"Czarna Pantera" nudzi, ogłusza i irytuje - Electronic Beats Poland

„Czarna Pantera” nudzi, ogłusza i irytuje

„Czarna Pantera” według większości recenzentów na świecie to najlepszy film, jaki Marvel kiedykolwiek stworzył. Dość powiedzieć, że ma 97% pozytywnych recenzji, czyli bije w tym temacie „Wojnę Bohaterów”, „Avengersów” czy zeszłoroczne „Thora: Ragnaroka” i „Wonder Woman”. A właśnie ten ostatni z wymienionych filmów jest istotny w rozmowie o najnowszej solowej historii superbohatera z Uniwersum Marvela.

Od kiedy rozpoczęto prace nad „Panterą” w mediach skupiono się głównie na tym, że tak jak dziewczynki w końcu mają z kim się utożsamiać w świecie komiksowych ekranizacji, tak teraz czarna młodzież dostanie swojego bohatera. Poziom dyskusji w Stanach stał się wręcz niemożliwy, ponieważ ludzie zaczęli podchodzić do ataków na „Czarną Panterę” jak do rasistowskich reakcji na mainstreamowy film, w którym mamy w końcu przeważającą część czarnych aktorów.

Dlatego gdy szedłem do kina miałem w głowie słowa lepszych ode mnie recenzentów, z większych, międzynarodowych gazet, którzy prześcigali się w wyjaśnianiu dlaczego „Czarna Pantera” jest monumentalnym dziełem i jednym z najlepszych filmów historii komiksowego kina.

A nie jest.

Jakimś cudem „Czarna Pantera” mając jeden z mocniejszych aktorsko składów ostatnich lat (który zresztą uniósł swoje role) i tak nie daje rady.

Zaczynamy dawno, dawno temu, dowiadujemy się jak to się wszystko zaczęło i skąd Wakanda ma najmocniejszy metal na świecie i jakim cudem jej królowie zdobywają nadprzyrodzone moce. Trochę jak w „Wonder Woman”, gdy matka Diany czyta jej historię Amazonek, tak tutaj dostajemy prostą ekspozycję historii mitycznego afrykańskiego kraju.

Chwilę później przeskakujemy do 1994 roku. Czarna Pantera to ojciec Chadwicka Bosemana, król T’Chaka, którego śmierć widzieliśmy w „Kapitanie Ameryce”. Król trafia do Oakland gdzie dowiaduje się, że jego własny brat zdradził ich ojczyznę dając informację potrzebną do splądrowania kopalni vibranium. Niestety król musi w tej sytuacji wziąć braciszka i zawieźć do domu, gdzie osądzi go rada królestwa. I nie okłamujmy się – za tego typu zdradę raczej nie dostanie się zawiasów.

Potem szybko przenosimy się do aktualnych czasów. T’Chaka właśnie zmarł, T’Challa przygotowuje się do zostania następcą tronu. Aby tak się stało musi wziąć udział w ceremonii, w trakcie której przedstawiciel pięciu plemion składających się na ich ojczyznę, może rzucić mu wyzwanie. I tak też się dzieje. Następuje jedna z najnudniejszych walk w historii kina. Chłopaki się biją po gębach, kamera non stop skacze, a muzyka zmienia się co chwila, niezdecydowana czym chce być. Czy może klasyczny Marvelowski soundtrack, którego nikt nie pamięta to dobry pomysł? Nie? No to szybka zmiana na afrykańskie perkusyjne brzmienie? Ale może przy następnym ciosie przeskoczymy już do hip-hopowego bitu. Jedno jest pewne, muzyka musi być głośna i jak najbardziej przeszkadzająca. A przy okazji nie ma żadnego sensu. Niezdecydowanie twórców w tym jak powinien brzmieć ten film, jest słyszalne niemalże przy każdym ujęciu. Muzyka jest wszechobecna i zbyt głośna, ale prawie nigdy nie dodaje mocy kolejnym scenom. Po prostu jest obok, przeskakując między tymi trzema muzycznymi światami, wiedziona jakąś pokrętną logiką reżysera.

Gdy Czarna Pantera staje się oficjalnie Czarną Panterą (bo oczywiście wygrywa swoją walkę) i królem Wakandy źli goście próbują sprzedać vibranium.

Michael B. Jordan i Andy Serkis to zdecydowanie najjaśniej święcące gwiazdy tego projektu. Jordan wciela się w rolę Erika Killmongera – byłego żołnierza, mordercy, który z nieznanych nam na początku powodów, stara się trafić do Wakandy. Serkis wciela się za to w rolę Ulessesa Klaue’a – terrorysty, który 25 lat wcześniej okradł ojczyznę superbohatera z mithrilu  vibranium.

Niestety nawet oni nie są w stanie uratować słabości scenariusza. Co z tego, że Jordan jest świetny, jak dostaje pod koniec filmu jedne z najbardziej cheesy tekstów na temat śmierci w historii kina. Serkis swoją obecnością przyćmiewa wszystkich innych aktorów gdy jest na ekranie, ale jest go o wiele za mało, aby uratować ten film.

„Czarna Pantera” popełnia też najbardziej popularny grzech Marvela – nie umie być poważny. Nie wiem o co w tym chodzi, ale Marvel boi się być w stu procentach dramatyczny, dlatego przy 99% poważnych scen musi być ktoś kto rzuci zabawny tekścik, który rozluźni atmosferę. I jak normalnie mi to aż tak bardzo nie przeszkadza, tym razem wszystkie żarty były suche i po prostu wkurzające. Szedłem do kina spodziewając się poważnego filmu, a nie kolejnego śmiesznego komiksowego projektu.

„Czarna Pantera” miała być najlepszym filmem jaki stworzył Marvel. Nie jest nim. Jest wielkim zawodem i zmarnowanym potencjałem. I do tego mam wrażenie, że nikt nie chce tego zobaczyć.