Dlaczego "Bohemian Rhapsody" jest słabym filmem - Electronic Beats Poland

Dlaczego „Bohemian Rhapsody” jest słabym filmem

Words by Kacper Peresada

Ponieważ lubię odpowiadać na zarzuty postawione moim tekstom, postanowiłem poświęcić pełny artykuł temu, dlaczego według mnie„Bohemian Rhapsody” jest jednym z najgorszych filmów ostatnich miesięcy.

Na początek chce jednak pokreślić – Malek w roli Freddiego był genialny. Malek nie grał tylko twarzą, ale całe jego ciało, sposób chodzenia przekształcił w taki sposób, że gdyby spojrzeć na niego z tyłu (a mieliśmy taką okazję w otwierającej film scenie) trudno byłoby rozpoznać czy to naśladowca, czy po prostu Mercury. Tym bardziej możemy żałować, że zamiast dobrego filmu dostaliśmy przekłamaną bzdurę, która starała się jak najbardziej pominąć najciekawsze i najbardziej intrygujące momenty w życiu Freddiego. Przy okazji wybielała pozostałych członków zespołu Queen i oczerniała wokalistę grupy w sytuacjach, w których nie powinien być za coś obwiniany.

Nie uważam też za usprawiedliwienie faktu, że miał to być film o Queen. Nie o Freddiem. Jeśli jest to film o Queen to dlaczego pozostali członkowie są postaciami niemalże trzecioplanowymi i pojawiają się na ekranie tylko jako dodatki do głównego bohatera. Jeśli jest to film o Queen, dlaczego nie wiemy tak naprawdę nic o pozostałych postaciach po ponad dwóch godzinach spędzonych w kinie. Jedyne czego się dowiedzieliśmy, to to, że byli to dobrzy mili panowie, którzy kochali swoje żony i byli zgorszeni zachowaniem wokalisty ich zespołu.

Teraz, zanim zacznę moją główną listę zarzutów, przypomnijmy, że Freddie Mercury to gość, który miał kiedyś nagrać płytę z Michaelem Jacksonem. Ostatecznie projekt nigdy nie ujrzał światła dziennego. Ponieważ Freddie dostawał szału w związku z faktem, że Michael codziennie przyprowadzał do studia lamę. A Jackson miał dość Mercury’ego, ponieważ ten cały czas wciągał w studiu koks.

Sama ta historia pokazuje, jak szalone było życie jednego z najważniejszych głosów XX wieku. My zamiast tego szaleństwa dostaliśmy film, w którym w sumie nie ma żadnego szaleństwa. Jak sam w pewnym momencie powiedział Freddy – „Jeśli mają o mnie nakręcić kiedyś film, to nie pozwólcie, aby był nudny”. Bo o życiu tego artysty można powiedzieć wszystko – poza tym, że było nudne.

Kłamstwa, kłamstewka

Dawno nie widziałem filmu, który tak bardzo zakłamywałby prawdę. Oczywiście wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do „filmów opartych na faktach”, w których tak naprawdę nic nie jest prawdziwe. Jednak jeśli film współtworzą prawdziwi członkowie zespołu, to oczekiwania fanów są takie, że większość rzeczy, które zobaczymy na ekranie, będą prawdziwe. A nie są.

Nie chce się czepiać małych kłamstewek, bo to, że początki grupy były inne, nie ma większego wpływu na to, jak postrzegamy postacie. Fakt, że Freddie poznał Mary przy okazji, też nic nie znaczy. Problemy zaczynają się, gdy panowie z Queen zdecydowali się zrobić z siebie tych dobrych kosztem samych siebie. Jednym z ważniejszych punktów, jakie widzimy w filmie, jest moment, w którym Freddy otumaniony narkotykami i swoim „managero-chłopakiem” zostawia zespół dla pieniędzy, przy okazji łamiąc serca pozostałym członkom grupy. Prawda jest jednak taka, że zespół zdecydował się wspólnie na zawieszenie działalności w związku ze zwyczajnym zmęczeniem materiału. A każdy z pozostałych członków grupy zdążył już wcześniej nagrać własne solowe płyty – jedynie Mercury czekał na odpowiedni moment. Mało tego, film sugerował, jakoby muzyk miał nie rozmawiać z pozostałą trójką przez długie lata, a prawda jest taka, że zespół zaczął pracować nad nową płytą w tym samym roku, w którym miał nastąpić wielki rozpad.

12 miesięcy później zespół wydał nową płytę (na rok przed Live Aid) i tourował przez miesiące poprzedzające ten legendarny występ. Oczywiście twórcy filmu zdecydowali się zasugerować, że Live Aid był wielkim powrotem zespołu, ale jest to kompletną bzdurą, która pozwoliła na ładne zamknięcie filmu, ale decydując się na taki ruch, twórcy usprawiedliwili fakt, że nie pokazali walki Mercury’ego z chorobą.

O której zresztą dowiedział się jakieś 2 lata po występie na Wembley.

Zmiana dat, mieszanie faktów, robienie bałaganu, jeśli chodzi o daty wydawania płyty, nie byłyby może tak strasznym grzechem, gdyby nie to, że członkowie grupy wyrazili zgodę na to, aby przeciętny odbiorca postrzegał Freddiego jako głównego „złola” zespołu.

Dodajmy do tego, że Brian May i reszta nie byli świętoszkami. May miał wieloletnie problemy z alkoholem, o których wiedział chyba każdy. A zresztą cały skład nie stronił od imprez i dziewczyn. May napisał „Fat Bottomed Girls” i nie ukrywał, że opierał tekst piosenki na swoich doświadczeniach. W filmie jednak panowie pokazani są jako grzeczni chłopcy, którzy na imprezy organizowane przez Mercury’ego przychodzą z żonami i wychodzą z nich po godzince.

Pomijanie prawdziwej historii

Historia Queen jest fascynująca. Dlatego tworzenie sztucznego napięcia opartego na kłamstwach jest tym bardziej irytujące, gdy wiemy jak wiele prawdziwych i fascynujących momentów, było powiązanych z zespołem. Fakt, że po pierwszym występie w Top of the Pops Mercury i spółka nie chcieli wrócić do programu i zamiast tego wysłali kasetę z nagraniem „Bohemian”, która jest współodpowiedzialna za popularność teledysków i ich wagę w świecie muzyki, został całkowicie pomięty. Twórcy filmu stworzyli też postać zagraną przez Michaela Myersa, zamiast opowiedzieć prawdziwą historię walki zespołu ze swoim labelem. A zrobili to tylko po to, aby Myers 25 lat po tym jak rozkochał Amerykę w „Bohemian Rhapsody” mógł powiedzieć, że „żaden nastolatek nie będzie machał głową do tego utworu”. Czy rezygnacja z interesujących PRAWDZIWYCH faktów na rzecz cameo komika, który wzbudzi uśmiech u niektórych fanów miało sens?

Epizody

Dawno nie widziałem filmu, który tak strasznie by się spieszył. Wydawało się, że nikt do końca nie wiedział, co ostatecznie znajdzie się w kinowej wersji tego projektu. Jakby kręcono sceny na przypał i potem je ze sobą sklejano, zatracając przy tym głębie i ciągłość, która zapewniłaby przyjemność w oglądaniu. Obaj reżyserzy, którzy pracowali nad filmem, skakali z jednej historii w drugą, żadnej przy tym nie zgłębiając. Bo nic w tym filmie nie zostało opowiedziane w całości. Historia Queen została mniej więcej zarysowana, ale wyszło na to, że Freddie po prostu pojawił się w bandzie i w 6 miesięcy zostali gwiazdami po Stanach. W ich rozwoju muzycznym nie czuć było faktycznego ciężaru i walki ze światem. Freddie przychodził i nawet jeśli z kimś się kłócił, to dostawał to, co chciał w tej samej scenie. Historia samego Mercury’ego i tego, jak szalone stało się jego życie, też nie zostało pokazane, bo dostaliśmy kilka marnych scen, które nie przedstawiały tak naprawdę, czym było jego życie. Też życie uczuciowe zostało słabo potraktowane, zostawiając historię jego związku z Jimem Huttonem, która powinna zostać według mnie dokładnie opowiedziane, bo była to najważniejsza relacja Freddiego w życiu i jedyna, która w stu procentach go uszczęśliwiała. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ten film chciał zaspokoić wszystkie potrzeby fanów, nie zaspokajając żadnych, bo żaden temat nie został tak naprawdę zgłębiony.

PG-13

Nie wiem, w jaki sposób można nakręcić film o gościu, który wciągał kilo koksu dziennie, a o jego seksualnej rozwiązłości krążyły legendy i zrobić to jako PG-13. Czemu nikt nie mógł zdecydować się na stworzenie projektu podobnego do „Wilka z Wall Street”?

Magia

To był film stworzony przez Queen o Queen. Chociaż nie było znowu dużo Queen w Queen. Bo głównie był to film Queen o Freddiem Mercury i o tym, jak Queen wpływało na jego życie. Ale i tak nie starali się za bardzo na tym skupić. Bo skupili się na Queen. Pewnie dlatego, że Queen stworzyli ten film. Wszystko przychodziło im łatwo. Byli genialni. Tworzyli hity i doszli na szczyty muzycznego świata, mimo autodestrukcyjnych zachowań ich wokalisty.

Może dla większości fanów oglądanie marnego biopicu z dobrą muzyką jest czymś wyjątkowym. Ale gdyby nie wspaniała rola Maleka i fakt, że Queen było fabryką do tworzenia legendarnych utworów, które wykorzystano w filmie, nikt by nie splunął na tę historię.

To nie był zły film, ale odpowiedzialny za to jest głównie Freddie i jego muzyka. Nie scenarzyści, operatorzy kamer i reżyserzy.

 

A jeśli podobało wam się zakończenie to proszę. Poniżej macie o wiele lepszą wersję.