Pęknięte Lustro - nowy sezon Black Mirror w oczach Pawła Klimczaka | Electronic Beats Poland

Pęknięte Lustro – nowy sezon Black Mirror w oczach Pawła Klimczaka

UWAGA: Poniższy tekst zawiera spoilery na temat czwartego sezonu “Black Mirror” 

Pamiętam dość mroczną plejadę emocji, którą czułem po obejrzeniu oryginalnej serii “Black Mirror”. Wizja przyszłości nakreślona przez Charliego Brookera była przerażająco bliska, przyziemna i realistyczna. Zbudowana błyskotliwym konceptem, a nie efektami specjalnymi. Uzupełniającym seansem było “Weekly Wipe”, w którym Charlie komentował aktualne wydarzenia, co jeszcze bardziej pozwoliło wgryźć się w mechanizmy stojące za serialem. Owszem, były odcinki bardziej wydumane (choćby “Fifteen Million Merits”, które wciąż miało dość mocne podstawy w spekulacjach nad naszą przyszłością), ale “Black Mirror” było tak skuteczne z powodu swojego związku z rzeczywistością – wyrażonego głównie przez surową estetykę i wielopiętrowe społeczne komentarze. Różnice między przyszłością przedstawioną w serialu, a naszą rzeczywistością były subtelne, ale właśnie dzięki tej subtelności szok miał szansę wybrzmieć jeszcze mocniej. Pierwsze dwa sezony serii to jedno z historycznych dokonań telewizyjnej “rozrywki” (rozrywka ma bawić, ale po seansie mocno zabawiony się nie czułem…), absolutna lektura obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje mały ekran, duży ekran i namysł nad ludzkością. I wtedy wkroczył Netflix.

Wyśmiewanie jakości autorskiej rozrywki na serwisie jest w tym momencie dość łatwe – zresztą wolałbym zostawić to chociażby South Parkowi, który nie tak dawno zrobił to po mistrzowsku – ale faktem jest, że Netflix ma bardzo nierówną ofertę. Większość jego seriali wygląda bardzo podobnie do siebie, a czasem jest wręcz mutacją czegoś, co odniosło sukces (zapraszam do policzenia klonów “Stranger Things”, które samo w sobie jest dość pustą – choć bardzo satysfakcjonującą – rozrywką). Serwis streamingowy zrewolucjonizował sposób, w jaki dzisiaj działa telewizja, a będąc rozrywką masową, w naturalny sposób spłaszczył kryteria estetyczne. Kulminacją tego procesu jest “Bright”, pierwszy blockbuster Netflixa, który, delikatnie mówiąc, oscyluje wokół jakości filmów akcji z przełomu wieków, dorzucając do tego elfy i orki. Nie zapominajmy także o “Death Note”, filmowej adaptacji kultowego anime, które zostało zmiażdżone przez publiczność i krytykę.

Netflix pompuje absurdalne ilości pieniędzy w autorski content – w tym momencie to 8 miliardów dolarów (!), które w efekcie mają dostarczyć połowę oferty. To biznesowo dobry ruch, szczególnie wobec manewrów Disneya, który wystartuje z własnym serwisem streamingowym. Jednak patrząc przez pryzmat artystyczny mam pewien problem. Netflix na każdy złoty strzał ma kilka niewypałów – na każdy “Master Of None” przypadają zastępy nieudanych seriali komediowych, które kończą swój żywot albo kontynuują agonię przy wzruszeniu ramionami krytyków i widzów (“F is For Family”, “The Ranch”, “Flaked” – brr…). Podobnie z taśmowo produkowanymi “przygodowymi thrillerami” – oglądaliście “The OA”? No właśnie… Nie sposób zapomnieć o anime Ezry Koeniga z Vampire Weekend z Jaydenem Smithem w roli głównej (nie mogę uwierzyć, że to zdanie jest prawdziwe). “Neo Yokio” słusznie okupuje listy najgorszych animacji zeszłego roku – i tak, rewelacyjna “Castlevania” daje nadzieję na dobre, autorskie anime wyprodukowane przez serwis, ale proporcje są wciąż niekorzystne.

Czy to oznacza, że Netflix jest beznadziejnym studiem produkcyjnym? Oczywiście, że nie. Potrafi wyprodukować ciekawe, nie za duże filmy w rodzaju “I Don’t Feel at Home in This World Anymore”, czy ciekawostki typu “Okja”. Dramaty kryminalne takie, jak “Manhunt”, “Mindhunter”, czy może odrobinę zbyt przestylizowanego “Wormwood” trzymają poziom. Część serii osadzonych w świecie Marvela podobnie – “Daredevil”, “Jessica Jones” i “Luke Cage” nie tylko bronią się w kontekście komiksowym, ale są po prostu świetnymi serialami. Nawet krytykowane przeze mnie “Stranger Things” ma jakąś wartość. Ale w natłoku nowych produkcji gubi się jakość – a biorąc pod uwagę astronomiczną kwotę zainwestowaną w nowe programy, trend może się nasilić (gwoli ścisłości, według Teda Sarandosa – Chief Content Officera Netflixa – 8 miliardów ma iść głównie na 30 nowych anime i 80 filmów – szalone liczby!). Netflix chce zdominować konkurencję, ale ma problem – HBO może sobie pozwolić na spokojną pracę nad nowym sezonem “Gry O Tron”, ponieważ ma ofertę zbudowaną na latach autorskich produkcji. Netlflix tej swobody nie ma – przynajmniej jeśli chodzi o autorską ofertę. Owszem, w bibliotekach serwisu roi się od serii i filmów od innych podmiotów, ale wobec rosnącej konkurencji (i widma Disney’a, który niedawno wykupił Fox i idzie na streamingową wojnę), potrzeba własnych programów jest wręcz paląca, więc przynajmniej część contentu będzie robiona na przyspieszonych obrotach. Nie wiadomo, czy sprawdzą się plotki o zakusach Apple’a na zakup Netflixa – byłby to ruch, który zmieniłby wszystko i raczej pogłębiłby moje obawy co do oferty platformy.

Wróćmy do Black Mirror. Trzeci sezon serii – pierwszy pod skrzydłami platformy – miał przebłyski (choćby fabularne odkrycie “Men Against Fire”), ale pokazał dość nieciekawy kierunek, który obrał serial, szczególnie jeśli chodzi o estetykę. Przestylizowanie (“San Junipero” to największy zbrodniarz w tej kategorii), efekciarstwo, jeszcze bardziej wydumane koncepty. Oczywiście, patrzy się na to dobrze, ale nie sposób opędzić się od wrażenia, że społeczna krytyka, kręgosłup “Black Mirror”, została spłycona i wygładzona. Choćby pierwszy odcinek – o celowo cukierkowej estetyce – zatrzymuje swoją całkiem sensowną krytykę (media społecznościowe mają totalitarny potencjał w swoim wymuszaniu autoprezentacji) na powierzchownym poziomie, nie wychodząc poza poziom bajki dla dorosłych, oczywiście z morałem. Niestety, czwarty sezon rezygnuje nawet z morału, zastępując go stylistycznymi wygibasami.

W ostatnim sezonie “Black Mirror” mniej więcej bronią się dwa odcinki – “Arkangel” i “Crocodile”. Pierwszy pokazuje, do czego może doprowadzić właściwa klasie średniej obsesja na punkcie bezpieczeństwa dziecka w połączeniu z rozwiniętymi technologiami inwigilacji. Sama technologia została pokazana w cudownie niewinny sposób – ot zaczipuj dziecko i zmartwienie z głowy. Oczywiście konsekwencje są do przewidzenia. Cały czas uwierał mnie sentymentalno-hollywoodzki sposób prezentowania historii i dopiero napisy końcowe wyjaśniły, skąd taki nieznośny charakter odcinka (directed by Jodie Foster).
“Crocodile” jest chyba najbliższe duchowi oryginalnej serii z całego sezonu. Wielowątkowa, trzymająca w napięciu historia (o dość absurdalnym finale) nie mizdrzy się do widza, nie jest też do końca ostrzeżeniem – bardziej kryminalną wariacją na temat możliwości technologii i nieoczekiwanych skutków ubocznych z niej wynikających. Gdzieś czai się refleksja na temat relacji między możliwą przestępczością a inwigilacją, plus oczywiście stara i prawdziwa śpiewka o skorumpowanych i zdemoralizowanych elitach. Satysfakcjonujący seans!

Pozostałe cztery odcinki wręcz odpychają swoją prostą konstrukcją. Odcinek pierwszy: “o nie, zły programista, zła wirtualna rzeczywistość, hej – lubicie Star Trek?” Potencjalnie dobry pomysł zostaje zasypany mizdrzeniem się do fanów i eksploatowaniem stereotypu ziomka IT-socjopaty. Odcinek czwarty: aplikacja randkowa doprowadzona do rozmiarów totalitarnego państwa… Hm, czy słyszę echo pierwszego odcinka poprzedniego sezonu? Jasne, w pewnym stopniu postępuje mechanizacja więzi międzyludzkich – ale można pokazać to w subtelniejszy sposób. Odcinek piąty to nijaka wersja australijskich filmów o postapokalipsie. Czarno-biała, więc wiemy, że to dzieło artystyczne! Wizja ludzkości pokonanej przez własną kreację jest już bardzo wyeksploatowana i trzeba się postarać, żeby powiedzieć coś nowego w temacie – od “Black Mirror” powinniśmy wymagać czegoś więcej niż przeciętnego filmu post-apo. Ostatni odcinek… Ostatni odcinek to kompletna kapitulacja twórców. Bezsensowny metakomentarz, obliczony na analizy jutuberów szukających “easter eggs” w każdym ujęciu. “Black Museum” – dystans, ironia, puszczanie oczka – postmodernizm! Ponownie – ostatnie dwa sezony serialu ogląda się dobrze, bo stoją za nimi kompetentni ludzie. Niestety, pierwsze dwa miały do zaoferowania dużo więcej niż przymilanie się do publiki i kompetencję. “Black Mirror” z serii konfrontującej widzów z wyzwaniami przyszłości zmienił się w papkę, która jedną ręką grozi, a drugą głaszcze po głowie, podsuwając fajne obrazki i znajome klisze.

Jednym z najlepszych seriali komediowych ostatnich lat i kapitalnym komentarzem na temat amerykańskiego przemysłu rozrywkowego jest “Episodes” – rzecz o parze brytyjskich scenarzystów komediowych, którzy przyjeżdżają za Ocean zrobić amerykańską wersję swojego serialu. Oczywiście, ich szefowie cały czas przy tym majstrują, coś zmieniają (np. postać starego bibliotekarza, którego zamieniają w atrakcyjną kobietę), inteligentne pomysły sprowadzają do głupkowatych gagów, doprowadzając scenarzystów do furii, ale ostatecznie do rezygnacji i cichego przyzwolenia na rozwałkowywanie własnego dzieła. Czy to spotkało Charliego Brookera we współpracy z Netflixem? Oglądając ostatnie sezony “Black Mirror” nie sposób opędzić się od takiego wrażenia. A może Brooker nie uniósł zobowiązania, jakim jest większy budżet? Niezależnie od czynników, jakie wpłynęły na jakość ostatnich dwóch sezonów serialu, czuję się zawiedziony. “Black Mirror” wciąż ogląda się dobrze, ale mocne wrażenie, jakie zostawiły na mnie brytyjskie sezony serialu, wyostrzyły moją opinię na temat tych nowych. Co prawda kolejny sezon jest jeszcze nie potwierdzony, ale seria jest zbyt popularna, żeby Netflix ją wygasił. Dlatego nie tracę nadziei i kto wie, “Black Mirror” wstrząśnie mną jeszcze raz…