnym wsparciem. Niestety, jeśli rap to nowy rock, to był niejako skazany na swojego Morrisona. Został nim Lil Peep. Czy jego śmierć zainicjuje rozmowę na temat uzależnień w branży muzycznej? Nie sądzę. Z prostego powodu – już to przerabialiśmy, a nawet wynieśliśmy to do kultowego statusu.