“Climax”, “Venom” i “Źle się dzieje w El Royale” mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego | Electronic Beats Poland

“Climax”, “Venom” i “Źle się dzieje w El Royale” mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego

“Climax”, “Venom” i “Źle się dzieje w El Royale” mają ze sobą zaskakująco dużo wspólnego

redakcja Electronic Beats

 

Po tym jak napisaliśmy, że “mother!” to według nas słaby film i zdecydowanie się wam to nie spodobało mam prośbę.

Zanim zdecydujecie się przeczytać poniższe mini-recenzje i dojdziecie do wniosku, że nie znamy się na kinie pozwólcie, że postaramy się sami shejtować za to, że śmiemy mieć jakieś własne opinie.

“Może sam nakręć lepszy film skoro jesteś taki mądry”

“Kto to pisał? Licealista? Bo styl i poziom tej nibyrecenzji jest żenujący”

“Może zostańcie przy muzyce bo na kinie to wy się w ogóle nie znacie”

“Jak można porównywać jakąś żenującą amerykańską sieczkę z genialnymi filmami?”

Skoro mamy to za sobą, to poniżej przeczytacie recenzje czterech filmów, które mieliśmy przyjemność obejrzeć w tym tygodniu. I tylko jeden z nich był naprawdę dobry.

Climax

Najbardziej ironiczne w tym filmie jest to, że nosi tytuł “Climax” a nie był w stanie zapewnić widzom solidnego finału. Najnowszy film Gaspara Noe to świetnie nakręcony i niesamowicie zatańczony projekt opowiadający historię imprezy, która przybiera dosyć mroczny obrót po tym jak jej członkowie dostają sangrię doprawioną LSD. Nagle z przyjacielskiej grupy tancerzy zamieniają się w ludzi, których napędzają najniższe instynkty.

Film zaczyna się od małych wywiadów z postaciami, które mamy zaraz zobaczyć na ekranie w trakcie imprezy. Te wypowiedzi są potem sprytnie wplecione w historie pojedynczych bohaterów. Dziewczyna, która mówi że raz w życiu brała narkotyki od początku szuka koksu, goście, którzy nigdy nie pracowali z gejami mają mocno homo-erotyczną przyszłość w filmie itd. itp. Jest to całkiem ciekawe zagranie ze strony Noego. Jest w tym działaniu dużo delikatności, z której nie okłamujmy się Gaspar nie słynie. Ta delikatność zaraz jednak pójdzie w odstawkę i dostaniemy to czego po francuskim reżyserze mogliśmy się spodziewać – masakrę.

Główne danie to oczywiście wydarzenia, które oglądamy w trakcie imprezy w opuszczonej szkole. To co chyba bardzo istatone to fakt, że historii w tym filmie prawie w ogóle nie ma. Są tylko luźno zawiązane relację między postaciami, które wymieniają się seksualnymi uwagami i które orbitują wokół siebie z coraz większym szaleństwem w spojrzeniu będąc pod wpływem zbyt dużej ilości kwasa. Faktycznie reżyserowi (i co ważniejsze choreografce Ninie McNeely!) udało się pokazać odbiorcom poprzez pracę kamery i ruch sceniczny przerażenie aktorów/tancerzy, których szokujące zachowania wbijają odbiorców w fotel. Gdy ogląda się “Climax” czuje się nadchodzącą katastrofę. Napięcie rośnie z każdą sekundą robią z tego wydawać się mogło prostego filmu coś w rodzaju quasi-horroru, w którym nie wiemy co czeka na nas za rogiem.

Problem polega na tym, że Noe tak bardzo przedłuża nadejście tragedii, że w pewnym momencie odbiorcy mogą dojść do wniosku “DOBRA JUŻ WYSTARCZY”. Bo Noe umie szokować, umie też kręcić dobre filmy, ale tak jak w wypadku wielu jego poprzednich projektów ma problem z zawiązaniem historii w satysfakcjonujący sposób. Bo szok wydarzeniami, które widzimy na ekranie rzadko starcza, aby zaspokoić pragnienia poznania wyjątkowej historii. Bo na samym szoku jeszcze nigdy nie stworzono genialnego filmu.

Czy dzieło Gaspara Noe warto obejrzeć? Zdecydowanie. Jest pięknie nakręcone, świetnie zatańczone, świetnie zmontowane. Ale czy pod otoczką tego fascynującego tworu jest tak naprawdę coś głębszego? Czy może to po prostu forma przemądrzałej rozrywki, która bardziej po prostu bawi odbiorców niż czegoś uczy, ale udaje że jest niemalże filmową odpowiedzią na Kierkegaarda?

Sami sobie na to odpowiedzcie.

Venom

Skoro mamy za sobą pierwszy film, który nie był w stanie w stu procentach spełnić naszych oczekiwań to teraz czas na drugi, który zrobił to samo.

“Venom” jednak jest całkowicie po drugiej stronie skali. Spodziewaliśmy się, że projekt Toma Hardy’ego będzie tragiczny, ale wcale taki ostatecznie nie był. Wręcz przeciwnie. Mimo wielu słabych momentów zarówno w scenariuszu jak i w pracy kamery czy CGI film ten jest zaskakująco dobrą i fajną rozrywką. Po raz pierwszy chyba w historii kina Venom został nareszcie pokazany tak jak powinien. Jako postać, która próbuje być dobra, ale nie rozumie tak naprawdę na czym bycie dobrym polega. Relacja między symbiotem a Eddiem Brockiem jest hajlajtem tego filmu. Jest zabawna, dobrze napisana i interesująca i gdyby tylko mocniej się na niej skupić “Venom” nie były filmem, który jest po prostu ok, byłby świetną superbohaterską komedią.

Pierwsze 40 minut filmu to jednak tragiczny, bezsensowny i przydługi niby-horror. Otwierający akt był dokładnie tym czego się obawialiśmy po filmowym “Venomie”. Po prostu kolejną miałka historią, która przywodzi na myśl filmy akcji początku XX wieku. Właśnie ten początek spowodował, że “Venom” nie jest dobrym filmem ale jest po prostu dobrą rozrywką. I czasami niczego więcej nie potrzebujemy.

Źle się dzieje w El Royale

Osobiście jesteśmy trochę zszokowani tym filmem. Dostaliśmy jeden z najlepiej zagranych filmów ostatnich lat, z ciekawymi historiami, toną morderstw, który jakimś cudem był… nudny.

“El Royale” podzielony jest na kilka różnych historii, które dzieją się w tym samym czasie w różnych częściach tytułowego hotelu. Wszystko dzieje się w ciągu jednej nocy. Mamy 7 postaci, które mają znaczenie i wszystko to jest takie długie.

Gdzieś w filmie Drewa Goddarda kryje się arcydzieło. Jednak dawno nie widzieliśmy filmu, który miałby tak gigantyczne problemy z pacingiem. Duża część scen po prostu nie jest potrzebna, a ich obecność jest powodowana tylko faktem, że ładnie wyglądają i mają fajny podkład muzyczny. Ale tworzenie filmu z myślą o tym, aby dobrze był wspominany w przyszłości ze względu na dużo fajnych, kultowych scenek to jest duży problem. Wszystkie postaci chodzą BAAAAARDZO powoli i nie mogą jakimś cudem nigdzie dojść. Jest jakieś 6 scen śpiewania, których obecność mija się z celem.

Nie jesteśmy w stanie podkreślić tego, że nigdy tak wiele nie działo się w filmie, w którym dzieje się tak niewiele.

Ale podobnie jak w wypadku poprzedników – jest to film, który warto obejrzeć. Film który przy lepszym montażu i mądrzej poprowadzonej historii mógłby być genialny. Ostatecznie jednak zamiast filmu na miarę “Pulp Fiction” 2018 roku dostaliśmy całkiem solidny projekt robiony przez solidnego reżysera z genialną obsadą.

Searching

“Searching” jest najlepszym filmem jaki widzieliśmy od bardzo dawna. Świetnie zagrany i bardzo interesująco napisany thriller używa ekranu komputera do opowiedzenia całej historii ojca poszukującego zaginionej córki.

Nie jest to pierwszy raz gdy filmowcy próbują opowiedzieć historię poprzez Skype’a i Messengera, bo pewnie wielu z was miało okazję zobaczyć horror “Unfriended”. Różnica między tymi dwoma jest taka, że “Searching” nie jest słabym filmem.

To co najbardziej raduje nasze serca to fakt jak bardzo twórcy przyłożyli się do stworzenia realistycznego internetu. Wszystko co widzimy na ekranie ma jakieś znaczenie, czy to ledwo widoczne linki do artykułów, czy może maila od randomowych osób w skrzynce bohatera. Nic nie jest tutaj zrobione na odwal się i w “Searching” jeśli tylko chcemy znajdziemy dziesiątki subplotów, które możemy analizować przez kilka następnych dni.

Jeśli brakuje wam dobrze napisanego thrillera, który nie raz zaskoczy was opowiadaną historią to “Searching” jest filmem, którego nie możecie odpuścić. I jest też najlepszym filmem jaki obejrzeliśmy w zeszłym tygodniu.

Come @ me.