Zawód: nowy album - Electronic Beats Poland

Zawód: nowy album

Czy wydawnictwaa Four Teta i Keleli to płyty dobre czy może po prostu lubimy lubić rzeczy, które lubić powinniśmy?

W dobie totalnego klakierstwa (kiedy nawet dawniej rozsądne czy wyważone media muzyczne zmieniły się albo w tuby propagandowe wytwórni, albo w twierdze fanbojstwa), trudno znaleźć wyważone opinie. Albumy są albo bardzo dobre, albo bardzo złe, a stan pośredni między bezkrytycznym zachwytem i hejterstwem pub po prostu nie istnieje. Niedawno ten problem poruszał Anthony Fantano – jeden z najważniejszych krytyków muzycznych nowej ery – kiedy musiał tłumaczyć się z tego, że jest zbyt krytyczny.

Ludzie internetu nie uczestniczą w konstruktywnej wymianie opinii – walczą w wojnie plemion. Recenzje przestały być informatywne czy inspirujące do refleksji, ich głównym celem stało się potwierdzenie opinii użytkowników lub przekazanie dalej presspacka z wytwórni – taki stan rzeczy unicestwia podstawowe funkcje krytyki muzycznej i sprowadza media muzyczne do roli służebnej. Z jednej strony to służba wytwórniom, dzięki którym można wcześniej posłuchać płyt (jedyna przewaga mediów nad użytkownikami to szybki dostęp – dzisiaj na muzyce “znają się” wszyscy), z drugiej – użytkownikom i użytkowniczkom szukającym potwierdzenia własnych opinii. Jeśli opinia będzie niepochlebna lub zbyt mało kontrowersyjna, żeby wywołać burzę – ludzie odejdą od medium, zabierając kliki, jedyną policzalną walutę naszych czasów. Od kiedy piszę o muzyce (a będzie to już około dekady), słyszę o niepotrzebności krytyki muzycznej. I wiecie co? Świat 2.0 zdaje się tę przepowiednię spełniać. Dawno nie czułem tego tak bardzo, jak przy czytaniu/słuchaniu recenzji nowych albumów Four Teta i Keleli.

Zacznijmy od tematu mniej gorącego, bo liczba cierpliwych fanów i fanek Kierana Hebdena maleje z roku na rok. “New Energy”, najnowszy album Four Teta, to bezpieczny soundtrack do wysychania farby na ścianie, przy którym ostatnie albumy Bonobo to elektryzujące i kontrowersyjne dzieła. A mimo wszystko w większości recenzji możemy przeczytać o tym, że jest to kapitalny album. Nie zrozumcie mnie źle, to jest opinia o muzyce – a takie opinie są wypadkową gustu i emocji, stąd trudno z nimi polemizować. Z czym trzeba polemizować, to zdanie, które powtarza się najczęściej: “to najbardziej przystępna płyta artysty od czasu ‘There Is Love In You’”. Jeśli przez przystępność rozumiemy bardzo ładne, ale dość przeciętne sample i plamy dźwiękowe, to może być prawda. “There Is Love In You” to ostatnia płyta Four Teta, która do mnie przemówiła emocjonalnie – być może właśnie przystępnością, którą zdefiniowałbym choćby tym, że potrafię z miejsca zanucić ze cztery utwory z tego albumu. Po wymęczonych przesłuchaniach “New Energy” pamiętam “SW9 9SL” (głównie dlatego, że w przeciwieństwie do większości pozostałych numerów ma jakiś wyraźny rytm), “Planet” (ten sam przypadek, chociaż trzeba przyznać, że instrumentacja w dalszej części utworu chwyta za serce i śmiało można uznać to za jeden z najjaśniejszych punktów albumu) i “Daughter” – rzeczywiście piękny utwór, przy którym porównania do “There Is Love In You” są jak najbardziej uprawnione. Reszta płyty to mało ekscytujący ambient (w roku, w którym wyszły płyty m.in. od GAS, Martina Glassa, Visible Cloaks, czy reedycja Midori Takady brzmi to bardzo przeciętnie), lub próby dekonstrukcji (?) różnych odnóg muzyki elektronicznej, jak w “LA Trance”. Numer “Two Thousand and Seventeen” można skwitować tak: do Hebdena dzwoni Bonobo i śmieje mu się do słuchawki jak Woody Woodpecker. Dodajmy fakt, że płyta trwa prawie godzinę (!) – ale nawet po radykalnym odchudzeniu do epki, zostalibyśmy z dziełem co najwyżej poprawnym.

Słuchając “New Energy” wciąż się zastanawiałem: skąd bierze się w miarę powszechny zachwyt nad tą płytą? Uznana marka? Z pewnością, bycie fanem polega na tym, że z artystą mamy jakieś wyjątkowe, osobiste połączenie, generujące bezkrytyczne uwielbienie, a przynajmniej sympatię. A Hebden nie od dzisiaj jest pupilkiem publiczności i mediów – czy zasłużenie, można polemizować. I ciężko o to winić odbiorców i odbiorczynie muzyki – to muzyka o dość przyjemnej emocjonalności, nie błagająca o uwagę, ale jeśli się tę uwagę poświęci – może być sympatycznie. Four Tet wykształcił specyficzny styl, do tego już na początku swojej drogi – styl ten zainspirował wielu innych ludzi i ciężko tego nie doceniać. Ale celem mediów muzycznych nie jest przyznawanie honorowych medali za udział – musimy być czujni i krytyczni, bo na czas wygłoszenia opinii na temat płyty zawieszamy szaty fanów i fanek. Jeśli ktoś lubi i śledzi dokonania Four Teta od lat, pewnie zachwyci się “New Energy”, reszta może się co najwyżej zaśmiać nad niezamierzenie ironicznym tytułem albumu.

Z “Take Me Apart” Keleli problem jest dużo bardziej złożony. O ile bez zastanowienia mogę nazwać “New Energy” płytą nudną, czy wręcz złą, tak debiutancki krążek wokalistki jest zawodem, ale nie tym z rodzaju najgorszych (jak ¾ komercyjnych debiutów raperów wyrosłych na mixtapach). Mocno szanuję pewną bezkompromisowość przedsięwzięcia – “Take Me Apart” powstawało ponoć 6 lat, bez presji i bez zamiarów wypchania płyty hiciorami. Ale przyznam szczerze, że nie spodziewałem się czegoś, co brzmi jak większość soundcloudowych producentów bawiących się acapellami (mimo, że na liście producentów albumów jest Kingdom, Jam City, a nawet Arca).

Debiut Keleli zaczyna się fenomenalnie – “Frontline” to jeden z najlepszych hitów tego roku, o chwytliwych momentach i absolutnie charyzmatycznych wokalach. Myślę, że choćby dla tego utworu warto wybrać się na koncert wokalistki (w Polsce dzięki ekipie World Wide Warsaw będziemy mogli ją zobaczyć 20 lutego 2018 roku). Na bicie mamy Jam City, który wyprodukował także inny przebój z “Take Me Apart” – “LMK”, któremu najbliżej do wielkoformatowego R&B. I to wielkoformatowe R&B – a w zasadzie jego brak – to największy problem debiutu Keleli. Doceniam eksperymentalny i dużo bardziej sensualny kierunek obrany przez artystkę (a “Take Me Apart” to jeden z najbardziej zmysłowych albumów tego roku), ale po “Hallucinogen”, który podbił moje serce czymś tak niesamowitym, jak “A Message” i “Cut 4 Me”, gdzie usłyszeliśmy świetny balans między przebojowością, a eksperymentem, spodziewałem się dalszego rozwoju. Zwinięcie się w stronę soundcloudowych eksperymentów uznaję za krok wstecz, ale i zmarnowanie potencjału na popchnięcie mainstreamowego R&B w ciekawszą stronę. A zmiksowanymi na przypale numerami bez hooków do szerokiej publiczności trafić trudno.

Skoro już tu jesteśmy, to porozmawiajmy o tym, jak brzmi “Take Me Apart”. Ilość momentów, w których miks zmienia się w trudną do rozszyfrowania breję, jest wręcz skandaliczna. Rozumiem, że to element eksperymentalnego kierunku, który obrała Kelela, ale przy dość sterylnej produkcji “LMK” czy “Frontline” inne utwory, w których kaskady 808 i syntezatorów wchodzą w nieświęty sojusz pod znakiem kompresji, brzmią jak robota nastolatka przed Fruity Loopsem. Tym trudniej mi zrozumieć frazę, którą często powtarzają skrajnie pozytywne recenzje “Take Me Apart” – “technicznie oszałamiające”. Rozumiem, że w dużych mediach nie pracują wyjadacze Soundclouda, ale jeśli nie potrafię usłyszeć, co się tak naprawdę dzieje w utworze, to chyba mamy problem. Na koniec kilka słów o tekstach, które z niezrozumiałych względów również dostają pozytywne noty. Kelela nigdy nie była wielką tekściarą, ale i nie musiała być – jej fuzja R&B ze złotych czasów wczesnych 00’s z klubowym futuryzmem Night Slugs wystarczyła, by miernik sztosów skakał na czerwone pole. Na “Take Me Apart” brakuje piosenkowości, która uzasadniałaby słowną watę serwowaną nam przez Kelelę. OK, teksty utworów – szczególnie w takiej stylistyce – to rzecz drugo- czy nawet trzeciorzędna, ale kiedy wokale bywają męczącymi strzępkami (a tutaj tak się zdarza – warto też podkreślić, jak leniwe jest ponowne wykorzystanie wokalnej frazy ze stareńkiego “Bank Head” w jednym z numerów), ciekawe słowa mogą tylko pomóc.

Czy “Take Me Apart” to zła płyta? Absolutnie nie. Moja negatywna reakcja jest wyrazem zawiedzionych oczekiwań. Słucha się tego przyjemnie, kilka produkcyjnych rozwiązań rzeczywiście robi wrażenie, a Keleli udaje się utrzymać poziom magicznej uwagi, wyrobionej na poprzednich wydawnictwach. Liczyłem jednak na coś, co wstrząśnie posadami R&B, coś  niezapomnianego i wciągającego absolutnie. Dostałem poprawną płytę z rozmytym (czasami aż za bardzo) R&B i dwoma wielkimi przebojami. Kelela postawiła na bardzo osobisty, zmysłowy i intymny charakter albumu (wokalne ozdobniki w stylu Janet Jackson z pewnością pomagają zbliżyć się do słuchaczy i słuchaczek), a jak się okazuje, w warunkach komercyjnego albumu nie zadziałało to tak dobrze, jak przy mixtapie czy epce. Nie znaczy to oczywiście, że oczekiwałem zbioru pioseneczek w stylu choćby SZA (oczywiście to piękne pioseneczki), ale liczyłem na coś trochę bardziej przechylonego w stronę przebojowości. Piszę to z ciężkim sercem – cięższe było tylko, kiedy słuchałem “Take Me Apart” i czułem, jak mój zawód rośnie – bo debiut Keleli był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie krążków tego roku…

Czy moje narzekania mają na celu odbieranie przyjemności ze słuchania powyższych płyt? Absolutnie nie. Czy ktoś powinien czuć się winny, że Four Tet najzwyczajniej w świecie oddziaływuje na niego/nią emocjonalnie? Tym bardziej nie. Ale jeśli zamieniliśmy muzyczne media w bezkrytyczne chóry uczestniczące w kampaniach promocyjnych płyt, to mamy problem. Bo widzicie, to zadanie realizują już agencje PR-owe, a zgodnie z zasadami efektywności i optymalizacji panującymi na świecie, jeśli zadania podmiotów się dublują, możemy z części z nich zrezygnować. Zgadnijcie z czego ludzie zrezygnują najszybciej? No właśnie. Sobie i Wam życzę zatem bardziej krytycznych mediów, ale przede wszystkim dużo lepszych kolejnych płyt Keleli. Bo że takie nadejdą, nikt nie ma wątpliwości. A o Four Tecie już nie ma co rozmawiać, lepiej patrzeć, jak wysycha farba na ścianach.

 

Od redakcji: Z natury zgadzamy się z opiniami Pawła. Tym razem chcemy podkreślić, że Paweł nie ma racji i obie płyty są wspaniałe.