7 najbardziej przereklamowanych filmów tego roku - Electronic Beats Poland

7 najbardziej przereklamowanych filmów tego roku

Words by Kacper Peresada

Pamiętam, jak w zeszłym roku pisałem na temat filmów, które uważałem za słabe i powiem szczerze – średnio się ze mną zgadzaliście. Dlatego postanowiłem trochę inaczej podejść do tematu i nie pisać o filmach, które są „złe” a raczej o filmach, które całkowicie zawiodły nadzieje, które w nich pokładałem.

Widzicie, ja lubię się jarać filmami przed ich premierą i lubię czuć dziecięcą ekscytację, gdy wchodzę do kina, aby zobaczyć projekt, na który czekałem od kilkunastu miesięcy. Czasami od kilku lat. Często, gdy zależy mi na jakimś filmie i wiem, że jego trailer ma się pojawić na ekranie, zatykam uszy i chowam głowę między nogami byle tylko nie zespoilować sobie nawet sekundy opowieści. Omijam internet i staram się nie sugerować opiniami innych, ale jest to trudne, bo żyjemy w czasach, w których bez hype’u nie ma filmu.

I sparzyłem się na hypie wielokrotnie. A poniżej są najmocniejsze przykłady moich oparzeń z ostatnich miesięcy.

I muszę to podkreślić – poniższe filmy nie muszą koniecznie być złe, aby znaleźć się na tej liście. Poniższe filmy są według mnie przereklamowane i niespełniające oczekiwań, jakie w nie pokładałem. Są miałkie albo są po prostu wtórną rozrywką, bez której wszyscy moglibyśmy się obejść.

Czarna Pantera

Bardzo trudno mi wyjaśnić, w krótkim tekście jak bardzo wierzyłem w ten film. Uważałem, że będzie to film zasługujący na miano legendarnego w każdym względzie: pracy kamery, CGI, muzyki i scenariusza. To, co otrzymałem to typowy film Marvela, który wyróżniał się na tle pozostałych projektów jedynie dobrze napisanym złolem. Postaci były miałkie, sceny akcji były słabe, CGI było tragiczne i wszystko ostatecznie było… takie typowe. I chyba to najbardziej mnie bolało w tym filmie – jedynym co wyróżniało „Czarną Panterę” był jej społeczny wpływ na świat Hollywoodu i szanuję to z całego serca. Jak i uważam że więcej filmów powinno mieć przeważającą obsadę czarnych aktorów. Ale też przydałoby się, żeby te filmy były trochę lepsze, a nie były kolejnym typowym marvelowskim filmem, który nie jest w niczym lepszy od bardzo miałkiego „Ant Mana i Osy”.

 

Bajecznie Bogaci Azjaci

Kolejny film, w którym Hollywood postawił głównie na to, kto jest na ekranie, a nie na to, co jest na ekranie. Poszedłem na ten film spodziewając się fajerwerków. Filmu na miarę legendarnych komedii romantycznych, takich jak „To Własnie Miłość”, „Masz Wiadomość” czy „Bezsenność w Seatle”. Dostałem bardzo długi film, w którym filmowy frazes był poganiany filmowym frazesem. W końcu powiedzcie mi, ile jest filmów o dziewczynie wyjętej ze swojego świata, która musi przekonać do siebie niechętną jej rodzinę ukochanego? I w ilu z tych filmów oglądaliście „dziwaczną/szaloną/głupawą” koleżankę, przyjaciela geja, który robi z bohaterki księżniczkę i matronę, która ostatecznie nie jest taka zła.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

O najdroższy Jezu, ta lista zaczyna mnie samego martwić. „Czarne Bractwo” to bardzo nudny film. Po prostu. Gdyby nie fakt, że trwał 140 minut, mogłoby z niego wyniknąć coś lepszego. Po pierwsze historia opowiadana przez Spike’a Lee jest naprawdę fascynująca, ale jej przedstawienie na ekranie jest dalekie od ekscytującego. Miałem też wrażenie, że film nie do końca wiedział, czym chce być. Czy ma być cool i groovy, czy raczej poważny i przejmujący? Nie można odmówić „Czarnemu Bractwu” kilku wyjątkowo udanych scen. Choćby ta, w której Harry Belafonte opowiada historię pogromu, jakiego dokonano na młodych czarnych dzieciakach w Stanach, która jest wymieszana z członkami Ku Klux Klanu wiwatującymi w trakcie oglądania „The Birth of the Nation”. Ostatecznie film ten po prostu gubi piłkę i zapomina, że chociaż przesłanie jest ważne, nie możemy też zapomnieć, że warto napisać solidny scenariusz od początku do końca.

Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindewalda

Ależ ten film był gówniany słaby. W ciągu pierwszych 10 minut okazało się, że wszystko, co zobaczyliśmy w oryginalnym filmie, nie ma znaczenia, bo: a) ten typ co miał być martwy, żyje b) ten typ co miał być w więzieniu, uciekł c) ten typ, co miał nic nie pamiętać, pamięta. Potem J.K. Rowling postanowiła spędzić 150 minut 150 minut na opowiadaniu historii, która po prostu nie ma żadnego znaczenia. Spędziliśmy 300 minut w świecie magii, aby dowiedzieć się, że jeden chłopak jest spokrewniony z Dumbledorem. 6 godzin kina, aby poznać tajemnicę jednej postaci, która w sumie i tak nie jest taka istotna. Dodatkowo wydaje się, że Rowling zaczyna się gubić w tym, jak skomplikowana może być magia, bo coraz więcej postaci na luzaku robi czary, których nie powstydziłby się Voldemort. Latanie? Sponio. Używanie Avada Kedavra przez funkcjonariuszy policji? Wiadomo. Wielki niebieski ogień mordujący wszystkich wokół poza przyjaciółmi? Luźniutko. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Warner Bros planuje jeszcze 3 filmy zanim otrzymamy koniec tej historii.

Bohemian Rhapsody

Pytanie, jakie zadaje ludziom po obejrzeniu tego filmu, brzmi zawsze: „czy podobał ci się dlatego, że lubisz muzykę Queen i po prostu cieszyłaś się na dwugodzinny teledysk czy dlatego, że to faktycznie był dobry film?”. Ponieważ nie odmawiając nic Ramiemu Malekowi i jego grze aktorskiej, ten film po prostu był nudny. Opowiadając historię jednego z najciekawszych muzyków XX wieku, nie dostaliśmy ani trochę mięsa – jedynie poboczne historyjki, które nie zgłębiły zbyt wiele mroku i szaleństwa, jakie otaczało Freddiego. I oczywiście ostatnie 20 minut to świetnie nakręcony i odtworzony legendarny występ Queen na Wembley, ale odtwarzanie nagrań z Youtube’a nie oznacza dobrego scenariusza. Tylko dobre odtwarzanie nagrań. A ja chciałem dostać historię, która opisałaby walkę z demonami i jego bujne życie. Dostałem jedną sceną z brudnym lustrem i resztę członków Queen, którzy udawali, że byli grzecznymi chłopcami spędzającymi czas z żonami.

Jurassic World: Upadłe Królestwo

O najsłodszy panie, jaki ten film był durny. Pomińmy fakt, że składał się z dwóch części, z których druga opowiadała historię dinozaura chodzącego po dużym domu. Zapomnijmy, że Jeff Goldblum był tak samo długo widoczny w trailerze co w ostatecznej wersji filmu. Nie przejmujmy się, że genialny plan na wykorzystanie dinozaurów w wojnie to wyszkolenie ich, aby reagowały na specjalny laser skierowany na ofiarę (no bo po co strzelać, gdy możesz skierować karabinem laser na typa i rzuci się na niego dinozaur).  Olejmy fakt, że ludzie stworzyli dinozaury, a miliarderzy na nielegalnej aukcji kupują je za milion (sic!) dolarów. Wszystko jedno, że główni bohaterowie nie mają między sobą żadnej chemii. Do tego jedna z postaci, jest weterynarzem dinozaurów (po studiach), który nigdy nie widział dinozaura. Wiecie co… nie. Nie pomijajmy tego. Po prostu nie oglądajcie tego filmu.

The Happytime Murders

THM miało wypełnić moją potrzebę głupiej i wulgarnej rozrywki, która jednak mnie śmieszy. Nie spodziewałem się jednak, że  całym pomysłem na humor w tym filmie będą przeklinające muppety. A poza tym przeklinające muppety. A poza tym przeklinające muppety. Bo nawet najlepszy żart (który według twórców tego filmu to przeklinające muppety) powtórzony milion razy staje się nudny. I jeśli nie jesteście w stanie napisać wokół tego żartu sensownego scenariusza, może lepiej nakręcić krótki filmik na youtubie, który będziemy mogli obejrzeć w trakcie porannej kawy.

 

BONUS ROUND KTÓRA WAS NAPRAWDĘ MOŻE ZIRYTOWAĆ

Źle się dzieje w El Royale

Nigdy w życiu nie widziałem filmu, który byłby tak dobrze zagrany, będąc tak nudnym filmem. „El Royale” trwa 2 godziny i 22 minuty, ale biorąc pod uwagę, jak wiele scen jest tam wypełniaczami (nie wnoszącymi do historii tak naprawdę nic) można by było go spokojnie ściąć do 1,45. „El Royale” dosyć mocno choruje na Tarantinizm, ale niestety w tym wypadku  ta choroba nie przełożyła się na jakość pisanych dialogów. Problem z „El Royale” jest w sumie prosty. Jest za długo. I nudno. I postaci mimo dokładnych introdukcji nie wydają się mi bliskie. Jakimś cudem gdy oglądałem „Wściekłe Psy” czułem więź z bohaterami na ekranie. W tym filmie, mimo że dostawałem do ręki ich przeszłość nadal byli mi obojętni. Bo czasami trzeba niestety użyć tej magii, która rozdziela wannabe twórców od prawdziwych gwiazd.

 

BONUS ROUND CZYLI PO PROSTU ZŁE FILMY

The  Outsider

Jeśli kiedyś chciałem obejrzeć film o Yakuzie, to głęboko w duszy marzyłem, aby główną rolę zagrał biały aktor. Bo jest to najbardziej hollywoodzka opcja na świecie. Kocham serię gier „Yakuza”, która na szczęście zachwyca od lat swoim scenariuszem, dlatego nie mam jakiejś wielkiej dziury w sercu, jeśli chodzi o tego typu kino. I szczerze mówiąc, od początku sądziłem, że ten film będzie słaby. I miałem rację.

Prawdziwe Zbrodnie

Ok. Nie miałem żadnych nadziei, że ten film będzie dobry i jedyny powód, dla którego w ogóle mówiono o nim w Polsce, był fakt, że nakręcono go we Wrocławiu. Niestety poziom scenariusza był na poziomie przeciętnego serialu Polsatu, jaki telewizja ta mogłaby kręcić we Wrocławiu.