Ból młodzieńczej egzystencji, czyli fenomen duetu Smerz - Electronic Beats Poland

Ból młodzieńczej egzystencji, czyli fenomen duetu Smerz

Dwie sympatyczne dziewczyny z Oslo w przeciągu dwóch lat podbiły serca wymagających słuchaczy. Jak udało im się znaleźć sposób na połączenie zarówno undergroundowego środowiska, jak i bardziej mainstreamowych odbiorców? Fenomen duetu Smerz to niezwykle interesujące zjawisko, które staraliśmy się prześwietlić przy okazji ostatniego koncertu w ramach festiwalu World Wide Warsaw.

Muzyczna przygoda dwóch dziewczyn mieszkających obecnie w Kopenhadze zaczęła się cztery lata temu. Właśnie wtedy, Catharina Stoltenberg i Henriette Motzfeldt ogłosiły swoim bliskim, że zamierzają rzucić studia i regularną pracę na rzecz poświęcenia się muzyce. Wydawać by się mogło, że to posunięcie z gatunku pochopnych, nacechowane młodzieńczą lekkomyślnością. Nic bardziej mylnego. Z biegiem czasu, dziewczyny zaczęły zbierać owoce ciężkiej producenckiej pracy, spotkał je spory sukces (vide kontrakt z XL Recordings, w którym wydają Radiohead czy… Adele, ale również King Krule i Arca), a rodzina i najbliżsi dostali wystarczające potwierdzenie, że czasami warto podejmować spontaniczne i szalone decyzje.

 

Zacznijmy jednak od początku. W rodzimym mieście dziewczyn, Oslo, jak i w całej Norwegii panuje dość inne podejście do uczelnianych czy zawodowych obowiązków. Bardziej liberalne i luźniejsze niż w Polsce, gdzie komunikat, że nie interesują cię studia i zaczynasz nagrywać dziwne ambiento-footworko-r’n’b na swoim kradzionym Abletonie spotkałyby się raczej z nerwowym uśmiechem i gwarantowanym zawodem rodziców. Skandynawia, wiadomo, inne realia, również te finansowe czy związane z ogólnym komfortem i podejściem do życia. Potwierdza to zresztą Catharina: w norweskiej kulturze nie wiąże się tego [rzucenia studiów] z odważnymi decyzjami. Pewnie dlatego, że zmiana podjętego wcześniej zdania, powrót na studia czy do pracy to nic trudnego, nadzwyczajnego i niespotykanego. Możesz to zrobić w każdym momencie – uważam, że czasami to nawet za łatwe. Nie traktowałyśmy więc odejścia ze studiów jako wielkiej, przełomowej decyzji. Przyznaję jednak, że nasi przyjaciele tak uważali i w zasadzie do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego (śmiech).

 

Nie da się ukryć, że tempo, w jakim dziewczyny ze Smerz osiągnęły naprawdę solidny muzyczny poziom może wywoływać spory szacunek środowiska i powód do fascynacji. Ich produkcje od samego początku uderzały dojrzałością, a pomimo swojego zamierzonego brudu, niedokładności, a także wszechobecnej duchoty, zachwycały rzetelnym producenckim sznytem i klarownością brzmienia. Czuć zresztą naturalną progresję, opartą na metodzie prób, błędów i szukania własnego emploi. Dźwięki zawarte na Have fun, drugiej EP-ce, dość znacząco wyewoluowały w porównaniu do debiutanckich numerów. Jak można się domyślać, dwudziestoparolatki zaczynały w klasyczny sposób: laptop, używane, zdezelowane syntezatory i prowizoryczne studio w wynajmowanym pokoju:

 

Zaczęłyśmy od pobierania lekcji u naszych przyjaciół, którzy wcześniej mieli styczność z produkcją muzyki. Później próbowałyśmy stworzyć coś samodzielnie i w taki naturalny sposób się rozwijałyśmy. Dodatkowo, Henrietta uczyła się kiedyś gry na wiolonczeli, natomiast śpiew był dla nas dość naturalną sprawą, bo ćwiczyłyśmy go – z przerwami – od małego. Jak widać, muzyka zajmowała w naszych życiach zawsze ważne miejsce, przestawiłyśmy się tylko na bardziej aktywne uczestnictwo – jej tworzenie.

Brzmienie, jakie wykreowały w swoich numerach Smerz, jest jedyne w swoim rodzaju. Można szukać odpowiednich referencji, ale największą przyjemność ze słuchania tej muzyki daje fakt, że jest oryginalna i na swój sposób niepowtarzalna. Za fundament może służyć alternatywne r’n’b osadzone na cięższych elektroniczno-eksperymentalnych fundamentach. Jak Norweżki dochodziły do takiego poziomu?

 

Oczywiście dominowała metoda prób i błędów, odkrycie odpowiedniego systemu pracy i sposobów nagrywania. Tak naprawdę, były to godziny eksperymentowania z brzmieniem. Przeszłyśmy dość naturalną drogę – kiedy nagrywałyśmy jakiś fragment, później długo nad nim siedziałyśmy i zastanawiałyśmy się, w jaki sposób nadać mu ostateczny sznyt.

 

Zanurzając się w dźwiękach Because czy Blessed, można wyłapać inspirację Abrą – dziewczyny brzmią jak brudniejsza, przesterowana wersja wokalistki z Atlanty. Z kolei You See? to wycieczka w niemalże footworkowe rejony, których nie powstydziliby się włodarze Teklife, a świętej pamięci DJ Rashad z pewnością przyklepałby im błogosławieństwo. Otwierający najnowszą EP-kę numer Worth It czy hipnotyzujący Half life to natomiast przykłady potężnych elektronicznych walców, którym bliżej do outsider house’u niż jakiejkolwiek znanej odmiany popu. Smerz z powodzeniem mogłyby występować na scenach Unsoundu, CTMu czy innego Atonala i nikt nie wytrzeszczałby oczu, że coś tu się nie zgadza. Na pytanie, czy uważają swoją muzykę za futurystyczną i innowacyjną, odpowiadają z rozbrajającym luzem i ujmującą szczerością: bardzo chciałybyśmy, żeby tak było i mamy nadzieję, że ludzie tak ją odbierają! Christina dodaje też, że nie jestem pewna, czy silenie się na innowacyjność jest naszym celem, bo ciężko mówić o celowości w tym konkretnym przypadku. To po prostu naturalne pokłosie procesu twórczego, jaki przechodzimy.

 

W mocno eklektycznej, lecz posiadającej też charakterystyczne znamię twórczości Smerz daje się wyczuć żonglerkę pomiędzy kontrolowaną przystępnością a wyraźnym skrętem ku niszowym brzmieniom. Kiedy pytam dziewczyny o to, po której stronie czują się pewniej, odpowiadają wymijająco: próbujemy wszystkiego po trochu, ciężko jest opowiedzieć się po konkretnej stronie. Wczoraj [7 marca] wydałyśmy nową EP-kę, a jutro w NTS Radio premierę będzie miał nasz nowy podcast. Zdecydowałyśmy, że będzie on zbiorem inspiracji, które towarzyszyły nam w tworzeniu tego materiału. Myślę, że to przybliży słuchaczom muzykę, którą się interesujemy i z której otwarcie czerpiemy, jeśli chodzi o twórcze inspiracje.

 

Dość enigmatyczna odpowiedź może być wynikiem tego, że u Smerz wszystko odbywa się w naturalny sposób i nie jest skażone pójściem na łatwiznę i chodzeniem po utartych ścieżkach. Zdolne Norweżki nie chcą opierać się na ogranych patternach i silić się na poprawność lub przypodobać się komuś za cenę utraty oryginalności. Dużo eksperymentują, zarówno z nastrojowością utworów, jak i metodami produkcji oraz wykorzystaniem wokalu, który jest przecież bardzo istotnym elementem smerzowej układanki. Nie mniejszą rolę odgrywa warstwa liryczna, która stanowi kolejny wyjątkowy punkt twórczości artystek. Teksty, które pozornie mogą wydawać się dość błahe, mało porywające – wręcz proste. Niech was jednak nie zmyli pierwsze – w tym przypadku zupełnie błędne – wrażenie. Duszne, niezwykle osobiste i miejscami ocierające się o oniryzm teksty, to według Cathariny Nasze osobiste przeżycia. Myślę, że dla nas znaczą nawet więcej niż mogłoby się pozornie wydawać. Słuchacze mogą mieć często wrażenie, że to historie kogoś innego, że wcielamy się tylko w podmiot albo opowiadamy losy z naszej perspektywy. W rzeczywistości są to bardzo, ale to bardzo osobiste doświadczenia przelewane na tekst.

 

Ciężko się z nimi nie zgodzić – teksty Smerz skupiają się w dużej mierze na życiowych sytuacjach, które spotykają każdego z nas. Problemy w relacjach międzyludzkich, skomplikowanych związkach czy odnoszące się do tematu na czasie, czyli odbierania kobiet jako jedynie seksualnego obiektu, będącego celem napaści – tej słownej, jak i fizycznej. Jednocześnie, nie brakuje w nich zmysłowości i uwodzicielskiego klimatu. Charakterystyczne jest to, że większość tekstów opiera się na repetycji, a sama artykulacja sprawia wrażenie, jakby dziewczyny śpiewały od niechcenia, wyrzucały z siebie kolejne wersy tylko po to, żeby mieć już z nimi święty spokój. Prostota, za którą stoją jednak ważne i uniwersalne tematy, co podkreśla Catharina: każdy może odnaleźć w nich [tekstach] cząstkę swoich doświadczeń. Interpretować je na swój sposób. Na tym bardzo nam zależało.

 

Wyróżniającym się elementem twórczości Smerz jest również ciekawe podejście do tematu mody. Dziewczyny stawiają na nietypowe, oryginalne stylówki. Zdecydowanie bliżej im do wyjątkowości berlińskiej ulicy niż skandynawskiej elegancji i minimalizmu rodem z COSa. W dużym skrócie: lumpy, najntisy, modne retro sneakersy i doskonałe wyczucie. Dodatkowo, ową modę wyraźnie eksponują w osobliwych klipach. Często zapętlone, niepokojące i rozmazane amatorsko nagrane fragmenty, czasem chore przyjęcie, na którym mogą zdarzyć się najstraszniejsze rzeczy, a czasem dobra zabawa i quality-time spędzony z przyjaciółmi.

 

Catharina, nieco zaskoczona i wręcz rozbawiona moim pytaniem o modę impulsywnie zrzuciła odpowiedzialność na koleżankę – co z tą modą Henrietta? Obie zaniosły się szczerym śmiechem. Widać, że w żaden sposób nie traktują mody jako czegoś poważnego, sztywnego i kategoryzującego. Wręcz przeciwnie, traktują jej zdekonstruowaną odsłonę jako kolejną formę naszej ekspresji. Catharina dodaje również: mam wrażenie, że akurat w sprawie mody nie mamy wiele do powiedzenia. Ciuchy i ubieranie się w odmienny sposób dają nam dużo zabawy, uwalniają naszą kreatywność i są kolejnym kanałem na wyrażanie siebie. Bardzo cenię ludzi, którzy wychodzą do świata z jakąś konkretną ekspresją i nie są kalkami manekinów z sieciówek.

 

I nie ma się co dziwić, że normalne dziewczyny z Kopenhagi osiągnęły spory, jak na swoją muzyczną genezę, sukces. Są naturalne, nie silą się na bycie kimś innym, nie wzbudzają niechęci sztucznością i pretensjonalnością. Gdyby mieszkały w Warszawie, pewnie chodzilibyśmy do tych samych miejsc, pili piwko w tym samym towarzystwie i jarali jointy na tych samych imprezach. Dlatego też, tak ważne miejsce w sercach i głowach Smerz zajmują bliscy, przyjaciele i kumple. Eksponują to w social mediach i potwierdzają to też ich słowa: mamy wyjątkowy komfort, że możemy polegać na przyjaciołach i dawać im również możliwość uczestniczenia w tym, co robimy. Są dla nas niezwykle ważni i zawsze są z nami w momentach, w których ich potrzebujemy – są ogromną częścią naszego prywatnego życia. Kiedy pracowałyśmy nad EP-ką Have Fun, zaczęłyśmy mocniej angażować naszych przyjaciół  – między innymi do klipów. Naturalnie, Christina i Henrietta czują wsparcie ze strony bliskich, i potwierdzają ten fakt, mówiąc: cieszy nas tworzenie wspaniałej społeczności, która wzajemnie się wspiera, dając tym samym piękne efekty.