Electronic Beats Poland

Rozrywka z Odprysku

Published on August 28, 2017 08:23 Berlin Time

 

Główną mocą seriali są ich bohaterowie. Czasami potrzeba kilku odcinków, żeby wytworzyć tę unikalną więź (tak miałem w przypadku “Parks & Recreation”), czasami wszystko klika od razu (“Breaking Bad”), a czasem nie klika nigdy (“Arrow”). Oczywiście widzowie chcą tę więź pielęgnować – czy to ze światem serialu, czy z jego bohaterami – ale przecież zawsze będzie ostatni odcinek. Wtedy do gry wchodzą spin-offy: seriale dopowiadające dzieje świata i bohaterów innych seriali. Amerykańska telewizja produkuje je od kilkudziesięciu lat, z różnym skutkiem. Dzisiaj konsumujemy więcej seriali, niż kiedykolwiek – serwisy streamingowe i mniej legalne usługi pozwalają łykać sezon za sezonem. Dotyczy to głównie produkcji zza Oceanu, chociaż istnieją i masochiści, którzy siegają po rodzime produkcje. Nie jestem jednym z nich, więc skupimy się na spin-offach od Wujka Sama.

Warto zaznaczyć, że granica między spin-offem, a nową serią jest płynna i czasami trudna do wyznaczenia. Czy kolejne Star Treki po oryginalnej serii to spin-offy czy po prostu dalsze dzieje tego uniwersum (“Deep Space Nine” w sumie najłatwiej nazwać spin-offem, ale co np. z “The Next Generation”)? Czy programy dawnych korespondentów “The Daily Show” – z nieistniejącym już “Colbert Report” i “Last Week Tonight with John Oliver” na czele – można uznać za spin-offy? Nie wiem, czy mamy tutaj miejsce na roztrząsanie telewizyjnej semantyki, więc z tym problemem poradzimy sobie w najlepszy z możliwych sposobów – udajemy, że nie istnieje. Hej, czy wiedzieliście, że “Simpsonowie” to spin-off “The Tracey Ullman Show”? No właśnie. Zresztą do dziejów i upadku żółtej rodziny wrócimy w przyszłości. Jeśli już robimy porządki – nie mam zamiaru zajmować się tonami spin-offów od sitcomów, seriali rodzinnych, nie przeczytacie też tu o “Frasierze”, różnych wcieleniach CSI, czy “Law & Order”. Z braku miejsca musimy również porzucić “Xena: Warrior Princess”, bodaj jedyną dobrą rzecz, jaką dał światu serial “Hercules” – z pewnością nie jest to kariera aktorska Kevina Sorbo. Skupimy się na przypadkach najbardziej kuriozalnych, najciekawszych lub najmniej udanych.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Najbardziej doceniany spin-off ostatnich lat to “Better Call Saul”. Serial opowiada losy Jimmy’ego McGilla, który jest ambitnym, ciężko pracującym człowiekiem o naturze cwaniaka – poznaliśmy go w “Breaking Bad” jako Saula Goodmana, prawnika prowadzącego szemrany biznes. Czy Jimmy to facet o dobrym sercu, czy toksyczna persona, niszcząca wszystko wokół siebie – zdecydujcie sami. Świetnie zbudowane postacie to niewątpliwy atut serialu – trudno o ich jednoznaczną ocenę, za to łatwo o emocjonalną inwestycję. Mocnym punktem jest też wątek Hectora Salamanci, psychopatycznego barona narkotykowego i jego rozdartego pomocnika o wdzięcznej ksywce Nacho. Zresztą, serial uwielbia eksplorować najciekawsze postaci z oryginału – Mike Ehrmantraut, czy Gustavo “Gus” Fring w “Better Caul Saul” są czymś dużo więcej niż metodą na podbicie serc fanów.

Inną sprawą jest wizualny styl produkcji, znany już z oryginału. O dziwo niespieszne tempo, które potrafiło wręcz zamordować niektóre odcinki “Breaking Bad”, tutaj działa wyśmienicie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że “Better Call Saul” to pod kilkoma względami serial lepszy od swojego źródła, może dzięki temu, że ma bardziej intymny wymiar.

Zanim na ekranach pojawiło się “Breaking Bad” i “Better Call Saul”, wzorem świetnie przeprowadzonego spin-offu był “Angel”. Serial opowiadający losy tytułowej postaci, która wcześniej podbijała telewizję w “Buffy: the Vampire Slayer” Jossa Whedona. I o ile obie produkcje o wampirach dzisiaj lekko trącą myszką, tak w swoich czasach były przełomowe. Sposób budowania postaci, zakres poruszanych tematów, rewelacyjne dialogi – “Buffy” i “Angel” kładły podwaliny pod nowoczesną rozrywkę telewizyjną w równym stopniu, co “Sopranos” i “The Wire”. Angel, wampir przeklęty posiadaniem duszy, był postacią, którą chciało się zrozumieć. Otoczoną mocnymi postaciami drugiego planu, skonfliktowaną moralnie. Cóż, losy wampira-detektywa w Los Angeles nie należą do najłatwiejszych. Serial był bardziej zmaskulinizowany i napakowany akcją niż “Buffy” i nietrudno w nim dostrzęc zręby stylu, który króluje dzisiaj w superbohaterskich filmach Marvela. Czy to dobrze, czy źle, to temat na osobną dyskusję.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

Zupełnie inny poziom jakości prezentował inny spin-off z tamtego okreu telewizji – “The Lone Gunmen”. Serial oparty na mocno pobocznych postaciach z “X-Files” był niewypałem, z kilku różnych powodów. Co ciekawe, za jego scenariuszem stał jeden z twórców “Breaking Bad” i “Better Call Saul” – Vince Gilligan – a kreatywnego wsparcia użyczył główny twórca “X-Files”, Chris Carter. Ale coś poszło nie tak. Samotni Strzelcy sprawdzali się jako humorystyczny przerywnik i wyraźny kontrast dla mrocznych spraw agenta Muldera, ale nie byli do końca materiałem na własny serial. Ton “Lone Gunmen” również był przeszodą dla sporej części widowni – dość mocno stawiał na elementy komediowe. Jeśli chodzi o fabułę, to produkcja postawiła na coś, co według mnie ściągało w dół “X-Files”: rządowe spiski. Przygody Muldera i Scully najlepiej sprawdzały się w formule “potwór tygodnia”. Kiedy serial ruszył na teren wielkiego spisku, coś zaczęło nie trybić. A “Lone Gunmen” skupiło się właśnie na tym. Mimo charyzmy i sympatii trzech głównych bohaterów – reprezentujących nerdowskie stereotypy – serial nie był do końca zabawny (nawet na tamte czasy, nie mówiąc o dzisiejszym kontekście), za często miał generyczną fabułę, wreszcie – nie niósł ze sobą żadnego ciężaru emocjonalnego. Mimo durnotek “X-Files”, byliśmy wciągnięci nawet w najbardziej absurdalne wydarzenia na ekranie (hej, Scully ma dziecko-obcego!), głównie przez tą emocjonalną więź, o której pisałem na początku. “Lone Gunmen” nie potrafili związać ze sbą widowni, a nieciekawe scenariusze wcale nie pomagały.

Skoro już jesteśmy przy niewypałach, porozmawiajmy o “Joey”. “Przyjaciele” to jeden z największych telewizyjnych fenomenów w historii, serial, który ma fanów pod każdą szerokością geograficzną. Nie bez powodu – to produkcja, która perfekcyjnie wcieliła w życie zasadę, że serial to tak naprawde jego postacie. Rachel, Chandler, Phoebe, Monica, Ross i Joey przez pewien czas – a dla wielu ludzi do dzisiaj – byli jak bliscy znajomi, czy nawet przyjaciele (badum tss). Kiedy serial się kończył i bił rekordy popularności, było jasne, że to nie koniec. Tylko kto powinien dostać własny serial? Sprawę rozwiązano w najbardziej showbiznesowy sposób – padło na kogoś ze sfery showbiznesu. Amerykańska rozrywka lubuje się w portretowaniu życia aktorów i aktorek, robienia filmów o filmach, seriali o filmach, czy seriali o serialach (w “Episodes”, dosłownie serialu o kręceniu serialu, gra zresztą Matt LeBlanc, odtwórca roli Joey’a). Niestety, najlepsze odcinki “Joey” to te, gdzie pojawiają się dawni przyjaciele. Zabrakło dobrego scenariusza, obsada jest co najwyżej poprawna, a sam Joey… Cóż, jako słodki idiota w otoczeniu innych postaci był wyśmienity, jako samodzielna postać bywa irytujący, nudny, a czasem po prostu kiepski. “Joey” to spory zawód i dowód na to, że serial potrzebuje kilku wciągających postaci, a nie tylko jednej znajomej twarzy.

Z kiepskich spin-offów warto wymienić jeszcze kilka. Z pewnością “Baywatch Nights”, gdzie znany z biegania po plaży w zwolnionym tempie Mitch wciela się w rolę prywatnego detektywa – ale “Baywatch” sam w sobie był raczej śmieciową rozrywką, więc nie można było spodziewać się cudów. “Fear the Walking Dead” – po pierwszym sezonie “Walking Dead” zwolniono reżysera Franka Darabonta i zmniejszono budżet o połowę, nic zatem dziwnego, ze serial pikuje od tamtego czasu w dół. Spin-off reprezentuje jeszcze niższy poziom. “Cleveland Show”, który wyrósł z “Family Guy” – ponownie, oryginał od dawna przeciera dno brzuchem, więc nieśmieszne żarty Setha MacFarlane’a przeniesione na grunt czarnej rodziny śmieszą jeszcze mniej. Uff, znalazłoby się kilka innych, ale “Cleveland Show” to dobry moment, żeby wskoczyć do kolorowego świata kreskówych spin-offów.

O “Simpsonach” wypadałoby tylko wspomnieć – serial tak bardzo przerósł swoje spin-offowe dziedzictwo, że należy mu się osobny tekst. “Darkwing Duck” w teorii wykształcił się z “Ducktales” (na marginesie: nowa seria jest cudownym mariażem starego stylu z nowymi produkcjami Cartoon Network w rodzaju “Gravity Falls”), ale sami twórcy wyraźnie zaznaczają, że obie opowieści o kaczkach dzieją się w osobnych uniwersach. “Daria”, odprysk “Beavis and Butt-Head”, to relikt swoich czasów, uwięziony w klatce nawiązań, które dzisiaj nie znaczą już nic. Ale jest pewien wyjątkowy spin-off, dziecko kapitalnej animacji i kreatywności. “Pinky and the Brain”.

YouTube

By loading the video, you agree to YouTube’s privacy policy.
Learn more

Load video

“Animaniacs” to animacyjna perła w koronie Warner Bros. i jeden z niewielu powodów, dla których warto szanować Stevena Spielberga po latach osiemdziesiątych. Serial łamał standardy, okrutnie komentował popkulturę, był po prostu zabawny i bardzo kreatywny. Plus, dał światu Pinkiego i Mózga – dwie laboratoryjne myszy, których misją jest zdobycie władzy nad światem. Ok, misją jednej jest władza, druga to typowy dureń-sidekick, który czasami w zaskakująco trzeźwy sposób kontruje pomysły swojego megalomańskiego kolegi. “Pinky and the Brain” to rozrywka relatywnie inteligentna, ale przede wszystkim pomysłowa – najróżniejsze parodie dzieł kultury były wehikułem twórców do dostarczania solidnego komentarza społecznego i jeszcze lepszych dowcipów. Cztery sezony przygód Pinkiego i Mózga to jedna z najfajniejszych kreskówek wszechczasów.

Porozmawiajmy o superbohaterach – w kinach ich pełno, Netflix właśnie wypuścił “Defenders” (na siłę też spin-off innych marveowskich seriali serwisu streamingowego), a w tradycyjnej telewizji mamy “Gotham” i kilka innych produkcji, w których lubuje się stacja CW. Zaczęło się od “Arrow” – serialu opartego na komiksach o Green Arrow, czyli “innym Batmanie” od DC. Serial zarzuciłem po dwóch sezonach – komicznie mroczny ton, antypatyczny bohater i jego ekipa, oraz nieciekawa fabuła odrzuciły mnie na kilometr. “Arrow” zrodził jednak dwa ciekawe spin-offy: “The Flash”, opowiadający dzieje Barry’ego Allena, najszybszego człowieka na Ziemi i “Legends Of Tomorrow”, kampową produkcję, w której różni szemrani bohaterowie i bohaterki podróżują w czasie. Mocne strony “The Flash” to lekki ton i sympatyczne postaci wspierające. Niestety, w ostatnim sezonie ton zmienił się na bardzo poważny, a rodzinne perypetie Barry’ego Allena sprawiają, że chcę sobie wydłubać oczy i zrobić lobotomię, żeby zapomnieć koszmarne dialogi. Co ciekawe, “Arrow” zrobił ruch w odwrotną stronę – porzucił poważny charakter i wskoczył w buty autoparodii i dystansu. “Legends of Tomorrow” to szczególny przypadek – pierwszy sezon to typowa śmieciowa telewizja, z kiepskimi dialogami, jeszcze gorszymi efektami specjalnymi i nonsensowną fabułą. Drugi sezon najwyraźniej dostał nowych scenarzystów, bo serial zmienił się w komedię dla dorosłych. Mocne żarty, absurdalne wątki historyczne, postaci ogrywające swoje najmocniejsze strony – wciąż nie wychodzimy poza śmietnisko, ale tym razem jest to bliższe stylowym pojemnikom do segregacji, aniżeli wysypisku pod miastem, jakim był sezon pierwszy. Komiksowe uniwersa DC i Marvela są wręcz stworzone do spin-offów, więc możemy się spodziewać więcej takich produkcji w przyszłości.

Zupełnie osobną historią są spin-offy, które nie doszły do skutku. “How I Met Your Father” zostało anulowane przez kiepski finał “How I Met Your Mother”. “Aquaman” zrodzony ze “Smallville” poślizgnął się na własnym pilocie. “Buffy” miała mieć nie jeden, a sześć (!) spin-offów, które nie ujrzały światła dziennego. Chciwość i głupota amerykańskiego showbiznesu nie zna granic, więc takich historii jest sporo – kto wie, może wrócimy do tego tematu w przyszłości.

Cieszmy się “Better Call Saul”, zanim zaleje nas fala spin-offów “Gry o Tron” – sądząc po ostatnim sezonie, może być z nimi różnie. Z jednej strony spin-offy dają nam więcej chwil w ulubionych światach i z bohaterami, których darzymy irracjonalnymi na dobrą sprawę uczuciami. Z drugiej, to maszynki do zarabiania pieniędzy, które bardzo łatwo mogą nam te światy i bohaterów obrzydzić. Patrząc na ich historię, wypada życzyć sobie więcej “Better Call Saul”, a mniej “Joey”!