AKME wywiad i premiera “RADICAL FORGIVENESS EP” | Electronic Beats Poland

AKME wywiad i premiera “RADICAL FORGIVENESS EP”

AKME, czyli warszawski DJ i producent Maciej Kochański, którego znacie z klubów i niezliczonych imprez już od lat 90. Wydaje dla labeli takich jak Resopal Schallware, Numbolic czy Otake Records, które 2 lata temu opublikowało jego LP „Tranquilizer”.

Words by Artur Wojtczak

AKME prezentuje dla ELECTRONIC BEATS ekskluzywnie najnowszą EP-kę „Radical Forgiveness”.

Z okazji premiery, rozmowiamy właśnie o tym wydawnictwie, o zaniku pewnej magii w didżejingu, pracy z przyjaciółmi i połączeniu muzyki tanecznej z duchowością.

Artur Wojtczak: Spotkaliśmy się na rozmowę przy okazji premiery Twojej nowej EP. I to dość duże wydarzenie, bo ty raczej unikasz działań promocyjnych – nie robisz sobie sesji zdjęciowych przed weekendowym graniem…To twoja taktyka, by stać trochę z boku?

AKME: Dla mnie to naturalne zachowanie, nie staram się być w centrum zainteresowania, tylko stoję spokojnie z boku i robię swoje. Nie jest to więc wymyślona taktyka, taki po prostu jestem.

Angelo Mike, który jest obecny na naszym rynku chyba tyle co ty, powiedział mi ostatnio, że zawód DJ i jego pozycja wyraźnie się zdewaluowały. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Zdecydowanie tak… Pamiętam granie w latach 90., gdy każdy set to było swego rodzaju święto powiązane z jego kreowaniem, planowaniem, a wcześniej jeżdżeniem po płyty. I to najczęściej do Berlina, gdy nie było jeszcze porządnych sklepów płytowych w Warszawie. Spędzanie długich godzin na diggowaniu winyli, przeliczanie marek w portfelu. To były solidne przygotowania do występu i oczekiwanie na niego, jak na wielkie wydarzenie. Teraz rynek się mocno skomercjalizował, dostęp do muzyki jest łatwy – każdy może sobie ściągnąć „pakiet do grania” w 5 minut. Może zabrzmi to nostalgicznie i nieco zrzędliwie, ale nie ukrywajmy: didżejing został w dużej mierze odarty z magii, która kiedyś mu towarzyszyła. Publiczność też jest w większości mniej wymagająca i poszukująca. Klubowicze i młodzi dj’e czekają, aż wszystko poda im się na przysłowiowej tacy. Pamiętam, gdy kiedyś po secie w Nowej Jerozolimie podszedł do mnie ktoś z klubowiczów i poprosił o całą tracklistę mówiąc: „- Podeślesz mi listę utworów? – Po co? Bo ja też gram a widzę, co te tracki robią z ludźmi. Dobrze zagrałeś, więc czemu mam z tej wiedzy nie skorzystać? ”(śmiech)

Są oczywiście wspaniałe wyjątki i zawsze bardzo mnie cieszy widok świadomej publiki, czy młodych adeptów bardzo poważnie podchodzących do sztuki dj’skiej.

Nawiązując jeszcze do nienachalnej promocji – nawet swojego seta z czerwcowego występu na festiwalu Silberberg wrzuciłeś na swoje soundcloudowe konto dopiero po kilku miesiącach…A jak z perspektywy czasu oceniasz tę imprezę?

Tak, kompletnie zapomniałem o tym zarejestrowanym secie i wrzuciłem go ze sporym opóźnieniem! Festiwal był fantastyczny, życzę ekipie Silberberg coraz większej frekwencji z roku na rok. Dla mnie ta impreza była wręcz 10/10. Wspaniali ludzie i przepiękne miejsce. Fajnie było rano wejść na mury twierdzy i spojrzeć w dół, na dolinę ścielącą się mgłami i wschodzące w oddali słońce.

Czy zaczynając granie w tak kultowych miejscówkach jak Blue Velvet czy Trend miałeś jakiegoś jednego swojego idola z DJ-skiego świata?

Z Polski wymieniłbym na pewno DJ-a Extase, czyli Jarka Budytę. Bardzo lubiłem z nim grać, podpatrywać jego znakomitą selekcję i świetny warsztat. Dużo się od niego nauczyłem. Jarek grał zawsze na bardzo wysokim, światowym poziomie. Wielka szkoda, że teraz tak rzadko można go jeszcze usłyszeć. Natomiast z zagranicy: w tamtych czasach ogromne wrażenie robił na mnie Josh Wink, zwłaszcza jego seria Profound Sounds. Nadal słucham tych setów i nie dowierzam, że to powstało tyle lat temu…

Dokładnie 2 lata temu na rynku pojawił się twój album „Tranquilizer”. Czy tracki z tej płyty wciąż goszczą w twoich setach?

Zdarza się, głównie w przypadku 2 utworów, choć ja tak naprawdę mało własnych tracków umieszczam w swoich setach. A tamten album nie jest zbyt imprezowy, spotykam się nawet z zarzutami, ze jest mało DJ-friendly, bo tracki długą się rozwijają…

Dzisiejsza premiera to twoje kolejne wydawnictwo dla OTAKE Records. Dobrze się pracuje z przyjaciółmi?

Tak, świetnie się pracuje w tak rodzinnej atmosferze. Liza jest dobrą duszą i dużym wsparciem a z Piotrkiem znamy się od lat, ma do mnie zaufanie i daje mi bardzo dużą swobodę artystyczną w temacie wydawnictw na Otake.

Tytuł nowej EP – „Radical Forgiveness” jest nieprzypadkowy, prawda?

O teorii tzw. Radykalnego Wybaczania dowiedziałem się od znajomej healerki, pracującej z ludzką energią. To osoba, która potrafi połączyć się duchowo z innymi bytami, innymi światami. Przegadaliśmy wiele godzin, m.in. przy okazji hawajskiego masażu lomi-lomi, który robi porządek nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z głową. To spotkanie mocno wstrząsnęło moim światem i pomogło spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektyw. Mimo, że nie był to mój pierwsze kontakt z energią i duchowością – wcześniej miałem okazję pracować z buddystami oraz południowoamerykańskimi uzdrowicielami, to te właśnie sesje wywarły na mnie ogromny wpływ. Samą teorię i proces dotyczący Radykalnego Wybaczania polecam serdecznie wszystkim. U mnie zaczął się on już podczas pracy nad albumem „Tranquilizer”, o czym wówczas jeszcze nie wiedziałem… Pracując z tą dziewczyną utwierdziłem się w przekonaniu, że to co robię ma sens, że muzyka jest poniekąd moim przeznaczeniem. Stąd ta EP-ka jest właśnie pewnego rodzaju podziękowaniem dla niej za sesje i pogłębianie mej świadomości.

Na płycie znajdziemy 4 utwory, do tego remiksy, w tym niezwykle klimatyczny Mikkel Metal Mix. Długo myślałeś nad koncepcją i doborem utworów?

Jak już wcześniej wspomniałem, Radical Forgiveness to koncept, który powstał pod wpływem szczególnych emocji i przemyśleń. Cały proces trwał z przerwami kilka miesięcy, a kiedy EP było gotowe, poprosiliśmy o remix dwóch artystów. Ku mej radości, obaj chętnie zgodzili się na współpracę. Gdy proszę jakiegoś artystę o remiks mojego utworu, daję mu totalnie wolną rękę. Nie pytam co zrobi z oryginałem, w pełni akceptuję jego wizję i zawsze taki remiks wydaję. A całkiem szczerze, to właśnie oba remiksy są moim ulubionymi utworami na EP-ce. Płyta już teraz zbiera fajny feedback w branży – miłe słowa popłynęły m.in. od The Advent, Benjamin Damage, Eddie Hale, Patrick DSP, FEM, Noah Pred, Master-H, MTD, Gotshell, Abstract Division, Satoshi Fumi, Marcos In Dub, Roberto Clementi, OHM, Enrico Sangiuliano…

Transowa muzyka elektroniczna jaką jest m.in. techno czy dub-techno wydaje się być w ścisłym związku z szamańskimi rytuałami, oczyszczaniem duchowym. Jak ty powiązałbyś duchowość z muzyką taneczną?

Dla mnie to bardzo ścisły związek i wielokrotnie miałem okazję poczuć to naprawdę mocno. Pamiętam swój udział w jednym z rytuałów szamańskich, który przerodził się w trwającą do rana ceremonię tańca radości i to bez prądu! Ludzie spontanicznie chwytali instrumenty i zaczynali grać na bębnach, grzechotkach, fletach i didgeridoo – 50 osób jeden rytm! To było tak prawdziwe i szczere – jak energetyczne ujście najbardziej pierwotnych instynktów!

Wspomniałeś mi, że przechodziłeś przez proces transgresji do poprzednich wcieleń i w każdym z nich miałeś coś wspólnego z muzyką. Możesz powiedzieć coś więcej?

To bardzo długi i poważny temat. Trudno streścić go w kilku zdaniach. Jeśli wierzyć słowom duchowych guru, z którymi miałem okazję rozmawiać czy pracować, każda z moich inkarnacji była zawsze trwale związana z muzyką. Zawsze. Pewien mnich buddyjski już kiedyś zwrócił mi uwagę, że z tematów muzycznych mimowolnie i bardzo naturalnie schodzę do tematów duchowości. Często mam wrażenie, że nie tworzę muzyki, tylko ona sama ze mnie wypływa.

W zasadzie nigdy nie siadam do produkcji muzyki z zamiarem zrobienia numerów typowo parkietowych. Ba! Ja się nawet nie zastanawiam, czy zrobię numer w stylu techno, house, dub czy ambient. Miałem często wrażenie, że przez to moja muzyka jest postrzegana jako niespójna.  Ale jak się okazuje, moi odbiorcy mają dokładnie odwrotne spojrzenie, na szczęście! (śmiech).

Masz w domu tysiące płyt. Wybierz dla nas  klasyki, które mimo upływu lat wciąż działają na parkiecie.

Moja kolekcja płyt jest naprawdę spora i ciężko wybrać tylko trzy, skoro jest cała masa utworów, które w ogóle się nie zestarzały. Ale wybrałem tę trójkę:

THROB – Grasshopper // Primate Recordings 1996

Maurizio – Untitled (M5-A1) // Maurizio 1995

Joey Beltram – 5.7 Litre // Tresor 1995